Rano tafla lotniska lśni świeżym deszczem. Jest piątek. Dookoła mnie twarze, mnogość oblicz,
rozmyte i uśpione, różnorodnie ugrymaszone, włosy w nieładzie lub starannie ucharakteryzowany
wizerunek, pan w puchowej kurtce je bułkę, zagryza pospiesznie, łapczywie, w akompaniamencie
dynamiki lotniska, gdy tymczasem ruch się wzmaga, tężeje i nasyca ludzką energią, ciała się zderzają,
ocierają, prześlizgują i przenikają swoje terytoria. Niewidzialne ścieżki codzienności. Jeden ze
strażników, dotychczas spokojny, otrzymuje wiadomość przez krótkofalówkę. Ewakuacja lewego
skrzydła.