Adam

Autor: Monika Karpowicz
Słowa
27 Lut 2020
Brak komentarzy

Kiedy Marysia miała osiem lat, narodził się Adaś. Malec od pierwszego dnia zdobył serce ojca. Dumny nosił na ręce chłopca spowitego w płótna jak kukiełka, pokazując mu konie i krowy, przesiewając między palcami ziarna zbóż i wymieniając ich nazwy, jakby Adaś tak wcześnie mógł nauczyć się tajników rolnictwa.

– Mańka pójdzie uczyć się zawodu. Adaśkowi szkoły niepotrzebne, będzie gospodarzem. Wszystko tu jest jego – postanowił Franciszek.

Za rok mama znów była w ciąży. Urodził się kolejny chłopiec, Tomek. Myjąc, ubierając i karmiąc młodszych braci Mania obserwowała ich zabawy i przekomarzanki, widziała, jak bardzo się różnią. Kiedy poszli, jak ona, do kilkuklasowej podstawówki w oddalonej o pięć kilometrów wsi, różnicę było widać jeszcze bardziej. Adaś zamoczoną w atramencie obsadką potrząsał nad zeszytem, kleksy przerabiał dorysowując im fantastyczne głowy, ogony, łapy albo ręce. Przyłapany na tym przez nauczyciela tłumaczył, że zwierzęta mieszkają w nim i domagają się, żeby wypuścił je na zewnątrz, dlatego nie ma wyjścia i musi rysować.

Tomek spędzał pauzy stojąc z rękami w kieszeniach, od czasu do czasu popluwał z fasonem pod nogi. Nie chciał się uczyć, nie dlatego, że dawał się ponosić fantazji jak Adasiek, po prostu nic mu do głowy nie wchodziło. Inaczej było w domu, Tomek chodził jak cień za ojcem, domagał się, żeby pozwolił mu nałożyć koniowi uzdę, to znowu, żeby pozwolił sypać pszenicę z płachty. Z ulgą czekał sianokosów, żniw i wykopków, żeby nie iść do szkoły. Chętniej spędzałby ciepłą część roku na pasionce. To matka nalegała, żeby przynajmniej nauczył się dobrze czytać i pisać. A kto znał Franciszka, widział w małym mniejszą wersję ojca, tak bardzo był do niego podobny z wyglądu, ruchów i mowy.

Z Adasiem inaczej, tu kierownik szkoły sam powtarzał, że chłopiec musi się dalej uczyć, że wyrośnie na nie byle kogo. Darowywał mu wyskoki, kiedy zamiast rozwiązywać zadania na lekcji rachunków zaczynał czarować stada kleksów w stwory z innego świata. Po lekcjach naucziciel prosił, żeby Adam opowiadał mu o tym, co narysował.

Zaprzyjaźnili się. Adaś chodził z nim na piętro szkoły do mieszkania służbowego, przeglądał książki z ilustracjami i wodził palcem po grzbietach grubych tomów, na czytanie których był jeszcze za mały, ale które kusiły go złotymi literami, kolorowym płótnem opraw i zapachem szeleszczących pożółkłych stron. Mały wśród rupieci upchniętych w ciasnym nauczycielskim mieszkanku wypatrzył starą złoconą ramę po lustrze czy obrazie. Wpatrywał się w nią jak zaczarowany, próbował rysować jej barokowe wzory.

Pewnego dnia po lekcjach nauczyciel powiedział

– Rama nie jest mi potrzebna, nie mam jej gdzie powiesić. Chodź, dam ci ją.

Adaś wspinał się za nim po schodach, nie wierząc, że naprawdę dostanie na własność taki skarb. Ale tak się stało. Na odchodne nauczyciel zapytał, czy da sobie radę, rama trochę waży, a do przejścia ma Adaś pięć kilometrów. Malec kiwał i kręcił głową na przemian, w końcu z trudem manewrując ramą jak żaglem zszedł powoli po schodach na dół i ruszył do domu.

Niedaleko rodzinnego gospodarstwa wśród łąk krowy miały swoje poidło, gliniankę z żółtą wodą, w której nie można było zobaczyć dna, tylko żaby odważnie skakały do niej na główkę. Adam taskał swój wymarzony ciężar, widząc z daleka, że na brzegu glinianki siedzą dzieciaki, jeszcze z tornistrami, widocznie idąc ze szkoły zatrzymały się tu na dłużej.

– Idzie podlizus derektorski, kierownika parobek! – zaczęły wołać.

– Dawaj tu te złoto szczere, zaraz je wypławimy – powiedział najstarszy z całej grupy Zyga. Szarpnął ściągając ramę, którą Adaś niósł przewieszoną, jak listonosz torbę. Mały upadł, Zyga zatoczył łuk ramionami i rama klasnęła o powierzchnię mętnej wody glinianki. W mgnieniu oka dzieci porwały tornistry i czując kłopoty pomknęły przez łąkę w stronę wsi. Najszybciej biegł długonogi Zyga.

– Co robić? – myślał gorączkowo Adam. W pobliżu nie było żadnych drzew, krzewów, niczego, z  czego mógłby wyłamać gałąź. Zsunął skórzany tornister i próbował rzucać jego ramiączkiem w wodę, w nadziei, że zaczepi o róg ramy i zdoła ją przyciągnąć do siebie. Ale wzbudzał tylko fale, które popychały ją coraz dalej od brzegu. Trzymając kurczowo tornister wychylał się coraz bardziej, w końcu książki i kajety przeważyły i znalazł się w wodzie, najpierw twarzą do dna, potem przekręcił się do góry. Było zielono, potem coraz bardziej szaro i Adam pomyślał tylko, że teraz będzie całkiem blisko ramy, może nawet dosięgnie jej ręką. Nie bał się nic a nic.

 

Kiedy Adama do późnego popołudnia wciąż nie było ze szkoły, Lidia kazała Mani rzucić odrabianie lekcji z ziewającym z nudy Tomkiem i iść poszukać brata u nauczyciela. Była pewna, że mały zasiedział się na poddaszu, zapatrzył w książki. Mania poszła miedzą, za chwilę zeszła na łąki. Jej wizg, wysoki alarmujący ton odbił się od ściany lasu. Franciszek ze stodoły i Lidia z domu wybiegli jednocześnie, ona potykając się o długą spódnicę przybiegła do krowiej glinianki pierwsza.

Mania stała na brzegu i patrzyła w wodę wbijając zbielałe palce w brodę, jakby siłą chciała rozewrzeć sobie szczękę. Adaś unosił się na wodzie, jak gdyby przecięty jej lustrem wzdłuż na pół. Patrzył w górę z lekkim uśmiechem. Lidia i Franciszek zeskoczyli z brzegu do wody. Zanurzeni po piersi, tonąc stopami w glinie i machając rękami jak kosiarze parli do przodu, do ciała dziecka.

Na pogrzeb przyjechał z miasteczka fotograf, bo Franciszek tego chciał. Na jedynym zachowanym zdjęciu widać zad koński i furmankę – na ławce Franciszek z lejcami i batem w ręce, obok siedzi Mania w zawiązanej pod brodą chustce. Za ich plecami wieko małej, białej trumienki. Po twarzy Franciszka widać, że nie objął go w posiadanie litościwy stupor. Wszystko jest dla niego jasne i wyraźne, a wytrzeszczone oczy zawierają jedno tylko pytanie: dlaczego? Na twarzy Mani wypisany jest bunt, ale w oczach przerażenie.

Z pogrzebu nastoletnia Mania zapamiętała, że nie było Zygi, ani jego rodziców. Dzieci długo nie utrzymały języków za zębami i było wiadomo, że Zyga przyczynił się do utonięcia Adasia. Nikt jednak nigdy w domu o tym nie mówił. Tylko ojciec mijając ojca Zygi na drodze odwracał głowę. Zresztą robili to obaj, jeden z żalu, drugi chyba ze wstydu.

W domu Lidii i Franciszka odtąd nikt już nie czytał i nie rysował. Nie robiła też tego Mania, Mówiła, że to głupie i że nie ma do tego głowy.

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *