Awantura

Autor: Monika Karpowicz
Słowa
13 Cze 2020
Brak komentarzy

Od momentu wybuchu epidemii wciąż mam wrażenie, że dzieje się coś ważnego. To nic, że zamrażarka gospodarcza zaczyna pustoszeć, nakazy odwołane, zakazy połamane. Nic, że na pierwszy rzut oka wróciliśmy do rzeczywistości sprzed covidów, afery, polityka, hejt ten sam. Ja mam zainstalowaną przy oku jakąś inną lunetę, a pochodzenie jej nieznane.

Bo na przykład: jadę coś załatwić. To znaczy, chcę jechać, więc stoję na przystanku tramwajowym i się rozglądam. Rzut oka na lewo: nobliwa staruszka siedzi na ławce, dłoń oparta o prowadnicę wózka na zakupy. Rzut oka w prawo: bezdomny przysypia na ławce, ręce oparte o błyszczącą od brudu walizkę, czapka z daszkiem nasunięta na czoło. I znów: rzut oka na lewo, staruszka. Wtedy z prawej dobiega niesamowity łomot. Bezdomny zasnął twardo i przechylił się do tyłu, spadł z ławki i rąbnął głową o metalowy słupek. Leży z plecami w rabacie kwietnej.

Nie podejdę, boję się, bo on nie ma maseczki. Za to ja mam uniwersalne narzędzie, przydatne w takich wypadkach. Głosem burzę mury, rozganiam nielegalne zgromadzenia publiczne, wytrącam z rąk noże. Nie kontroluję go, po prostu w krytycznej sytuacji trąby jerychońskie wysuwają się z moich ust, otoczenie wzdryga się, jak porażone prądem, a kto chciał zrobić coś gwałtownego i nieodwracalnego, porzuca ten zamiar. Niektórzy nawet nie zdążą załapać, że ten głos wychodzi z niskiej blondynki przy kości.Taki lajf.

– Proszę pana! – wołam więc stanowczo, a bezdomny otwiera oczy. Alkohol z reguły odbarwia tęczówki, sprawia, że po latach stałego nadużywania stają się jakby otoczone warstwą okularowego szkła. Ale nie te oczy, te konkretne mają kolor intensywnego turkusu, jak gorące źródła w Tajlandii. Nawet białka nie są zaczerwienione. Bezdomny patrzy na mnie jak model Giorgio Armaniego w obiektyw Richarda Avedona.

– Panie! Spadł pan z ławki, głową dał w słupek! Wszystko z panem dobrze? – kontynuuję, zahipnotyzowana tym spojrzeniem węża z biblijnego raju.

– Dobrze – stęka wąż, całkiem sprawnie podnosząc się i sadowiąc na powrót na ławce.

W tym czasie odzywa się lewa strona.

– Proszę pani!

– Słucham.

– Proszę dać sobie z nim spokój, to pijak – schludna starsza pani macha teatralnie ręką, pokazuje, co ja powinnam zrobić, żeby odgonić bezdomniaka i jego alkoholowe problemy.

Odwracam się na prawo:

– Proszę pana! Jak pan leciał, to czapka panu spadła!

– Dziękuję pani – mruczy facet, odwraca się na ławce i podnosi spomiędzy tulipanów swoje nakrycie głowy.

Jedzie „28”. Staruszka mijając mnie w truchcie do tramwaju pyta:

– Czemu pani nie odpowiada? To niegrzecznie jest.

– Odpowiadam: niech pani uważa, żeby na panią ktoś kiedyś nie machnął ręką, tak, jak pani na tego pana.

Staruszka zapowietrza się z oburzenia.

– Ja nie robię nic złego. Ja nie jestem pijaczką!

Patrzę na nią i widzę małą, obciętą na pazia dziewczynkę. Dziecko z dobrego domu, rodzice porządni, warszawska inteligencja, humaniści, ewentualnie tata inżynier. I domowy przekaz: nigdy nie tracić kontroli, nie robić nic głupiego, nie zasłużyć na ludzkie potępienie. Ludzie robią różne rzeczy, ale my nie. My robimy wszystko, jak należy.

– No, no, proszę pani. Wszyscy jesteśmy ludźmi, ten pan też – mówię do dziewczynki, kompletnie osiwiałej.
Wpadamy do tramwaju. To ten, co wejście ma, owszem, na poziomie chodnika, ale większość siedzeń jest na podniesionych platformach po lewej i po prawej od wejścia. Przy drzwiach tylko cztery miejsca-izolatki. Wszystkie zajęte przez bezdomnych z walizkami. Mijając staruszkę, widzę jej minę. Nie da rady wejść po schodkach na platformy, a żaden z bezdomnych jej nie ustąpi. Nawet gdyby ustąpił, ona z tego nie skorzysta. Musi więc stać.

Siadam na jednej z platform, myśląc, że to już będzie dosyć na dzisiaj. Czeka mnie bezsenna noc, niby wyrzuty sumienia, a tak naprawdę to głosy rodziców w głowie: „Jak ty odpowiadasz starszym? Kto cię tego nauczył?” Każde świństwo jest do zrobienia, byleby tylko umieć zatkać usta młodszemu, żeby nie protestował. Kromka chleba, różaniec, starcza dłoń do pocałowania – trzy polskie relikwie, trzy mumie zamknięte w relikwiarzach, trzej suszeni faraonowie.

To koniec na dziś? Załatwię swoje sprawy i spokojnie wrócę do domu? Nie.

Na tylnej platformie siedzą jedna za drugą dwie kobiety. Obie tęgie, w powiększających okularach, ubrane we wszystkie kolory tęczy. Matka i córka. Matka unosi głowę i staje się cud. To ja mam w gardle trąby jerychońskie, to ja burzę mury! O, nie, nie. Są lepsze zawodniczki ode mnie. Z kobiety wydobywa się on. GŁOS.

– Czy ktoś może otworzyć okno, no przecież tu można umrzeć od gorąca – kobieta wskazuje ręką okna archaicznego wagonu. – Proszę pana, pan jest wysoki, pan otworzy to okno, bo przecież tu można ducha wyzionąć.

Adresat apelu stoi na samym końcu wagonu, w bezpiecznej zatoczce, utrzymując w balansie ciało, oparte krzyżami o barierkę. Wzrusza tylko ramionami.

– Czy pani to widziała? – „matka” zwraca się do domniemanej „córki”. – Jak my starzy pomrzemy, to ci młodzi sami nic nie zrobią. Zupełnie, ale to zupełnie.

Patrzę jeszcze raz na adresata apelu, sześćdziesiątka, jak nic. Mógłby być starszym bratem surmy wzywającej do boju. Patrzę też na domniemaną „córkę”. Nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Dobrała się z sąsiadką z siedzenia obok jak w korcu maku – uroda, strój. Potakuje z miną grzecznej dziewczynki. Widać, w jakiej szkole kształcona. „Jak ty się odzywasz do starszych? Kto cię tego uczył?” Myśli, że dostanie te trochę akceptacji, jak weźmie na siebie cały ból istnienia tamtej. Myśli, że te trochę akceptacji załata choć na milimetr ten straszliwy brak, dziurę w brzuchu. Niemiłość.

Rzeczywiście, teraz zrywa się, jak do apelu. Otwiera okno w suficie, podobne do tych ze starych pekaesów.  W tym czasie „trąba” nie ustaje w głoszeniu dobrej nowiny.

– O, proszę, żeby nie pani, to nikt by się nie ruszył. Bo to, proszę panią, prawdziwych mężczyzn już dawno nie ma. Nie ma! Moja córka mówi: dobrze, że choć mój tatuś był. A ci teraz, to proszę panią. Tacy, o!

Robotnik siedzący przodem do mnie przez chwilę patrzy mi w oczy. Widzę, że dojrzewa w nim coś gwałtownego, ale ja dziś nie zabieram głosu. Dojeżdżamy do przystanku. Kiedy otwierają się drzwi, robotnik zrywa się, patrzy z góry na surmę i z okrzykiem:

– A, ty torbo stara! Zamknij mordę – wypada z tramwaju.

– Słyszała pani? – komentuje trąba wszystkich trąb, niewykorzystana tania policyjna siła do rozpędzania manifestacji. – Poproś o pomoc, a jeszcze się nasłuchasz. Takie to czasy.

W tym momencie uznaję, że już dosyć. Tamy zostają zerwane i zaczynam głośno się śmiać. Łzy płyną pod maseczkę i łaskoczą brodę (będę miała plamy na maseczce, a przecież jadę do urzędu, trzeba wyglądać jako-tako, ale to nic).

Desperacki i odważny czyn człowieka pracy porusza ludźmi z przedniej platformy, do tej pory niemymi.

– Pani chyba sama w domu siedzi i nie ma komu się wygadać, że tak trzeszczy i trzeszczy – dobiega zza moich pleców. Nie widzę jej, ale to krzepka prażanka, ten głos słychać we wszystkich bramach Targowej i Ząbkowskiej. To dla jego właścicielek w salonach urody przewidziano opcję na zagęszczanie rzęs o nazwie „russian style”. To one dzierżą pod pachami maleńkie pieski, świadków swojego dramatycznego życia i pretekst do wielu przyjaznych, bramnych rozmów.

– O, cicho bądź, ty! – zaczyna trąba, ale nie wkłada już w ten początek całej swojej mocy i zaangażowania. Wzrok koncentruje na mnie, na moim podskakującym brzuchu i załzawionych oczach. Ust nie może widzieć, jestem w maseczce. Pomimo że jest jak głuszec – tokuje z zamkniętymi specjalną klapką uszami, chyba dobiega do niej mój spazmatyczny rechot. Powoli-powoli kąciki ust rozjeżdżają jej się na boki.

– Widzi pani? – zwraca się do ugrzecznionej satelitki. – Tamta pani się śmieje, bo dobrze wie, że ja mam rację.

Rżę jeszcze głośniej, trąba dołącza. Śmiechem zagłusza mnie, zgrzyt wagonu na zakrętach i dalsze komentarze krzepkiej prażanki. Myślę w tym momencie, że trzeba będzie o tym napisać, ale że nikt, kto nie mieszka na Pradze, nie uwierzy, że takie rzeczy dzieją się naprawdę. Że nawet jeśli uwierzy, to nie uzna tego za ważne. Że nie ma nic straszniejszego niż obojętność i w tym świetle nawet zwyczajna, codzienna nienawiść wydaje się zbawieniem, bo łączy. Albo inaczej – parawan nienawiści jest tak cienki, że prześwieca przez niego coś innego. Jest to coś, czego mieszkając na Pradze nie wypada nawet po imieniu nazwać, żeby nie zasłużyć sobie wśród sąsiadów na opinię cieniasa i mięczaka.

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *