Bufor

Autor: Lucyna Sterniuk-Gronek
Blog2090Słowa
05 lis 2025
Brak komentarzy

– Rany, muszę wracać! – wykrzyknęła pani Lora i zanim zdążyli przejść do sedna, obróciła się na pięcie i popędziła przed siebie. – Zaraz wracam! – rzuciła jeszcze przez ramię a potem zniknęła w swojej drewnianej altance (bardziej schowku na narzędzia), którą ktoś wyposażył w pełnowymiarowy kominek. Podczas swoich rzadkich wizyt na działce, pani Lora czasem w nim paliła. Może wciąż marzyła o domku na wsi, a może tylko pozbywała się jakichś starych listów i rachunków.

Pan Andrzej został sam z ledwo odpalonym papierosem. 

– No, a gdzie tamta? – mieszkaniec pierwszego domu w szeregu, pan Zenon, właśnie dołączył do mieszkańca „samotni” i też zaczął gmerać w paczce papierosów. Niestety ostatnia sztuka, jaką tam miał, kompletnie się pokruszyła (niech to diabli z tymi miękkimi opakowaniami!), a pan Andrzej nie tylko nie miał zwyczaju, ale też chęci częstowania innych. Jego dom pod lasem zwano w Łomach samotnią nie tylko ze względu na położenie (las – samotnia – pusta działka – pierwszy dom (ten od pana Zenona) – drugi dom – trzeci – i czwarty – ulica), ale też na charakter zameldowanego. 

– Musiała wracać. Ale zaraz wróci. – poinformował tylko.

– Pobiegła, jakby się paliło. – zauważył pan Zenon, który na to sąsiedzkie spotkanie na niezagospodarowanej działce łączącej (czy też, jak wolał to widzieć pan Andrzej: dzielącej) ich posesje dotarł odrobinę spóźniony.

– Nic żeśmy jeszcze nie ustalili – odmruknął samotniarz – chyba, że z panem coś już gadała? – zerknął nieufnie na sąsiada.

– Skąd! – odżegnał się od podejrzeń pan Zenon.

Stali chwilę w kłopotliwym milczeniu i rozglądali się wokół. Z perspektywy działki, tych sześciu, zachwaszczonych arów, ich domy wydawały się większe, niż w rzeczywistości. Chyba pierwszy raz patrzyli na nie z tego miejsca. Pan Andrzej dostrzegł na swoim dachu chybotliwą dachówkę, a pan Zenon, z nieporównanie większym niepokojem odkrył, że z tego kąta doskonale widać okno jego łazienki, owszem małe i w sytuacjach newralgicznych zaparowane, lecz jednak! 

Ta ostatnia, pusta (nie licząc altany z kominkiem) działka w Łomach należała do pani Lory i jej męża, młodego małżeństwa z miasta, które zamiast budować na niej idylliczny domek z ogródkiem, właśnie się rozwodziło, czyniąc z tego skrawka ziemi przedmiot zaciętych walk. Istną, łomską Palestynę.

Panu Andrzejowi to akurat nie przeszkadzało. Szczerze mówiąc – było mu to na rękę. Działka stanowiła bufor oddzielający go od najbliższego domu i zupełnie go nie martwiło ani jej zachwaszczenie (wszak to zioła), ani  rzekome zagrożenie pożarowe, stwarzane przez uschnięte dziewanny. 

Dzięki tej dodatkowej przestrzeni, emerytowanemu introwertykowi z psem nikt nie wchodził w drogę, nie ucinał irytujących small talków przy ogrodzeniu i nie denerwował go dźwiękami generowanymi przez istnienie. Tylko „dzień dobry” z daleka i to jedynie wtedy, gdy nie zdążyło się schować za wiśnią.

Najbliższego sąsiada traktował z rezerwą, by nie powiedzieć: niechęcią, którą demonstrował w sposób mniej lub bardziej ostentacyjny, a to zmieniając na jego widok trasę wieczornego spaceru, a to uruchamiając piłę,  gdy ten rozmawiał przez telefon na ganku. Była to konieczność, bo niepowstrzymywany, mógłby się zjawić u pana Andrzeja z plackiem jabłkowym, jak na amerykańskich filmach, o których wszyscy po cichu myślą, że w nich żyją. (I niech nikt go nie pyta, co jest złego w placku!)

Niechęć ta nieco słabła w okresie zimowym, gdy mniej było okazji do interakcji w plenerze, ale i wtedy zdarzało mu się złośliwie skomentować stan odśnieżenia sąsiedzkiego podjazdu („szuflował pół soboty, a i tak się samo stopiło”), albo koloru czapki („Mikołaj bez wora”). Uwagi te czynione były jednak pod nosem, względnie do psa, więc nie robiły nikomu krzywdy, sądząc zaś po tym, że tamten wychodził na tarasową lekturę, dopiero gdy pan Andrzej kończył podlewać świerki (w ogóle by tego nie zauważył, gdyby nie zajączki puszczane okularami do czytania), można się było spodziewać, że i on pogderuje na sąsiada. 

Wszystko to jednak nie stanowiło zagrożenia dla stanu, który w głębi ducha pan Andrzej nazywał idealnym sąsiedztwem. 

W jego definicji był nim także cmentarz i lej po bombie, oto bowiem ostatnią rzeczą, jakiej by sobie życzył, były wspólne grille, drzwiczki w ogrodzeniu i pożyczanie sobie narzędzi, żeby ten drugi upaćkał je klejem! Czy rzeczywiście potrzebujemy aż tyle soli, żeby znosić sąsiadów?

Miał prawo do tej mizantropii. Był w ich bocznej uliczce pierwszy i przez długi czas jedyny. Dopiero po latach pobudowali się tu kolejni nowołomszczanie, szczęśliwie ci obok niego tylko w narzeczeńskich marzeniach, a ten najbliższy z kolei, pan Zenon (chyba wdowiec) w pojedynkę. Dalsi występowali już całymi rodzinami ze wszystkimi tego konsekwencjami: wierceniem się, harmidrem i wzbijaniem kurzu.

Pan Andrzej cenił sobie prywatność i święty spokój, dlatego ucinał wszelkie próby uliczkowej integracji. Wiedział, czym to grozi! Czasem widział, jak pan Zenon, człowiek będący dla tych priorytetów bezpośrednim zagrożeniem, niesie z kimś spod „czwórki”, lub „piątki” jakąś deskę, lub głaz, albo słyszał jego miłe „Ho, ho! Toż to już dżentelman!” kierowane w głąb quada. Na szczęście pan Zenon bezbłędnie wyczuł dystans, uszanował granice i nie wcinał się sąsiadowi w jego „splendid isolation”.

Przy końcu uliczki, tam gdzie samotnia oddzielona pustą działką od innych stykała się z lasem, milkli także Łomianie z dalszej części wsi, którzy przechadzali się tamtędy ze swoimi psami (nie trzeba chyba dodawać, że pies pana Andrzeja nie zwykł się obwąchiwać z innymi psami, nawet rudą seterzycą sołtyski).

Wielu z nich zazdrościło mieszkańcowi tego domu jego wolności od otoczenia. Tego luksusu, jakim był brak bezpośredniego sąsiada, co dla jednych oznaczało picie piwa na ganku w szlafroku, a dla innych w samych skarpetkach.  

Gdy jednak plotkowali o outsiderze z własnymi sąsiadami, to temu z lewej mówili, że to dziwactwo, a temu z prawej, że ludzki dramat. Sąsiad z przekątnej się zgadzał. Sąsiadka z naprzeciwka robiła wymowny znak dłońmi i wracała do koszenia jednocentymetrowej trawy. 

Któregoś dnia w tym pięknym miejscu zjawił się geodeta, pomierzył, wbił w ziemię kołek pomalowany na wściekły pomarańcz i odjechał, a wkrótce po nim przyjechało jedno z rozwodników. Była to właśnie pani Lora. 

– Panowie! Zapraszam do mnie! Mam ważne wieści! – rzekła im, a kiedy sąsiedzi zjawili się na jej (a ich buforowej) działce, pomknęła do altany, ale rzeczywiście zaraz wróciła.  

– Przepraszam, rozpalałam kominek metodą „na złośliwość przedmiotów martwych”. – wyjaśniła

– …czyli czym, konkretnie? – panu Andrzejowi coś dziwnie pachniało. 

– No, normalnie szczapami. Ale jak się nie chce rozpalić, to ja otwieram kominek na oścież, rzucam w pobliżu parę zmiętych gazet, na wyzwanie, podpalam i wychodzę. Złośliwość przedmiotów jest taka, że możesz mieć najlepszą rozpałkę, cug i wszystko, a dziadostwo się nie pali. Za to jak nie chcesz, to ci od jednej iskry spłonie dom! Altana jest z drewna, widzicie. Więc jak zostawiam kominek w takiej formie, to jestem pewna, że się rozpali, choć akurat nie powinien, i bym bardzo nie chciała!

– To działa?

– Zawsze! Tylko trzeba w porę wrócić. Wiem, że to ryzykowne, ale jak zimno jest, to co mam zrobić?

Rzeczywiście, sytuacja była bez wyjścia. 

– Kiedyś puści pani altankę z dymem tym rozpalaniem na złośliwość!  – powiedział pan Andrzej.

– A nie, bo już nie będzie okazji. Wystawiam działkę na sprzedaż. – ogłosiła.

– Wspaniale! – odparł pan Zenon – …że doszliście państwo do porozumienia.

– Dziękuję. Będą tu chodzić chętni, ja nie zawsze mam czas, żeby ich oprowadzać. Dam wam klucze do bramy. I prośba moja jest taka, żeby wpuszczać. 

– Przez płot widać przecież wszystko… – burknął pan Andrzej. – Po czym tu oprowadzać?

– Niektórzy chcą poczuć, czy jest dobra aura – wyjaśniła – no i altankę w środku będą chcieli zobaczyć. To nadpalone na podłodze, to mówcie, że da się zmyć! 

Altankę, ten schowek z kominem, również widać było z zewnątrz. Pan Andrzej chciał zasugerować, że wystarczy dać klucze tylko Zenonowi, ale tamten odezwał się pierwszy.   

– Oczywiście pani Loro, zajmiemy się tym…

Potem się rozeszli i pan Andrzej wpadł w popłoch. Zgoda między eksmałżonkami i wystawienie spornej działki na sprzedaż oznaczała koniec jego spokoju! Zaraz sprowadzi się tu rodzinka z małymi dziećmi. Będą grać w piłkę, piszczeć i chlapać się w dmuchanym basenie. Albo wybudują się tu jacyś emeryci, ona będzie całymi dniami grzebać przy grządkach i podśpiewywać, a on będzie sterczał na drabinie i łatał dziury w rynnie. Łup, łup, łup! Będą do siebie wołać, przekrzykując wiecznie włączone radio. Wszyscy oni – rodzinka, albo emeryci –  będą się, oczywiście, chcieli bratać! Kłaniać! Ucinać sobie pogawędki o pogodzie i mleczu przy płocie. O pieprzonych pomidorach! Będą angażować ich boczną uliczkę w jakieś wspólne malowanie powierzchni i cięcie nie wiadomo czego, a ten sympatyczny pan Zenon zaraz zaanimuje jakieś ognisko z kiełbaskami i konkursami sportowymi dla najmłodszych… Pewnie tylko czeka na nowych sąsiadów! 

Nawet jeśli miałby się tu pobudować jakiś sparaliżowany, buddyjski mnich, to będzie sąsiadował. Siłą rzeczy zaglądał w okna. Będzie. Po prostu będzie. Problemem była sama obecność! 

Tymczasem w Łomach zacierano ręce. Wszyscy już wiedzieli o tabliczce z napisem „na sprzedaż”, która zawisła na bramie. No, wreszcie! Dość tego dobrego! – cieszyli się zawistnicy, ale w rozmowach z najbliższymi sąsiadami wyrażali nadzieję, że może w końcu sprowadzi się tam miła rodzina, która rozrusza tego aspołecznego zgreda i go ucywilizuje? Może wreszcie będzie miał do kogo gębę otworzyć? Komu pomóc popilnować dzieci, albo pomalować jakąś powierzchnię? Na pewno się cieszy na tę perspektywę! Bo przecież żyje tam samotnie, to koszmar! Biedny, spragniony towarzystwa staruszek… (sąsiad z lewej dodawał „zgorzkniały”, a ten z naprzeciwka dużo gorzej). 

Pan Andrzej się załamał. A kiedy spoglądał przez okno na ten przechodzący już do historii bufor, miał ochotę zakraść się o zmierzchu z flamastrem i przemalować trójkę z numeru telefonu na tabliczce na ósemkę! 

Pan Andrzej, może i zgred i dziwak, był jednocześnie dość biegły w komputerach. Zaraz sprawdził, czy buforowa działka, owa gwarantka jego życiowego komfortu, figuruje na portalach z nieruchomościami. Była tam! Oczywiście! Mało kto planuje przyszłość przemierzając wiejskie dukty i szukając tablic z napisem „na sprzedaż”. Ludzie robią to wirtualnie. 

Pan Andrzej musiał przespać się z myślą, która wpadła mu wtedy do głowy, lecz gdy się obudził, chwycił za telefon i zapytał o cenę działki.  Przecież może ją kupić! Może ją na zawsze uczynić buforem. Zabezpieczyć przed niechcianym sąsiedztwem i uratować mir! 

– Niestety – zabrzmiał głos pośrednika – Już mamy ofertę.

– Przebiję ją! – zadeklarował.

Były to, co prawda, wszystkie oszczędności jego życia, ale co mu po oszczędnościach, kiedy umrze na zawał od pisków i radyjek? 

Po kilku godzinach oddzwoniono do niego, że konkurenci dali więcej. 

Pan Andrzej miał jeszcze jedną lokatę, taką na czarną godzinę. Na zagraniczną terapię, gdyby się okazało, że te obrazki na opakowaniach fajek to jednak nie blef albo na okup za psa, gdyby jacyś porywacze postanowili go sterroryzować. Jeśli ją zerwie, przebije tę upiorną rodzinkę…

Rodzinka się nie poddawała. Pan Andrzej postanowił sprzedać samochód. 

Niestety!     

Gdy cena wzrosła dwukrotnie, musiał pogodzić się z przegraną. Najwyżej sprzeda ukochany dom i poszuka czegoś innego. Muszą być przecież na świecie jakieś zbliżone samotnie? Takie z sosną zaglądającą na taras, z mchem wchodzącym na działkę i z zapachem lipy? Z idealnymi warunkami do rozmyślań nad rozwiązaniem pewnych problemów matematycznych (zwłaszcza niesprzeczności teorii ZF i określeniem granicznego poziomu błędu aproksymacji rzędu n algorytmem Rungego-Kutty) oraz, ogólnie, świata? Z ciszą i brakiem usterek (no, może tylko z jedną, obluzowaną dachówką). No i z sąsiadem, który uznaje granice, bez konieczności budowania dwumetrowego muru z drutem kolczastym, który nie chroni przed złodziejami, a przed zawisaniem na nim i ględzeniem. …czyli złodziejami czasu i prywatności. 

Pan Andrzej pogrążał się w coraz czarniejszych myślach i coraz częściej zerkał przez okno, jakby żegnając się z buforowym widokiem. Nie uszło więc jego uwadze, gdy pod dom pana Zenona podjechało auto oklejone logiem banku, z którego wysiadło dwoje fircyków z aparatami fotograficznymi i jęło się kręcić po posesji jak wkurzające szczeniaki tych z domu numer 5. 

– …a cóż to tam u pana z tymi banksterami?- pan Andrzej przełamał się i nie zmienił trasy wieczornego spaceru, aby wpaść na sąsiada.

Tamten był tak zaskoczony, że wszystko wyśpiewał.

– Biorę kredyt pod zastaw domu… Chcę kupić tą działkę obok.

– Pan? 

– Tak. Na początku była w moim zasięgu, już prawie miałem umowę, ale pojawił się drugi chętny i mnie przebił. Kilka razy… Musiało mu strasznie zależeć, żeby się tu budować! Niech pan sobie wyobrazi, cena tak się w końcu wywindowała, że nie wiem, jak to teraz spłacę…  Ale musiałem.

– Pewnie dla syna… – domyślił się pan Andrzej. Do wdowca czasem przyjeżdżał jakiś młodszy, a podobny facet. 

– Boże broń! – tamten się wystraszył – Nie upadłem jeszcze na głowę!

– To żeby postawić coś i wynająć?

– Żartuje pan? Żeby grali tu w piłkę? Piszczeli? Grillowali? Już mi wystarczy, że mam takich po prawej…

– Myślałem, że się kolegujecie.

– Gdzie tam… Aż deszcz przez nich polubiłem… 

– Głaz pan żeś pomagał im taszczyć w taczce na skalniak! – wytknął mu.

– …to nie na skalniak. To żeby batut obciążyć. Trzeba być miłym. – usprawiedliwił się –  I sąsiedzkim…

– Trzeb to im było powiedzieć, żeby spierdalali z tym kinem ogrodowym!

Pan Zenon się stropił. 

– Tak nie można… 

– No, to po co panu ta działka? – pan Andrzej wrócił do tematu. 

– Żeby nikt się tu nie wybudował…

Pan Andrzej spojrzał na sąsiada, który spełnił jego najskrytsze marzenie, rozwiał najgorsze obawy i jeszcze uratował fundusz na potencjalny okup za psa lub na terapię! Był o krok od wyściskania swego nieświadomego współlicytanta. 

– Panie sąsiedzie… Niech się pan z tego wszystkiego wycofa. Wiem, jak to załatwić za pół ceny. A nawet za jedną czwartą…

Pan Andrzej nie był bowiem cwanym draniem, a tylko cenił sobie spokój. 

Kiedy już kupili na spółkę działkę, aby nadać jej przeznaczenie, co do którego nie mieli ani sąsiedzkich, ani właścicielskich sporów,  zdarzało im się wspólnie napalić w kominku altanki. Nie ucinali tam sobie pogawędek i nie zawracali wzajem głowy! Ot, szybka wódeczka między zgryźliwym lecz koniec końców przyzwoitym odludkiem, a miłym, lecz zupełnie nieasertywnym miłośnikiem cichej lektury.  

I niech ich kule biją, tego cholernego kominka rzeczywiście nie dało się rozpalić inaczej, niż na złośliwość przedmiotów martwych. 

        Mistra

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *