Cieknące rury wieży Babel

Autor: Aleksandra Uzarska
Słowa
15 maja 2019
Brak komentarzy

Odczuwam umiarkowaną sympatię do mężczyzn, którzy mnie nie rozumieją. Mogę im wszystko powiedzieć, wyspowiadać się do ostatniej kropli, mogę mówić prawdę lub kłamać jak z nut, wymyślać historie i opowiadać najintymniejsze sekrety, bo widzę wpatrzone we mnie oczy i wiem, że moje słowa znikają w nich jak w czarnych dziurach. Mogę więc mówić do woli, licząc tylko na ten jeden komentarz o tym, że ja tak dużo mówię i że on to by tak nie umiał, tyle mówić, bo, ma się rozumieć – samo przez się – rzecz jasna – nie jest kobietą.

Czekam aż zagotuje się woda w czajniku i toczę ze sobą walkę, czy zrobić sobie kolejną kawę czy może jednak zaparzyć zioła. Piekące gardło i drżące ręce proszą mnie o kojący napar, a narastająca irytacja podszeptuje, że należy mi się kawa. Nie wsłuchuję się w głosy rozsądku, sypię dwie czubate łyżeczki i czekam dalej na wodę. Ściślej mówiąc, czekam na wodę i hydraulika.

Umówiłam się na dziś z hydraulikiem, by naprawił cieknące rury. Chciałabym móc powiedzieć, że się spóźniał, ale przestrzegał mnie wyraźnie, że będzie między czternastą a siedemnastą, więc od czternastej wyczekiwałam go w napięciu, poprawiając nerwowo włosy i chodząc między oknami. Pytam w myślach, czy on sobie wyobraża, że ja mam trzy godziny tak po prostu wolne na bezczynne siedzenie w mieszkaniu, ale on przecież dobrze wie, że mimo niezadowolenia ostatecznie zawsze na niego zaczekam.

Kiedy już w końcu pochyla się nad skrzynką z narzędziami, drażni mnie ciąg jego paplaniny i myślę sobie, że to przez niego bolą mnie barki. Przez jego narzekanie, że jechał do mnie specjalnie w korku, że ktoś uprzednio źle rury skręcił, zamontował nie tak, i że w ogóle to produkują takie o kant rozbić i więcej czasu mu to zajmie, niż planował, a on ma inne zlecenia po mnie.

To spakuj swoje rzeczy i idź do innych, myślę, więc pytam, czy może się czegoś napije. Nigdy nie rozumiałam tej powszechnej grzeczności zapraszania fachowców do picia herbaty, jednak to pytanie jest we mnie zakorzenione głęboko jak mówienie dzień dobry. Mam nadzieję, że odmówi, żeby zakończyć ten dialog w zarodku i nie pytać dalej, kawa czy herbata, z mlekiem czy z cukrem, by nie poznawać jego preferencji, po której stronie łóżka woli leżeć i które reklamy doprowadzają go do szału, czy chodzi w niedzielę do kościoła i czy lubi rodzynki w serniku.

Odmówił, wyjaśniając mi obszernie, że już pił wcześniej i pewnie jeszcze wypije jak wróci do domu, a w domu byłby już dawno, gdyby nie moja cieknąca rura. Ja nie daję się jednak wpędzić w wyrzuty sumienia przez to umiarkowane narzekanie hydraulika, miarowe, drażniące i rytmiczne, to narzekanie jak cieknący kran, bo znam na wylot jego zagrywki.

Siadam na taborecie, by przyglądać się jego pracy, zgodnie z tym, co zalecała mi mama – że fachowców nie można spuszczać z oka, bo wykorzystają każdą słabość, rozkradną wszystko i zostawią po sobie tylko trochę smutku. Patrzę mu więc uważnie na ręce, które przepełnione są niezadowoleniem. Mają w sobie głębokie bruzdy, są suche i szorstkie, z ciemnym brudem za paznokciami i śladami po smarach i różnych specyfikach, o których nie mam pojęcia; ze złotą obrączką na końcu, która siedzi tam sobie z przyzwyczajenia, tak samo niezadowolona jak jej palec. Masywne, niezdarne dłonie, które unurzane były wielokrotnie w rozczarowaniu, tym życiem i tym systemem, mitami o miłości i o tym, że ciężka praca uszlachetnia. Urzekają mnie zawsze takie dłonie, bo przypominają mi mojego ojca, z którym przecież rozmawiam nie więcej niż z hydraulikiem, a jednak, bezwiednie porwana nurtem psychologicznych banałów, to jego rąk wypatruję u innych mężczyzn.

Próbuję wykrzesać w sobie zainteresowanie tym, co mówi, jego słowa jednak wymykają mi się, krążą gdzieś wokół i ostatecznie nie docierają przez niewyjaśnione zakłócenia. Nie umiem wsłuchiwać się w suchą codzienność, w jego chropowaty głos, w te słowa jak wylewka betonowa. Zastanawiam się, ile razy dziennie opowiada te same historie, ile par oczu jest w niego tak samo wpatrzonych jak moja i czy może w którejś płonie żywe zainteresowanie korkami, sklepem budowlanym, śrubkami, plastikiem, metalem i szkłem. Chyba dlatego odgraża mi się innymi zleceniami, bo być może inna kobieta tak samo jak ja usadzona na taborecie, przytakuje mu z zapałem i nie topi spojrzenia w kubku z kawą, bo nie ma w sobie skrępowania do ukrycia.

Przenoszę wzrok na jego dłonie i zaczynam rozumieć, że wszystkiego poza tymi dłońmi w nim nie lubię i dlatego bolą mnie barki. Rzeczywistości nasze są równoległe i – bezwiednie porwane nurtem matematycznych banałów – nie spotkają się nigdy. Ja jestem odrealniona, on zespawany z ziemią, a łączą nas tylko cieknące rury, mój taboret i jego dłonie.

Na dziś to tyle, mówi do mnie, wrócę jutro dokończyć. Z grzeczności pytam, czy to już i czemu tak szybko się zwija, mimo że tak naprawdę nie mogę się doczekać aż wyjdzie. Wzrusza ramionami, więc odprowadzam go do drzwi i zamykam za nim mieszkanie na cztery spusty. Opieram się o ścianę i próbuję znaleźć sobie jakieś zajęcie, w końcu tyle miałam do roboty. Wiele rzeczy można robić, kiedy się na nikogo nie czeka, ale żadna nie przychodzi mi na myśl.

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *