Dima

Autor: Monika Karpowicz
Słowa
29 Sie 2020
1 komentarz

Łąka tylko zimą, we wspomnieniach snutych na kanapie, wydaje się idealna i sterylna. W rzeczywistości brzęczy, kłuje, nawet śmierdzi, jeśli ktoś ma delikatne powonienie. Wokół krów, ich umazanych gnojem boków unoszą się stada meszek i gzów, chętnie zmieniających obiekt zainteresowania, jeśli się taki pojawi w pobliżu. Położenie się w trawie grozi przecięciem ścieżek owadów, które nie chcą, nie mają czasu nadkładać drogi, więc biegną wprost na ciało, w ciało, do oczu i uszu. Ukryte pod wysoką trawą rozety ostu ranią bose stopy, słońce składa swój ciężar na piersi, nieświadome, że ludzka pierś może unieść mniej niż cierpliwe i zrezygnowane krowie grzbiety.

Na takiej łące, pochłonięta walką z toczącym się na niej życiem, by ocalić swoje, przegapiłam nadejście Dimy. Boży człowiek nadszedł z kosą w ręce, nie zauważył roweru z kołami przebitymi na wylot trawą i mnie, niechętnie składającej się w ofierze słońcu w zenicie. Albo zauważył, ale zlekceważył. Obecność kobiety mogła trochę krępować, choć nie musiała być przeszkodą dla jego zamiarów. Dima odłożył kosę i nie podciągając starych garniturowych spodni, wszedł do jeziora po uda. Pochylił się i umieścił w wodzie całą twarz, od rozwidlonej na wzór boskiej brody aż po czoło. Pił.

– Panie Dmitriju, może niech pan nie pije tej jeziornej wody. Dam panu wodę w butelce – powiedziałam, kiedy przerwał i wyprostował się w krzyżu. Jałówki, nieograniczane długimi łańcuchami, wchodziły swobodnie na brzeg i do wody, puszczając na nią placki. Nie miały tej gracji starych krów, które wyznaczały sobie toaletę w jednym miejscu i zawsze wracały do niego, kierując się węchem.

– Zna mnie? – spłoszył się brodaty mężczyzna.

– Znam pana siostrę Kławdię, ja sąsiadka z bloku obok – wyjaśniłam, sięgając do bagażnika po wodę.

Twarz Dimy rozjaśniła się.

– Jeśli piją bydlątka, to i ja mogę. Bóg dał wodę, ziemię dla wszystkich. Trzeba pokłonić się, podziękować i korzystać – powiedział, kłaniając się jezioru z rozmachem ruchem wyćwiczonym w czasie modlitwy. Siwa broda polatywała lekko w powietrzu jak cukrowa wata, wirująca w bębnie aparatu do jej wytwarzania na jarmarkach.

– Trzeba do tego pokory, prawda?

– Tak! – zawołał.

I popłynęła opowieść, w której anioły przeplatały się ze wspomnieniami o tym, jak młody Dima odwiedzał komendanta posterunku, jak na stół wjeżdżała wódka i ogórki, a rozmawiało się o tym, co kto w miasteczku robi. Ale co kto mógł robić? To już nie te czasy, kiedy pokolenie ojca Dimy wywoziło siłą panny z jarmarku. Oczywiście siła była tylko na pokaz, panny wiedziały, co je czeka, a porywacze byli wcześniej znani i pokochani. Więc i policji nie było nic do tego, chyba że była rozróba na weselu.

I we wspomnieniach Dimie Bóg miesza się z komendantem, milicjanci z aniołami. Wszystkie, wszystkie grzechy trzeba było wtedy opowiedzieć Bogu, wszystkie nieczyste sprawki zeznać komendantowi. Chociaż jego nie interesują grzeszne czyny takich jak pokolenie ojca Dimy, jarmarczne porwania, ubrania wiązane na troczki, szyte w rękach, bo guziki i maszyny do szycia to wynalazek diabła o przerażającej nazwie Nowoczesność. Niuchy tabaczane, kawa, herbata, inne nieczyste produkty, których nie wolno było próbować.

Komendant chciał znać nowoczesne grzechy mieszkańców miasteczka. Co kto sądzi o ustroju. Kto niedobrze mówił o sekretarzu powiatowym. Kto uprawia brakoróbstwo albo wynosi z pracy na lewo surowce i materiały. Dima mówił, bo był słuchany. Inaczej niż w szkole, którą skończył z trudem. Pani, nawet jeśli była ideowa, uczyła ich Międzynarodówki, szykowała na pierwszomajowy pochód, to potajemnie nie miała sympatii do obciętego pod saganek Dimy, który ledwie dukał po polsku, ale w żaden sposób nie kojarzył się z Krajem Rad. Dima nie zachwycał dziewcząt i tak już zostało mu na całe życie. Tylko zamiast pani słuchał się potem we wszystkim starszej siostry Kławdii.

Zaczynam myśleć o tym, co Kławdia sądziła o tych dmitrijowych spowiedziach na komisariacie, czy pochwalała je, ale sam Dima jest już na innym etapie rozmowy.

– Przyjdzie do mnie – mówi, tym razem nie opuszczając niebieskich oczu na trawę. – Mam ikonę świętej Marii Magdaleny, apostołom równej.

I oto dociera do mnie, że pierwszy i zapewne ostatni raz w życiu jestem kuszona na obrazek świętej. Dima nie ma raczej cennej ikony, prędzej oleodruk po ojcu, czy dziadku.

– Kławdia mówi, żeby nie opowiadać obcym o naszej wierze, ale ikonę pokażę – mówi Dima, bierze kosę i odchodzi.

A ja wiem, że zobaczę Marię Magdalenę, usłyszę o wierze, Bogu, aniołach, wieczorkach w gabinecie komendanta, które Dimie wydają się jakby były wczoraj, chociaż odbywały się na długo przed moim urodzeniem.

1 komentarz
*
2020-09-19 13:46:12

świetne. zwłaszcza jak Bóg mieszał się z komendantem w opowiadaniu Dimy

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *