Dlaczego jesienią spadają ze mnie liście

Autor: Aleksandra Uzarska
Słowa
18 Paź 2018
1 komentarz

Gdybym była znana i funkcjonowała w powszechnej świadomości jako autorytet w sprawach różnych, na pewno o tej porze dostawałabym już mnóstwo listów i maili z pytaniami o to, jak przetrwać ten trudny okres, jakim jest jesień. Moja potrzeba pisania rubryk w magazynach kobiecych musi być jednak realizowana gdzie indziej, z racji tego, że nikt jeszcze nie dostrzegł we mnie potencjału na współczesną znachorkę, czy też lifestylową guru, która poprowadziłaby grono zagubionych dusz przez wiatry, deszcze i ciemności. Mimo mojego szczątkowego doświadczenia w roli pasterza ludu, zupełnie niepytana, czuję potrzebę włożenia rozciągających się wieczorów w ramy definicyjne, które pozwoliłyby okiełznać rozlewającą się leniwie melancholię, zupełnie niepożądaną przez tych nieprzyzwyczajonych do bycia przewrażliwionym bucem.

Lubię myśleć, że październik wchodzi do miast, żeby sprzątnąć po letnim festiwalu kolorowego rozpasania, kusych ubrań i próżniactwa na rozgrzanych słońcem ławkach; kiedy świat już ugina się pod ciężarem lenistwa, a ziemia trzęsie się od potężnych, synchronicznych ziewnięć. Dlatego właśnie zmienia kojące podmuchy w natarczywy, chłodny wiatr, który przywołuje do pionu i rozlewa się zimnem pod kurtką, tak, aby każdy trochę się opamiętał i skurczył w sobie. Zamiata z krajobrazu budki z lodami i watą cukrową, a ogródki piwne z obawy o swoje krzesła i parasole same wpełzają w zakamarki piwnic, ustępując mu miejsca na zamiatanie szczelin w kostce brukowej. Następnie zlewa chodniki starego miasta strumieniami deszczu, by obmyć kamienie ze śladów turystów, którzy całe lato penetrowali zakamarki ulic, w celu znalezienia obiektu godnego, by go z każdej strony zgwałcić aparatem. Październik ostatecznie zdmuchuje niemodne już i ubrudzone sadzą jednosezonowe liście, by drzewa mogły trząść się nago pod wpływem tego samego zimnego wiatru, przed którym my pochylamy z szacunkiem głowy. 

Chowanie się przed wściekłym deszczem i rzucanie nań wyzwisk to bezwiedne podporządkowanie prawom natury, które despotycznie narzucają nam swój rytm działania, a wszelkie próby sprzeciwienia się im zdają się jedynie infantylnym tupaniem nogą w celu odroczenia tego, czemu w końcu i tak poddamy się równie niechętnie, co wszystkim innymi sezonowym trendom. Właśnie dlatego w obliczu października nie stawiam oporu i pozwalam, aby spadły ze mnie wszystkie liście, a wraz z nimi kolory i żwawość, która w towarzystwie wychudzonych drzew zdaje się nieadekwatna i jakby źle skrojona. Zachowawczość, choć czasem wydaje się na mnie za mała, w październiku ostatecznie okazuje się najlepszym wyborem i spycha kwiecistą, rozkloszowaną ekspresyjność do roli dodatku zakładanego jedynie na wyjątkowe okazje. 

Repertuar nieznaczących dialogów w windzie przechodzi płynnie z pozycji letnich, dotyczących głównie upałów (z dopuszczalną wariacją na temat źle działającej klimatyzacji), w opcje jesienne, obejmujące ulewy, straszny wiatr i niezależne od pogody ciągle – ciemno. Wraz ze  zmianą rozkładu rozmów, zmienia się także repertuar wymagań w stosunku do siebie. Można w końcu odetchnąć z ulgą, kiedy odłożenie podboju świata na później staje się usankcjonowane przez nieustającą zapowiedź deszczu, a co więcej, ciągła obawa przed nieplanowanym zmoknięciem usprawiedliwia opory przed podejmowaniem się większej ilości zobowiązań niż to absolutnie konieczne. W zamyśleniu nagle jest nam zupełnie do twarzy i nikt nie dopytuje, czy coś się stało, bo wilgoć i chłód same w sobie są zwolnieniem z natarczywego szczerzenia się.

Ogólne spowolnienie i emocjonalna plucha ostatecznie znajdują swoje usprawiedliwienie w zupełnie prozaicznym, a jednocześnie dogłębnie niepokojącym przepoczwarzaniu, które ci bardziej wysublimowani mogą nazywać metamorfozą, a które powszechnie znane jest także jako starzenie. Myślę, że jesień to czas kiedy większość ludzi się starzeje, nawet jeśli ich urodziny są położone na zupełnie przeciwnym krańcu kalendarza. Cały rok lat mam tyle samo, aż nagle wieczorem pod postacią nieokreślonego dyskomfortu odczuwam, jak mój wiek przeskakuje oczko dalej. Kiedy już sprzątnę w sobie pozostałości po letnich uniesieniach, to słyszę jak w ciszy szepcze do mnie głos rozsądku, że rok się będzie kończył niedługo, a ja dalej w tym samym miejscu. I tak mi truje natrętnie, a ja wybierając znicze, myślę już o ozdobach świątecznych i od niechcenia przyznaję mu rację, bo rzeczywiście – czas w tym roku znowu odpłynął w nieznane, a ja nie mogę zaprzeczyć temu, że jestem starsza niż byłam. Pod koniec października zaczynam czuć jaki siwe włosy kiełkują mi na czubku głowy pod wpływem intensywnego myślenia nad raportem produktywności z tego roku, który ostatecznie okaże się jedynie parafrazą raportów z lat poprzednich, ale przecież teraz, na ostatnią chwilę, to już bez sensu próbować naprowadzać swoje istnienie na właściwe tory. 

Przeglądałam naprawdę mnóstwo gazet, aby stać się ekspertem do spraw prostych sztuczek urodowych na jesień, depresji sezonowej, obniżonej odporności, niedoborów witamin, wypadających włosów, mokrych trampek, zaskakiwania go w sypialni na Halloween, przetworów i ozdób z liści, a może i nawet z kasztanów, w wersji dla tych bardziej ambitnych. Każda z nich pomijała istotność starzenia się, jako procesu nierozerwalnie związanego ze schyłkami roku, bo przecież starzeć się nie wypada, tak samo jak nie wypada się zamyślać. Aby cieszyć się świetnym zdrowiem i nienaganną odpornością jesienią, należy poddać się jej bez walki, a tym samym zrzucić z siebie wszystkie liście, pulchnieć pod wpływem własnej melancholii, oraz ze spokojem siwieć, z nogami opartymi o zimny jeszcze kaloryfer, w niecierpliwym oczekiwaniu na to, aż w końcu zacznie grzać.

1 komentarz
A.
2018-10-23 19:20:29

Dobre to bardzo!

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *