Dobry początek
Opowiadanie zgłoszone na konkurs „Początek jest najważniejszą częścią pracy”
„Pójdę, powiem i dostanę tabletki. – postanowił Piotr– Normalnie. Jak dorosły, który zadbał o siebie.
…ale co ja powiem? Że mi źle przez Agatę? Zaraz zacznie się drążenie! Zaraz padnie, że to nie przez nią, tylko przez moje złe wzorce przywiązania wyniesione z dzieciństwa i włączony zostanie detektor nadopiekuńczej, albo nieobecnej, albo pasywno-agresywnej matki oraz niedojrzałego, albo nieznanego, albo autorytarnego ojca pijaka (przepraszam, osoby w kryzysie uzależnienia), czy co tam będzie pasowało do odejścia Agaty.”
A jemu nie chciało się gadać o dzieciństwie.
Nie chciał też, żeby było tak, jak z tym pierwszym siwym włosem, który zauważył u siebie, gdy dostał się na aplikację. „Osiwiałem przez ten cholerny zawód!” – mówił potem, choć sprawy depigmentacji nie goszczą na żadnej wokandzie i dotyczą również testerów materacy.
Czy było mu potrzebne, żeby jeszcze „leczył się przez Agatę?”, nawet jeśli to nie przez Agatę?
Więc coś innego. Jeśli ma z tej melancholii wyzdrowieć i tego nie odchorować, musi podać jakąś mniej obciążającą przyczynę. Może tą jego obsesję na temat zdrowia? Ciągle bał się jakiejś ostatecznej dolegliwości, a to w końcowym odcinku jelita grubego (odkrył u siebie kilka niepokojących objawów, mogących jednak mieć związek ze zwiększonym spożyciem sezonowych roślin strączkowych), a to w czaszce (ból o etiologii tylko częściowo wyjaśnialnej kacem), a to znów w układzie oddechowym, choć palił niewiele.
Nie… Zaraz będzie musiał gadać o dzieciństwie. Terapeutka (bo chyba pójdzie do babki) z miejsca zacznie węszyć za traumą, która wywołała uń błędne mechanizmy poznawcze i wysoki poziom lęku.
Niewykluczone też, że wyśle go na jakieś prześwietlenie, albo badanie per rectum, nienawykła do hipochondryków, którzy przyszli do niej na skróty, nim jeszcze zgromadzili teczkę z dobrymi wynikami. A jak będą niedobre? Albo jak każe mu rzucić palenie?
To może, że się rozkleił. Nigdy się nie rozklejał, a teraz się rozkleił. Wolałby być odklejony, jeśli już ma się babrać w kleju, to pewnie miłe nie widzieć spraw takimi, jakie są, ale on właśnie (niestety!), widzi je bardzo dokładnie, cóż – dobrze klei, dlatego cierpi. Nie tak ciągle. Właściwie to jak wypije.
Wykluczone! Zaraz będzie, że to nie depresja tylko alkohol. Ma przestać pić i iść na odwyk, powtarzać tę śmieszną modlitwę AA i robić tych ileś tam kroków, dwanaście, albo czternaście, jak w pieprzonej drodze krzyżowej, którą dobrze kojarzył, bo bywa ona elementem pieszych szlaków górskich. (O, ileż to razy ulegał złudnemu pokrzepieniu, że zaraz szczyt, bo to już dwunasta stacja, a potem odkrywał, że są jeszcze dwie, nie wiadomo z jakiej paki, skoro jest dwunastu apostołów i dwanaście potraw na wigilijnym stole? Witaniu się z gąską sprzyjało również ewidentne zwieńczenie tej rozpisanej na odcinki tragedii: dwunasta stacja: Pan Jezus umiera na krzyżu. „No to co niby jeszcze jest po śmierci?” – pluł podczas dalszej wspinaczki, aczkolwiek bardziej niż o braku elementarnej wiedzy o sensie chrześcijaństwa świadczyło to o braku kondycji fizycznej.)
AA w każdym razie odpada. Zwłaszcza, że o ile się orientował, niby jesteś anonimowy, a jednak musisz opowiedzieć o cholernym dzieciństwie. Bo przecież nie sięgnąłeś po wódkę bez powodu! Wyssałeś ją z mlekiem matki, prawdopodobnie wcale nie metaforycznie.
…no to może bezsenność? To powszechna, neutralna światopoglądowo przypadłość. Ale terapeutka nie jest głupia. Zaraz zacznie drążyć. Co pana trapi po nocach? Jak tam w pracy?
A on nie miał siły o tym gadać. Właściwie to nawet nie mógł. A gdyby mógł, zaraz i tak wszystko sprowadziłoby się do wychowania w dysfunkcyjnej rodzinie, bo zdrowy człowiek ze zdrowymi funkcjami ma przestrzeń na zdrowy dystans do roboty i idzie po niej wesoło spać.
Choć akurat tester materacy może mieć z tym problem.
Piotr czuł się źle, a próby wybrania odpowiedniego problemu do terapii nie poprawiały mu nastroju. (Odpowiedniego, a więc niepociągającego za sobą bolesnych badań, rezygnacji z nałogów, oraz łamania tajemnicy adwokackiej, a nade wszystko udziału w żenującej vivisekcji, tej gadce o dzieciństwie, która nie skończy się na prostym dialogu: „jak tam dzieciństwo?” „Dziękuję, chujowo”). Odpowiedniego, a więc – powiedzmy to sobie szczerze – niepociągającego za sobą ciężkiej pracy nad sobą.
Mógł oczywiście skłamać i jak pierwszy lepszy lawirant umykający spod kosy grupowych zwolnień (ciekawe, że właśnie za pomocą zwolnienia L4), podać podręcznikowe objawy i zmyślić przyczyny, dbając tylko o spójność historii i pilnując, żeby się nie wyłożyć na jakimś podchwytliwym pytaniu typu: „To jak w końcu? Lał pana czy opuścił przed urodzeniem?”. Obawiał się jednak, że wybór między selektywnymi inhibitorami wychwytu zwrotnego serotoniny, a trójpierścieniowymi lekami przeciwdepresyjnymi może zależeć od jakiegoś niuansu i nie chciał sobie zaszkodzić. W przeciwieństwie do lawirantów, naprawdę zamierzał to wszystko połknąć. Oczywiście nie naraz.
Choć kto wie? Czuł się naprawdę paskudnie i to nie od podręcznikowych dwóch tygodni.
Raz Piotr zresztą tak zrobił. Pożyczył sobie dzieciństwo od Agaty i poszedł po tabletki z jej wspomnieniami (były dobre i sprawdzone, brała na nie recepty już od lat). Wyproszono go z gabinetu z powodu wzmiankowanego wcześniej niedopilnowania faktów. A czyż próby wyłudzenia prochów nie są wystarczającym wskazaniem do ich brania? Czy na zatwardziałość w trzymaniu swojej przeszłości w tajemnicy nie ma jakiegoś terminu? Jakiejś terapiofobii, która w tej celującej w eufemizmach nomenklaturze dobrze opisywałaby „godność osobistą”. Tak jak na „wspaniałomyślność i gotowość do pomocy kosztem własnego czasu” mówi „nieumiejętność stawiania granic”. Na „dobre relacje z rodzicami” „brak odpępowienia”, a na „hojność”- „próba kupowania sobie akceptacji innych wynikająca z niskiego poczucia własnej wartości” (chyba nie trzeba mówić, skąd to to wzięło początek!)
I najlepsze: „otwarta komunikacja”, czyli temu gnomowi zza płotu trzeba powiedzieć:
– Drogi sąsiedzie, cieszę się, że dbasz o ciepło domowego ogniska, ale czuję się niekomfortowo kiedy spaliny z twojego koksownika wprowadzają mutacje w moim DNA.
– Psychologia nie zna życia i mojego sąsiada! – gderał w myślał Piotr, który znał psychologię z czasopism przeglądanych pobieżnie w poczekalni u barbera. I jeszcze:
Cholerne ofiary redukcji etatów! Psują rynek pacjenta i powodują podejrzliwość u łapiduchów, że się ich wciąga w jakieś brudy polityki kadrowej, z jej brutalnością, ale i luką pt. „L4 od psychiatry działa wstecz i przez pół roku, możecie mi nadmuchać!”.
Bo Piotr chciał też, owszem, L4.
Ale przede wszystkim tabletki. Chciał się poczuć lepiej za pomocą chemii i nie rozumiał, dlaczego, skoro to czysto chemiczna kwestia neuroprzekaźników, miesza się do tego duszę? Czy nieprawidłowe stężenia chemikaliów wyrównają się od tego, że coś sobie uświadomi, albo komuś coś wybaczy? Nie był lekarzem, ale jeśli tak jest, to sen o sterowaniu materią za pomocą myśli ziszcza się w naszej mózgownicy (ruszanie rękami i resztą szkieletu jakoś zupełnie nie przyszło mu w tym kontekście do głowy). Cud!
A on czuł się źle. I jeszcze ta cała gadka o „wychodzeniu ze strefy komfortu”, które ma człowieka rozwinąć. Jakiej strefy komfortu? Piotr całe życie usilnie poszukiwał jakiegoś drobnego przyczółka, jakiegoś skrawka na maleńkiej ławeczce komfortu, i to względnego. Tymczasem cała strefa? Ktoś ma taką strefę i udaje mu się z niej nie wychodzić, ani nie być z niej wytrząsany? Wyjebywany mokrą szmatą?
Cud po raz wtóry.
Czasem było tak, że dłuższy czas nie miał ataku paniki. Wtedy był z siebie dumny. Czuł niemal szczęście. I zaraz myślał: ,,jakie to żałosne, że czuję szczęście, bo od paru dni mam tak, jak normalni ludzie…”
Zapewne pomogłoby mu, gdyby porównał to do otyłych, którzy schudli. Są szczęśliwi tylko dlatego, że zrównali się z normą. Nie osiągnęli niczego ponadprzeciętnego, a przecież budzą powszechny podziw.
Chyba, że traktować tak „pokonanie siebie” – kolejny śmieszny szlagier, zdaje się, że już nieaktualny. Teraz raczej pokonuje się trudności w sobie, a siebie się kocha. Utula się w sobie te deficyty i się z nimi pracuje. O tak. Przepracowywanie problemów. Praca z emocjami. Praca, praca, praca! Jakby mało miał pracy! Wierzył, że tabletka jest czymś takim jak spadek po wujku z Ameryki – możesz nie pracować.
W końcu się pojawił. Problem idealny, czyli choroba degeneracyjna bliskiej osoby. Mógł pójść do terapeutki i powiedzieć, że ma teraz trudności rodzinne, które rodzą myśli egzystencjalne. Wiadomo. W takiej sytuacji każdy zalicza dół. Nikt nie będzie go pytał o pieprzone dzieciństwo.
Rzecz jasna problem był tylko problemem w tle jego ciągłego, podłego nastroju. Nie wpływał nań znacząco. Ale – nadawał się! Piotr mógł na niego zwalić swoją zgryzotę, pilnując tylko, żeby się nie wygadać, że trwa ona nieco dłużej, niż on.
A zatem pójdzie, powie i dostanie tabletki.
Wybrał terapeutkę na drugim końcu miasta, z dobrymi opiniami i bez zdjęcia (w takim razie pewnie niewyględna, to i lepiej, nie będzie mnie rozpraszać, pomyślał). Psychiatrę, żeby mogła od razu wypisać leki. Istniało oczywiście ryzyko, że mimo prostej sprawy do terapeutyzacji będzie chciała – z rozpędu lub zboczenia – jednak pogrzebać w jego dzieciństwie. Domyślał się, że ludzie o prawidłowym odczuwaniu, te cierpliwe, pełne wewnętrznej harmonii i pozytywnego nastawienia humanoidalne labradory – radzą sobie bez tabletek również z ostateczną dolegliwością bliskich. Pewnie są wdzięczni za możliwość przeżycia cennego doświadczenia. Są wręcz podekscytowani możliwością rozwoju osobistego i otwarcia na nowe relacje w pobliskim szpitalu.
Ale Piotr postanowił, że wtedy po prostu wyjdzie. Postawi (he, he!) granice.
Chyba się bał, że jak wyłoży te bebechy na biurko, to już ich nikt z powrotem nie upchnie. Że w kontakcie ze światłem napuchną do gigantycznych rozmiarów, poczernieją od wyssanej z niego, całej krwi i przygniotą do ściany bezradną terapeutkę.
A może bał się, że okażą się małym, różowym bebeszkiem, który niczego nie usprawiedliwi?
Nie wiadomo. Ważne, że nie chciał tego ruszać.
– Dzień dobryyy. – przywitał się i poczuł, że zaraz się rozklei. Że zaraz wypali o jelicie, rozstaniu i rozklejaniu się, a nawet o samobójstwie, po czym to będzie musiał wyjść (ładny początek!), żeby nie dać się wciągnąć w upokarzającą pracę nad sobą, na głos i przy świadkach.
W powietrzu wciąż drżał igrek z jego powitania, igrek wprawiony w niemożliwe vibrato.
– Piter? – powitała go terapeutka. – Piter, o w mordę jeża!
A potem wstała ze stylizowanego na przytulny fotela i go wyściskała. Piotr nie był pewien, czy to element tej całej terapeutycznej hochsztaplerki, czy może autorska metoda tej konkretnej kobiety.
– Nie poznajesz mnie! – domyśliła się – Ola! Ola Kruk!
– Gruba! – rozpromienił się. – Oczywiście, że poznałem! – trochę skłamał, a trochę lepiej jej się przyjrzał.
– Wyszłam za mąż – wyjaśniła sprawę nazwiska, które widniało na drzwiach jej gabinetu.
No tak… Przecież nie zapisałby się do koleżanki z podwórka! Towarzyszki broni w dorastaniu. Wspólniczki lizania ran przy trzepaku. Kompanki od pierwszych fajek oraz wody z cukrem i kwaskiem cytrynowym/tusipeku/bóg wie czego, pitych na murku pod ich wspólnym, rodzinnym blokiem.
Powierniczki zwierzeń czynionych bez słów.
Nadawczyni niepodrabialnych sygnałów przez kaloryfer, które – choć dzieliły ich trzy piętra, a one były tylko pojedynczym uderzeniem łyżką – trafiały prosto w odbiór, wyabstrahowane z tła głosów, szumu wody i innych uderzeń innymi przedmiotami innych mieszkańców, jakby mieli sekretny kanał radiowy. Działało to oczywiście w dwie strony.
Od urodzenia, aż, mniej więcej do czternastego roku życia, gdy na ich międzypłciowej relacji zaczęło ciążyć dojrzewanie.
– Masz – najpierw cofnęła się do biurka, a potem wyciągnęła w jego stronę dłoń z receptą i L4 na pół roku.
Nie po znajomości.
To znaczy też. Po prostu doskonale znała jego dzieciństwo.
Obraz: Hans Thoma „Roadelay dziecięcy”