Góra

Autor: Monika Karpowicz
Blog2046Słowa
12 sie 2025
Brak komentarzy

Wagon był starego typu, z przedziałami, chociaż przysięgłabym, że na schemacie wybrałam sobie jedno z miejsc pierwszej klasy w wagonie bezprzedziałowym klasy drugiej. A jednak! Przedziały jak za dawnych dobrych czasów, gdy wypadało jeszcze tłuc skorupki gotowanych na twardo jaj i pytać współpodróżników, czy ktoś ma ochotę się poczęstować. 

Tym razem chyba jednak jaja nie proponowałabym. Kobieta była wysoka, o dumnej postawie, miała wyraźnie coś z urzędniczki, przyzwyczajonej do rozstawiania petentów po kątach. Ogromną walizkę taszczył jej młody mężczyzna, za młody na syna, za młody na kochanka. Szeptali coś, coś sobie przekazywali, młody pożegnał się i uwaga pani przeniosła się na mnie. 

– Czy pani jedzie do Jeleniej Góry? Wie pani, jaki tam mają dworzec?

Tak, jadę do Jeleniej Góry, ale pierwszy raz w życiu i nie wiem, jaki mają dworzec i czy wysiada się na poziomie wagonu, czy też trzeba schodzić z bagażem po schodkach. Tak, jechałam już w tym kierunku, dwadzieścia lat wcześniej. Przeciskaliśmy się przez wąskie gardła skalne i ja, wychowana pod rozległym niebem, miałam wrażenie, że zostaniemy tam zmiażdżeni. Poza trasami na asfaltowych serpentynach i poza zamkniętymi w siatkowych tunelach przejazdami na granicy z Rosją nigdzie nie czułam się aż tak źle, jak tam, w drodze na moją czarodziejską górę, na której pierwszy raz w życiu zobaczyłam prawdziwego gigolo na dancingu. A teraz znów się tam zbliżam. Co ja gadam, oczywiście większości z tego nie powiedziałam, poza informacją, że nie znam dworca.

Pani chodziło konkretnie o jego budowę. Bagaż wniósł i zostawił przy wejściu jej siostrzeniec, ale po dojeździe na miejsce podróży będzie miała kłopot – jest po operacji kręgosłupa, nie może dźwigać nic, jedzie właśnie na miesięczną rehabilitację. Kto wystawi walizkę na chodnik tak, aby mogła z nią dojść do postoju taksówek? Czy w Cieplicach mają windy na dworcu?

– To zabawne, wie pani, pracuję w budynku nad Warszawą Centralną, zawsze przed podróżą prosto z pracy zjeżdżałam sobie z walizką w dół, a teraz co? Zależna od ludzi!

– Dobrze panią rozumiem – bąkam, bo kalkuluję jednocześnie, na ile jest szansa, że pani urzędniczka pracuje w NFZ z siedzibą przy Centralnym. – Sama mam zwyrodnienie kręgosłupa i podnieść powyżej trzech kilo ani rusz.
Rozmowę przerywają dosiadający się pasażerowie pierwszej klasy. Na kilka godzin rozdzielają nas i do Wrocławia jedziemy wszyscy w milczeniu. Ja z łokciem potężnego mężczyzny wbitym w bok, bo olbrzym nie mieści się w standardowym fotelu, szczupła pani po drugiej jego górzystej stronie. Jest gorąco, coraz cieplej.
We Wrocławiu stajemy na popas, pociąg musi być rozdzielony, część wagonów jedzie dalej, część zostaje. 

Do drzwi zbliżył się starszy sympatyczny pan.

– Czy wie pan, ile czasu trwa postój we Wrocławiu? – pytam dość wesoło, bo chcę mieć stronnika, kogoś, kto ocali mnie przed wynoszeniem urzędniczce potężnej walizki. Prośba wprost przecież nie padła, a jednak czuję jakieś napięcie w powietrzu. Wyglądam krzepko, jestem młodsza od niej o jakąś dekadę…
Pan nie wie, ale przysiada się do naszego przedziału. Ma ze sobą reklamówkę, jak ktoś, kto opuszcza miasto raz dziennie, aby jechać na codzienne zabiegi w cieniu góry. Kuracjusz, ale bez noclegu, bo uprzywilejowany codziennym życiem w pobliskim dużym mieście. 

Pierwsze metry rozbiegu pociągu w stronę Wałbrzycha i oto rozumiem coś istotnego – ten pan pierze ubrania, ale nie myje się. Widzę coś i mój umysł rozpaczliwie szuka punktu zaczepienia, możliwości zrozumienia – ludzie, starsi ludzie, starsze ciała wokół mnie, te, które ważyły więcej od mojego. To one decydowały, kiedy i jak chcą przylgnąć do mnie. Nie było wyboru, innego, jak znaleźć się w orbicie tych zapachów, czasem przypominających ciemną sień, czasem wnętrze studni, czasem zatłuszczone kasztany, a czasem ząbkowaną piłę, która nie dawała ucieczki, wbijała się w mózg i już nie można było porównywać, fantazjować, uciekać. Smród stawał się pułapką, brał w posiadanie, zawłaszczał, a ja znikałam.

Urzędniczka, ożywiona tym, że z przedziału ubyło większość osób, wierci się na siedzeniu, spogląda na mnie raz po raz.

– Widziała pani? A w tym drugim przedziale prawie nikt już nie siedzi – mówi tonem rewelacji i gdzieś z waty, jaka spowija mój mózg, dociera do mnie sens tego komunikatu: przesiądźmy się tam, trzeba się ratować!
Ale za późno, moje ciało jest już zakażone, gadzi nerw pobudzony. A tymczasem starszy pan, jak gdyby był świadomy sieci smrodu, w jaką wplątuje ofiary, siedzi i lustruje starannie moje piersi. No tak, zjawisko znane z sanatoriów. Jak mogłam zapomnieć, że dwadzieścia lat temu, poza tym romantycznym pierrotem na kolanach przed piękną kuracjuszką widziałam coś jeszcze – te oczy facetów w każdym wieku, uciekające przed śmiercią w życie, szukające zaczepienia w ciałach kuracjuszek. Niedobrze mi. A jednak nie mogę się ruszyć. Muszę być miła dla starszego pana, przecież nie jego wina, że śmierdzi, to moja wina, że to czuję i że mi to przeszkadza. Za oknem skalne gardło zwęża się, to Wałbrzych już blisko. Zwęża się moje gardło.

Pani rezygnuje z prób ożywienia mnie i wyciąga z torebki batonika. Pan odrywa wzrok ode mnie i natychmiast sięga do reklamówki. To czekolada. Odłamuje kawałek i wkłada do ust. A więc to tak. Nie jest dominujący, nie przyszywa mnie tym spojrzeniem do siedzenia. To uległy, śmierdzący niewolnik, powtarzający w lustrzanym odbiciu gesty kobiety, którą uważa za postawioną wyżej od siebie. Tama w moim brzuchu puszcza i przelewa się. Zrywam się i biegnę do toalety.

Kiedy wracam, pani siedzi sama w przedziale z zamkniętymi oczami. Chcę coś powiedzieć, zapytać, gdzie jest staruszek, ale pani do słabego ruchu ust dodaje urywek szeptu i już wiem – modliła się.
– Przepraszam – wycofuję się do drugiego, pustego przedziału. Pan stoi w głębi korytarza i sposobi się do wysiadania, z daleka rzucając mi prowokujące spojrzenie.

– Myślałam, że nigdy pani stamtąd nie wyjdzie. To przykre, jak ludzie nie dbają o siebie – zagaja urzędniczka, kiedy znów siadamy razem.
Płynie opowieść, wcześniej burzona obecnością osób trzecich. Teraz już wiem, pani jest singielką, jak ja, dzieli nas dekada. Jest też młodszą siostrą, jak ja. Wyrosła na ścianie wschodniej, tam na gospodarstwie zostali rodzice, dziś już wymagający opieki. „Opiekuj się, opiekuj” – powiedziała pani swojej starszej siostrze, bo sama przecież mieszka w Warszawie i jest urzędniczką. Nie daje też już rady jeździć do rodziców co tydzień, a przecież to właśnie dla nich zrobiła prawo jazdy i kupiła samochód. Pomaga jej siostrzeniec, tak jak dziś – z walizką. Rodzice nie dają za wygraną, mówią: musisz sobie kogoś znaleźć. Ale widzi pani, dziś miałyśmy przykład, o jakich my mężczyznach możemy mówić? O jakim ich znajdywaniu?

Pani znów płynnie przechodzi do tematu wysiadania z pociągu w Cieplicach. Zauważyła w dalszym przedziale młodego człowieka, w sam raz do wyniesienia jej bagażu! Zaciera ręce z zadowolenia. Potakuję – widziałam go, mężczyzna młody, jednak już nie tak bardzo, raczej dobiega czterdziestki. Z jednej strony ma w sobie coś delikatnego, z drugiej – czuję w nim jakąś gotowość do robienia tego, co chcą kobiety. Czyta w podróży poradnik, jak budować związek, a jednak nie sądzę, żeby sam w nim był. Raczej przygotowuje się, podnosi kwalifikacje, chce być gotowy, gdy to się już stanie. A jednak – nie staje się, choć mija czas.

Ponieważ jest mi już lepiej, a z gardzieli skalnych wyjechaliśmy na szersze przestrzenie z widokiem na góry, mam wrażenie, że to już lada moment dojedziemy na miejsce. Pani uległa mojemu ożywieniu i bez dalszej zwłoki poszła poprosić młodego człowieka o przysługę. Rudas dołącza do nas na korytarzu, gdzie stoimy, czekają na to wielkie „już”. Sam jedzie do Szklarskiej Poręby, ale owszem, czemu nie, wystawi walizkę bez problemu. Dyskretnie przyglądam się jego delikatnym włoskom na przedramionach, nieśmiałemu spojrzeniu, którego nie umie podnieść, obojętnie, na starszą czy na młodszą z rozmówczyń. Jest bezradny wobec kobiet, za długo na nie czeka, za bardzo mu zależy, za dużo o tym myśli, za bardzo je wyidealizował. Nie umiałby przyjąć takiej możliwości, że babsko od pół godziny omawia temat, jak go podejść, żeby porobił za tragarza. Wygląda na szczęśliwego, jak rycerz, który dostał szansę zawalczenia o względy damy dworu. Nic o nim nie wiem, ale zalewa mnie fala współczucia.

Kołyszemy się wszyscy w milczeniu, stojąc.

– Chyba spowodowałam falstart – mówię. – Nie wie pan, ile jeszcze do Jeleniej? Patrzę na mapę i nie umiem ocenić.
– Jeszcze trochę, ale miło tak stać i rozmawiać – odpowiada z nerwowym uśmiechem, a ja nie wiem, czy próbuje się wstrzelić w konwencję „rozmowa z kobietami w średnio-starszym wieku, w stylu angielskim nad filiżankami herbaty”, czy faktycznie tak potwornie nie potrafi powiedzieć: „wracam do przedziału, panie zawołają przed Jelenią Górą” i przekonuje sam siebie, że chce tak z nami stać. Pani urzędniczka, mimo że to o jej interes tu chodzi, nic nie mówi, nie próbuje nawet zagadywać młodzieńca, żeby nie czuł się wykorzystywany. A może to ja czuję się wykorzystana zamiast niego? Jest mi głupio z powodu jej postawy i staram się w jej imieniu dotrzymać mu towarzystwa? Może to ja tak strasznie nie umiem powiedzieć: „do widzenia”, wziąć walizkę i przejść na drugą stronę wagonu, do innych drzwi? Zostawić ich samym sobie, niech facet nerwowo się uśmiecha, a pani milczy nad tym, albo zmobilizowana do działania bawi go rozmową. Gdzie w tym wszystkim tkwi to mikropoczucie winy, które przyszło już na Centralnym w Warszawie – że nie przeniosę pani bagażu, mimo że jestem młodsza i sprawniejsza.


Kiedy wreszcie dojeżdżamy do Jeleniej Góry, chłopak szybko wystawia ciężar XXL na peron i zarumieniony życzy dobrego pobytu. Ja zeskakuję ze swoją prawie pustą małą torbą i wdycham świeże, stacjonarne powietrze, chcąc wzbić się do biegu jak najszybciej, zostawić za sobą panią, wspomnienie staruszka, duszne przedziały i skalną niszczarkę przed Wałbrzychem. 

– Jak pani na imię? – mówi urzędniczka. – Pytam dla wspomnień.
Jeszcze nikt nigdy nie pytał mnie o mnie, aby umieścić w swoich wspomnieniach – nie w książce telefonicznej, nie w notesie, tylko w pamięci.
Odpowiadam i życzę pani Urszuli powrotu do zdrowia i samych atrakcji. Z daleka patrzę jeszcze raz, jak dyryguje grupą wyrośniętych nastolatków, których zadaniem będzie znieść walizkę po schodach i wnieść na plac z postojem taksówek. Bo na dworcu w Jeleniej Górze wind nie ma.

Obraz: Hans Oberländer: „Pejzaż w Szklarskiej Porębie”

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *