I to ma niby być ta cała miłość? Recenzja spektaklu Teatru 6 pięto: „[Things we do for] LOVE”.

Autor: Aleksandra Budzisz
Wyobraźnia
25 lip 2024
Brak komentarzy

Ostatnio od kilku osób, w różnych wariacjach, usłyszałam następujące, jak się okazuje niezbyt kontrowersyjne stwierdzenie:

„Ja lubię Warszawę tak na weekend. Lubię pójść do Zachęty, wyjść gdzieś wieczorem na drinka, pójść do teatru, ale nie mogłabym tam mieszkać.”

Co takiego jest w stolicy czym od siebie odstrasza? Mam wiele pomysłów, na które, tak się niefortunnie składa, wpadałam ostatnio każdego dnia. W modłę moich koleżanek po fachu – wiedźm, wróżek i pań od manifestacji, zdecyduję się jednak nie poruszać tematu warszawskich przywar i w zamian, wziąć szczęście swoje ręce. Skoro tak dobrze można się bawić w Warszawie w weekendy, przeniosę weekend do tygodnia. I nie mówię tutaj o wieczornych drinkach tylko o wyjściu do teatru.

Co jest takiego warszawskiego w Warszawie? Zastanawiałam się krocząc w niedopasowanych do pogody czarnych botkach i w białej pomiętej bluzce po babci mojej przyjaciółki, zarezerwowanej na specjalne okazje.
Weszłam do Pałacu Kultury i Nauki (jakże warszawsko) i pojechałam windą prosto do teatru 6 piętro. Jako że byłam wcześniej, pokręciłam się samotnie po foyer. Obserwowałam bacznie moich towarzyszy z widowni, wystrojonych mniej lub bardziej i zastanawiałam się czy ja sama jestem wystrojona bardziej mniej czy bardziej bardziej. Po kilkunastu minutach zostaliśmy wpuszczeni na salę i zajęliśmy swoje miejsca.

Sztuka [Things we do for] LOVE w reżyserii Eugeniusza Korina jest zadziwiająco długa. Trwa prawie trzy godziny. W trakcie spektaklu jest nawet 20 minutowa przerwa, podczas której publiczność zgodnie ustawiła się w ciągnącej się aż na korytarze Pałacu Kultury kolejce do baru. Może powinno było być to dla mnie sygnałem, że mój stan trzeźwości nie do końca nadawał się do doświadczenia pełni walorów spektaklu.

Jednym z głównych problemów jakie mam ze zrecenzowaniem tej sztuki jest to, że opiera się ona w dużej mierze na humorze. Kimże jestem, żeby oceniać poczucie humoru moich towarzyszy artystycznej podróży. Do mnie osobiście poczucie humoru twórców spektaklu nie do końca dotarło. Żart, będąc jednym z bardziej subiektywnych aspektów jakiegokolwiek dzieła, wydaje się trudny do krytykowania. Jednak w momencie, w którym za zabawną mam uważać przemoc domową czy całkowicie toksyczne relacje (zarówno te romantyczne jak i platoniczne) to pozwolę sobie stwierdzić, że podobny efekt wywołałoby u mnie gdyby pan Kalita (Hamish) przewrócił się na skórce od banana, albo pani Liszowska (Nikki) opowiedziała zawiłą historię o kupie. Najlepszym tego dowodem jest to, że najszczerszy śmiech wywołał u mnie moment, w którym pani Dereszowska (Barbara) wypadła na chwilę z roli i zaśmiała się zbyt szczerze z popisu aktorskiego pana Żurka (Gilbert).

Pomyślałam nawet w pewnym momencie, że może ja nie rozumiem teatru. Może pochodzę z pokolenia, które przyzwyczajone zostało do subtelnej gry aktorów filmowych. Takiej gry, która ujęta może być przez zbliżenia kamery i której towarzyszy muzyka podpowiadająca widzowi co powinien czuć. W teorii wiedziałam, że widzę przed sobą czwórkę świetnych aktorów. W praktyce wydało mi się, że każdy z nich potrafił z głębin swojej emocjonalności wykrzesać jedynie jedno uczucie, które ich zdaniem definiuje bohatera i kurczowo się tej emocji trzymać, aż do samego końca spektaklu. I jest to dla mnie problematyczne z jednego konkretnego powodu. Tytułowej miłości. Tej emocji ani w grze aktorskiej, ani w scenariuszu nie widzę. I wydaje mi się, że tak miało właśnie być. Nie zgadzam się z opiniami jakoby spektakl miał przedstawiać do czego zakochany człowiek jest zdolny w imię miłości.

Deklaruję wszem i wobec, że pomiędzy moimi oczami a sceną, miłości nie uświadczono. I trudno mi uwierzyć, że to właśnie miłość miała być na scenie przedstawiona.

Jestem więc w stanie zaakceptować przewrotność tytułu. Może tak naprawdę to nie o miłość chodzi? Może sztuka tak naprawdę jest o pożądaniu? Obsesji? Chorobliwej samotności? Problem w tym, że każda z tych emocji wymaga chemii między aktorami, której ja nie czułam, a rodzące się między bohaterami uczucie dało o sobie znać dopiero, kiedy było już na to za późno. A nawet wtedy – nie uwierzyłam w nie! Czy mogę oglądać sztukę, której akcja rozgrywa się jedynie przez 21 dni i uwierzyć, że dorośli ludzie mogli w tym czasie rozwinąć tak intensywne i destruktywne uczucie, a do tego nazwać je Miłością?

Uważam się za romantyczkę. Nietrudno autorowi książki czy filmu przekonać mnie do chemii między bohaterami. Uczucie balansujące na granicy miłości i nienawiści nieraz potrafiło poruszyć serca takich sentymentalistek jak ja. A jednak, kiedy Ci bohaterowie byli przede mną dosłownie na wyciągnięcie ręki, nie czułam nic. NIC. Oznaki kiełkującego uczucia były przede mną kompletnie ukryte, mimo schematyczności przedstawionej historii.

Muszę jednak przyznać, że było w spektaklu kilka aspektów, które doceniłam. W scenografii pojawiły się nietuzinkowe rozwiązania, które na swój sposób opowiadały historię zanim opowiedziana została w scenariuszu. Lubię kiedy twórcy nie boją się zostawić widowni trochę przestrzeni na wyobraźnię, szczególnie kiedy większość spektaklu jest raczej dosłowna.

Pod koniec spektaklu byłam przytłoczona i to, jestem tego pewna, było zgodne z zamysłem zarówno reżysera jak i twórcy sztuki. Atmosfera na koniec spektaklu była gęsta. Krzyki, pozbijane talerze, i poobijane części ciała pozostawiły ślad nawet w moim sceptycznym serduszku. I gdyby nie to, że nie wierzyłam w tę historię od początku, mogłoby to nawet zrobić na mnie wrażenie.

I tak oto, po nagrodzeniu aktorów grzecznościowymi owacjami, wracałam powolnym nocnym spacerem do domu. Mijając Ogród Saski zastanawiałam się czy to tak właśnie się warszawsko spędza czas. Myślałam trochę o toksycznej miłości, o okropnych przyjaciółkach z dzieciństwa i własnoręcznie skręcanych półkach. I o tym czy naprawdę jesteśmy aż tak samotni i głupi. I myślałam sobie, że w sumie spoko ten teatr. Muszę niedługo wybrać się jeszcze raz.

Obraz: Théodore Géricault „Three Lovers”

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *