Kroniki Kopernika: Babka

Autor: Piotr Golemo  
Blog
24 lut 2026
Brak komentarzy

Opowiadanie zgłoszone na konkurs „Początek jest najważniejszą częścią pracy”

Leżałem w łóżku, a serce tłukło mi się jak walący do drzwi pijak, którego żona  przysięgała nigdy więcej nie wpuszczać do domu. A może to był nasz sąsiad spod  siódemki. Pamiętam własny niepokój w dziecięcym pokoju. Nieszczelne okno z  poszarzałą od rzeczywistości firanką. Zimny nów księżyca, który do spółki z  osiedlową latarnią, jak cwany duet recydywistów okradali noc z mroku. Pamiętam  blask neonowej tapety z tłustymi niedźwiadkami. Ich infantylne oczka, wlepione w  poległą na podłodze armię plastikowych żołnierzyków. Zaschnięte plamy na  dywanie, które wytyczały granicę ich okupacji. Pamiętam beżowy kaloryfer bez  termoregulacji. Suche powietrze i zdechłą paprotkę bez szansy na zmartwychwstanie.  

Ściany były wtedy chyba z pustki, bo wszystkie szelesty, szepty, szmery,  przenikały przez tę zawiłą sieć, utkaną z akustycznej grzybni. Sączyły się falą z  innych mieszkań wprost do mojego pokoju. Kakofonie chrząknięć, kaszlnięć i  pierdnięć. Urywane fragmenty rozmów i głos telewizyjnego spikera, który sennie  budował napięcie wieczornego losowania Toto-Lotka – Następuje zwolnienie  blokady…i rozpoczynamy losowanie sześciu liczb. – Pamiętam odgłos obgryzanych w  nerwach paznokci, twardo lądujących w kryształowej popielniczce. Zimny łyk  lurowatej herbaty i w końcu to, na co wszyscy czekali. Ogłoszenie zwycięskich liczb  – 3,5,12,6,8,7 – Nasłuchiwałem…Nic. Żadnej euforii, spontanicznego wybuchu  radości. Po raz kolejny ślepy los zadrwił z mieszkańców Kopernika. Podkulił ogon i  schował się do budy, jak zbity kundel.  

 …A rano od nowa – Polska Ludowa… 

Bladym świtem, jak zalegającą flegmę, blokowisko wypluwało ze swoich  bebechów – blade twarze porannej zmiany. Odgrzebawszy z pościeli ostatki  determinacji, wysypywali się gęsiego z ciemnych korytarzy. Z przymarzniętym do ust  petem, sunęli sennie wprost na taśmę produkcyjną pobliskiej cukrownii. – Chcesz  lepiej żyć, Lepiej pracuj – zachęcał napis u jej bram. Wracali do domów nocą, by  następnego dnia próbować od nowa.  

Pamiętam śpiącą przed telewizorem babkę, jej otyłą sylwetkę z ciastoliny,  rozlaną w oparciu welurowego fotela. Nylonowy fartuch poplamiony tłuszczem, o  który wycierała brudne od mąki dłonie. Jak leśna strzyga, człapała w nim po domu,  gasząc oszczędnie światło – szkoda piniądzów, szkoda piniądzów – powtarzała.  Pamiętam jej zeschłą jak suchar gębę, pomarszczoną telewizyjnym blaskiem  interferencji i bitwę mrówek na bulwiastym ekranie Rubina. Czasem budziłem się w  nocy i patrzyłem, na te spolaryzowane pikselowe frakcje, tłukące się w nieskończoność o panowanie nad eterem. Nie było wtedy Netflixa, nie było Disneya,  nie było Internetu, nie było wyboru. Nie było nawet bananów. Kogel-mogel z  nierafinowanym cukrem na dobranoc…  

…i koniec transmisji. 

Pamiętam lunatyczne jęki, które wstrząsały nią we śnie i stróżkę śliny w kąciku  wyschniętych ust. Jej drżące dłonie ze spękanej gliny. Trącałem je zaciekawiony gdy  zwisały wzdłuż fotela. Kołysały się wtedy, jak reakcyjni opozycjoniści na szubienicy.  Pamiętam też ich szorstki dotyk na moich włosach, który koił mnie w bezsenne noce.  Tę eteryczną woń cytrynowej herbaty, pomieszanej ze szminką, Amolem i naftaliną ciągnącą się za nią, jak wyżuta guma Turbo.  

Pamiętam JANA PAWŁA DRUGIEGO. Drugiego po Bogu. Pierwszego na  osiedlu. Pierwszego przyjaciela babki. Białego jak cukier z kryształowej cukiernicy, o  którą opierała się jego fotografia. Schowany za szybą z Plexiglasu, autorytarny jak  prezes partii, stał dumnie na samym szczycie meblościanki. Wlepiał we mnie, te  swoje świdrujące oczka zakonserwowanej w formalinie relikwii, jakbym zrobił coś złego. Nie poszedł w niedziele do komunii, zajumał anyżową landrynkę z barku, albo  utopił szczeniaki w święconej wodzie. Kiedy pierwsze wyrzuty hormonów,  eksplodowały w mojej głowie i zaczynałem zaciekawiony grzebać przy siusiaku, jego  karcące spojrzenie wywoływało we mnie mieszaninę wstydu i zażenowania. Nie  rozumiałem wtedy dlaczego. Nie rozumiałem też wtedy głębokiej więzi, która łączyła  babkę z tym białym starcem, ale jego autorytet był niepodważalny, mocniejszy niż gumowa pałka ubeka. Więc kiedy wymierzał we mnie wskazujący paluch i  nakazywał dydaktycznym basem:  

Siusiu, paciorek i spać – robiłem grzecznie co kazał.  

Pamiętam zimny wiatr, który z nieustępliwym uporem żywiołu wciskał się przez nieszczelne okna naszego mieszkania. Patroszył balkony, rynny, szpary, szyby  wentylacyjne i opuszczone jaskółcze gniazda. Jak zwiewny upiór przenikał przez  spękaną elewację i straszył mnie, łopocząc złowrogim hukiem po osiedlowych  zakamarkach. Bałem się wtedy, że zdmuchnie nas, jak figurki oficerów Wehrmachtu,  które przywiązywałem kolorowymi nićmi, do foliowych woreczków i wyrzucałem z  najwyższego piętra. Pamiętam, że leżałem zlękniony w ciepłej pościeli, wsłuchany w  tę dudniącą arię, gdy nagle porwał mnie wiatr…  

. …a może to był sen…  

…Bezlitosny żywioł wyrwał mnie z łóżka i rzucił w sam środek huraganowego  leju. Wirowałem w powietrznym korkociągu, jak zagubiona w cyklonie jaskółka, dopóki nieustępliwy prąd nie wessał mnie do swego bezgłośnego centrum. Przez  jeden krótki przebłysk ciszy, poczułem spokój, ale to był tylko kojący interwał przed  twardym lądowaniem, bo już po chwili nażarta trąba powietrzna wypluła mnie jak  niestrawne resztki – wprost do ogarniętego sztormem oceanu.  

Dryfujący blok, jak widmowy dwumasztowiec wyłonił się zza horyzontu, a z  jego dziobu, w żółtym świetle kuchennej żarówki, machała dziarsko babka.  Zwinnym, marynarskim ruchem, rzuciła mi koło ratunkowe i z troską dodała  – nagotowałam ci zupy, bo pewnie zmarzłeś w tej zimnej wodzie -.  

– Kiedyś to były zimy, nie to co teraz… –  

ględziła babka przy niedzielnym rosole, który nie wiedzieć czemu budził w niej  retrospektywne ciągoty. Pamiętam, że pluła przy tym bajdurzeniu fragmentami  makaronu i ptasiego mięsa wprost do mojego talerza, a później rozczarowana moim  mizernym apetytem pytała – dlaczego nie dokończyłem zupy? – W przerwach między  tą paplaniną o przeszłości wysysała szpik z szyjki koguta. Zgarbiona, nad parującym  wywarem. Jak domorosła wiedźma, zachęcała mnie do spróbowania tych  obrzydliwych frykasów – bo najlepsze w rosołku są chrząstki – Chrząściły jej  porcelanowe plomby, którymi miażdżyła kości, jak kruszarka do lodu. Wydawała  przy tym tyle imponujących mlaśnięć i chrupnięć, że wystarczyło by ich do obsady  efektów dźwiękowych dla całej serii Obcego. Niestrawne resztki rzucała dzikim  osiedlowym kotom. Gromadnie zbierały się pod naszym oknem, zawodząc jak  niedożywione niemowlaki, dopóty, dopóki nie dostały butelką w łeb.  

Pamiętam, jak któregoś jesiennego popołudnia poczuła zew krwi i zatłukła  niesforną mysz, która regularnie odwiedzała nasze mieszkanie. Słodki pieszczoch  wyjątkowo upodobał sobie harce pod moim łóżkiem. Gromadził tam różne mysie  skarby: kawałki sera, okruchy chleba, pestki i sucharki babki, które namiętnie memlała przed telewizorem. Tego było już dla niej za wiele. Morderczym ciosem  miotły zatłukła gryzonia. Chwyciła martwe truchło za ogon i dumna z przebiegu  egzekucji, wyrzuciła jeszcze trzęsącą się w konwulsjach mysz przez okno, prosto w  paszczę osiedlowych kotów.  

Babka była, jaka była. Kochała koty, ale psów nie trawiła. …są dobre na  smalec dla gruźlików – podsumowała pewnego deszczowego popołudnia. Pamiętam że wyjątkowo nienawidziła i bała się owczarków niemieckich. Chociaż o  samych Niemcach miała dobre zdanie. Chwaliła ich za gospodarność i pomysłowość.  Uważała za kulturalnego okupanta. Takiego dandysa wśród hołoty, który nawet jeśli  już strzelał komuś w łeb, to robił to przy akompaniamencie muzyki klasycznej z  nienagannym savoir-vivre okupanckiego dżentelmena. Chwilę po krwawej egzekucji wyciągał śnieżnobiałą chusteczkę z wyhaftowanymi inicjałami S.S. i wycierał nią,  lufę swojej parabelki, a potem zapalał cygaro i całował damy po rączkach.  

– …Nie to co ta ruska hołota…- której nienawidziła jak psów. – Wiecznie  pijani, brudni i śmierdzący – nigdy nie miała o nich dobrego zdania. Kiedy wyrosłem  i przeskoczyłem z tetrowych pieluch w stylowe dżiny z Pewexu, babka uznała że  adept dojrzał na tyle, żeby odsłonić przed nim tę traumatyczną kartę z własnej  biografii. – Nie potrafili upilnować nawet własnych psów – skarżyła się na ruskiego  okupanta. Pamiętam, że kiedy snuła te bolesne reminescencje, podciągała wełniany  sweter i z pomiędzy tłustych fałd wydobywała blizny po ugryzieniach. Chwaliła się nimi jak weteranka, sugestywnie relacjonując, jak cudem przeżyła atak owczarków  niemieckich. Była wtedy dzieckiem w rozszarpywanej przez Niemców i ruskich  Polsce, a porzucone przez pijanych żołnierzy psy, zaatakowały ją podczas zbierania  jagód. Od śmierci ocalił ją polski partyzant, który przypadkiem znalazł się na  miejscu. A może to był Jan Paweł Drugi, który już wtedy roztaczał nad nią duchowy  patronat. Jak biały anioł w opalizującym blasku hostii, cały unurzany w  świętojańskim pyłku, wyfrunął z brzozowej gęstwiny i gołymi rękami ukręcił psie  łby. „Habemus Papam” zaintonował anielski chór.  

W każdym razie, ktoś załatwił owczarki, a konającą babkę, zaniósł na plecach  do miejscowej szeptuchy.  

Pamiętam, że pożar wybuchł nocą. Gryząca woń zwęglonej cebuli napadła na  mnie jak wygłodniały wampir. Drażniącym swądem rzuciła się na moje nozdrza i  wykopała kaloszem z ciepłego łóżka. – Pali się – wrzeszczały zza okna ochryple,  ściśnięte mrozem gardła. Pamiętam że babka stała już w drzwiach. W wymiętej snem  liliowej podomce, jak komando foka gotowa do akcji. Nie uległa jednak tej zbiorowej  histerii. Z zimną krwią i gorącą herbatą w termosie, chłodno realizowała ewakuację.  Do wiklinowego koszyka wrzuciła kiełbasę, chleb, kiszone ogórki, termos i portret  Jana Pawła Drugiego. Jakbyśmy szykowali się na piknik pod błękitnym niebem, a nie  uciekali przed płonącym żywiołem. Wsunęła mnie w śliski ortalionowy kombinezon  izolowany styropianem, a na podomkę narzuciła niedzielne futro, w którym dumnie  paradowała jak kościelny V.I.P w pierwszych rzędach parafii. Na dziurawe skarpety  naciągnęła wyślizgane od sakralnych posadzek kozaczki. Chwyciła mnie za rękę i  wyprowadziła w mroźną noc. Na szczęście daleko nie trzeba było łazić, bo nasze  mieszkanie było na pierwszym piętrze.  

Nigdy nie zapomnę tej nocy, gdy płonął Kopernik. Padał śnieg, z oddali wyły  strażackie syreny, a może to były wilki, które pomyliły pożar z księżycem. Smolisty  dym wydobywający się z piwnicy wypłoszył z mieszkań zaspanych lokatorów.  Rdzawy ogień wypalał z mroku znajome sylwetki sąsiadów. Jak chaotyczny rój  skołowanych owadów, krążyły na tle buchającej pożogi, wznosząc przy tym paniczne okrzyki. Wtórowały im koty, które zwabione tym nadprogramowym ciepłem  kroczyły ospale, mrucząc przeciągle i łasząc się do ognia. Staliśmy przed blokiem jak  ubodzy amisze na wygnaniu. Babka w króliczym futrze, jak radziecki dygnitarz z  koszykiem wypchanym wyżerą. Jan Paweł Drugi zagrzebany w wiklinie, gdzieś pomiędzy kiełbasą i ogórkiem, a obok ja, zafascynowany blaskiem ognia  neandertalczyk, w oczojebnym kombinezonie radzieckiego astronauty.  

– Ground control to major Tom –  

Nie pamiętam, z jakiego konkretnie powodu babka zdecydowała się wbiec  ponownie do płonącej klatki. Pewnie wiedziała więcej niż przeciętny obywatel  osiedla. Potrafiła godzinami wyglądać z okna, oparta o zamortyzowany poduszką parapet i z czułością kamery monitoringu nadzorować teren. Znała na pamięć rozkład  jazdy tutejszej codzienności. Z zapałem dokumentalisty gromadziła te wszystkie  dane, by później na plotkarskich mityngach wymieniać je ze szpiegowską siatką osiedlowych agentów. Słodki ajerkoniaczek na gorzkie czasy, a potem plotki,  ploteczki, plotunie. W ciasnych kuchniach i brudnych korytarzach. W mroźnych  kościółkach i przy rdzewiejącym trzepaku, w deszczu i słońcu – informacje krążyły,  jak baby po cmentarnych alejkach. Nikt nie był tak dobrze zorientowany w zawiłych  koneksjach naszej społeczności jak ona. Z sumiennością archiwalnego kustosza  gromadziła w swojej pamięci wszelkie, nawet najmniej istotne szczegóły. Wiedziała o  której mieszkańcy wracali ze zmiany. Kto wrócił trzeźwy, a kto nachlany. Znała  dobowy rytm naszego plemienia lepiej niż kieszeń swojego fartucha.  

I pewnie dlatego wiedziała, że gdzieś w płonących trzewiach bloku, mała  dziewczynka potrzebuje pomocy.  

Tej mroźnej nocy, na osiedlu Kopernika, szalały dwa żywioły. Ogień i babka.  Tak samo nieujarzmione. Tak samo nieobliczalne. Wiklinowy koszyk babki wyleciał w powietrze, gdy z gracją czarnej pantery, w kamuflażu z króliczego futra, skoczyła  bohatersko na ratunek dziecku. Jan Paweł zdziwiony, wywinął poczwórnego kozła na tle ognistej scenerii i wylądował dupą w świeżym śniegu. Tuż obok niego kiełbaski,  ogóreczki i inne wiktualia, przyciągane grawitacją jego świętobliwości.  Nieustraszona babka doczłapała już prawie do osiedlowej bramy, kiedy z  kotłującej się na klatce chmury dymu, jak z gwiezdnego portalu wyskoczył pies.  Czarno-podpalana bestia, o zdziczałych ślepiach. Z iskrzącym podszerstkiem i rudą mordą. Pies stroszył się na przeciw strwożonej babki, i dymił jak kurczak, którego  dopiero co, wyjęto z piekarnika. Warczał ponuro, wypuszczał z gęby kłęby pary, a  jego jarzące się w czerni kły, domagały się mięsa. Wyglądał jak zrodzony z popiołów  mityczny Cerber, który pomylił nawigacyjne koordynaty, i zamiast w katakumbach  hadesu, wylądował na naszym osiedlu. 

Ale po trzeźwych oględzinach poznałem, że to tylko skundlony owczarek  naszego sąsiada. Wabił się Azor. Najbardziej napalony Czempion na osiedlowym  wybiegu. Żadnej suczce nie przepuścił. Cały Azor. Czołowy reproduktor Kopernika i  nestor rodu hybrydowego gatunku szkaradnych, krótkonogich kundli, które  zakleszczone w pornograficznym akcie kopulacji, skomlały pożądliwie na naszym  podwórku.  

Azor był raczej łagodnym psem. Do czasu pożaru. Wygnany żywiołem z  domowego kojca poczuł się zagrożony. Szczerzył zęby i wściekle lustrował sparaliżowaną babkę, która stanęła na jego drodze. Wzdrygał się agresywnie, gotowy  w każdej chwili do ataku. Bałem się wtedy o nią. O ten zmrożony lękiem sopel  traumy, któremu nie mogłem nijak pomóc. Wyczuwałem jej strach. Wyczuwał go  pies. Wyczuwał go Jan Paweł Drugi. Wyczuwało go całe osiedle. Sytuacja zrobiła się poważna. Napięcie rosło jak w transformatorze. Naelektryzowana sierść psa stawała  dęba. Osiedlowa lampa błysnęła dwukrotnie, zaiskrzyła trzykrotnie, aż w  końcu ,znudzona swoim tanim efekciarstwem zgasła na dobre.  

Pamiętam… Nie jestem pewien… a może to był sen, a może jakaś dziecięca  fantazja z pogranicza jednego i drugiego. Z takiego pancernego sejfu, w którym  chroni się te najbardziej bezcenne doświadczenia. Te wczesnodziecięce marzenia, w  których na pospolitą fizykę codzienności nakłada się baśń. Tajemny Alamanach  pamięci i fantasmagorii, tylko dla wtajemniczonych którzy zdobędą psychoanalityczny szyfr, albo zażyją psychodeliczne grzyby.  

Skądkolwiek by nie pochodziły, te nierafinowane wspomnienia o pożarze,  zostały ze mną do dziś. Pamiętam warczącego Cerbera Azora. Przesłonięte dymem  pożogi niebo. Szybkie, chirurgiczne cięcia na jego przestworze, które wypluło z rany  wąski stożek niebiańskiego światła, bezpośrednio na zagrzebaną w puchu fotografię Jana Pawła. Błękitny rozbłysk w jego oczach i błękitny rozbłysk w oczach babki,  który stopił jej strach. I znowu ten anielski chór. „Habemus Papam” A może to były  strażackie syreny.  

Zacięty mechanizm, naoliwiony tę mistyczną siłą uruchomił babkę, która  teatralnym gestem podniosła dłonie. Ruszyła zdecydowanie w stronę psa, który  speszony tą nagłą determinacją, podkulił ogon, zaskomlał poddańczo, aż w końcu  położył się na plecach, z wielką ochotą na pieszczoty. Babka zerwała z siebie królicze  futro i narzuciła na poparzonego Azora, a potem bohatersko zanurkowała w dymiącą klatkę. Wyskoczyła po chwili z ocaloną na ramieniu dziewczynką i przekazała ją uszczęśliwionej matce, która właśnie wróciła z nocnej zmiany.  

Podeszła do mnie w spalonej podomce, wrząca jak czajnik. Tak jak w te  mroźne noce, kiedy przychodziła do mojego pokoju i okrywała dodatkowym kocem.  Pogłaskała po włosach, a potem wygrzebała ze śniegu papieża i resztę rozsypanego  prowiantu. Chleb ucałowała w czerstwą skórkę na przeproszenie. Robiła tak zawsze, kiedy lądował na ziemi. Wsadziła wszystko do wiklinowego koszyka, a sama usiadła  strudzona tym nieoczekiwanym aktem odwagi, na zimnym śniegu.  

Pamiętam że kiedy przyjechali strażacy i ugasili pożar, babka nadal siedziała  zagrzebana w puchu. Jak Joda na swojej lodowej planecie, pogrążona w głębokiej  medytacji. Połączona z kosmiczną mocą mistrzów Jedi. Podwędzona jak kiełbasa z  GS-u. W spalonych włosach i w stopionych kozakach. Oświetlona blaskiem  strażackiego koguta, wyglądała jak święta, do której z odległego Babilonu nadciągają Trzej Królowie. Ale uprzedziły ich osiedlowe koty. Najgorliwsi i najbardziej oddani z  pielgrzymów. Jak pradawni przodkowie z duchowej krainy, otoczyły babkę plemiennym kręgiem opieki. Łasiły się nachalnie i ocierały o jej zwęglony naskórek.  Szorstkimi jęzorami lizały jej popalone ciało. To otyłe ciało, które tej nocy, stało się chlebem.  

…po chwili babka wstała, otrzepała tyłek ze śniegu i z troską powiedziała  – Wracajmy już. Zrobię ci gorące kakao, bo pewnie zmarzłeś na kość –  

Obraz: Nicolino Calyo: „Widok Wielkiego Pożaru w Nowym Jorku, 1835”

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *