Ludmiła (7)

Autor: Monika Karpowicz
Słowa
08 maja 2021
Brak komentarzy

Zaraz po ślubie nowożeńcy pokłócili się o to, kto będzie chodził do pobliskiego sklepu po bułki. Do tej pory robiła to Ludmiła. Wstawała bardzo wcześnie, paliła w piecu i po cichej modlitwie ruszała do przydomowego uspołecznionego sklepiku, w którym sprzedawał pan Wroński. Z reguły zanim zdjął on sztabę z podwójnych drewnianych drzwi, na podwórzu sklepu już zbierała się gromadka ludzi z siatkami. Kto pierwszy, ten lepszy, nie dla wszystkich starczało posypanego makiem geesowskiego chleba i mleka ze złotym kapslem. Druga dostawa była dopiero po południu.

– Jesteś teraz najmłodszą kobietą w domu, będziesz chodziła po chleb i mleko na śniadanie – oświadczył Tadek Marysi w pierwszych dniach wspólnego życia.

Matka poprosiła go na chwilę do drugiego pokoju.

– Chciałeś się ożenić i ożeniłeś, moje zdanie nic dla ciebie nie znaczyło. A teraz pokaż, że umiesz jako mąż zachować się, jak należy. Chcesz mieć codziennie świeży chleb na śniadanie, to idź do sklepu – powiedziała.

Odtąd to Tadek wstawał najwcześniej, żeby napalić w kuchennym piecu i zrobić zakupy. Robił też śniadanie i kiedy Marysia z trudem wstawała o siódmej do pracy w Spółdzielni Kółek Rolniczych, kanapki czekały na nią na kuchennym stole. Sam Tadek chodził do Domu Ludowego na popołudniowe zajęcia, zdążył więc do południa naprawić to i owo w domu, pomajsterkować w szopie, chlewiku czy stodole. Był zręczny, z załatwionych po znajomości płyt pilśniowych skręcił nowoczesne segmenty do salonu. W ferworze odnawiania rozgrodził dawną sień, dzielącą dom na pół. Połowę zostawił jako korytarz wejściowy, drugą przerobił na łazienkę. Nie obyło się bez pomocy i bezcennych znajomości w Powiatowej Radzie Narodowej. Towarzysz Łojuk, który wcześniej zatrudniał go do pracy w kulturze, słysząc o modernizacyjnym szale Tadka, załatwił mu nowoczesny bojler do podgrzewania wody, który zawisł teraz w nowej łazience. Sagany, w których Mania z Ludmiłą podgrzewały wodę na kąpiel, mogły powędrować na składziku rupieci, gdzie dawniej Stanisław trzymał bele powierzonych przez klientów materiałów.

– Będziemy mieli dzieci – rozmarzał się Tadeusz, kiedy wieczorami siedzieli we dwójkę z Marysią, słuchając muzyki z adaptera „Bambino”. Ludmiła kryła się wtedy u siebie, nie włączając światła. Szepcząc, przepuszczała przez palce drewniane paciorki różańca.

Mania nie wiedziała, co odpowiedzieć. Wszystkie koleżanki mężatki miały już dzieci, oni też powinni, żeby za bardzo nie odstawać na ich tle. Ale nie cieszyła jej myśl, że będzie musiała jak kiedyś swoje rodzeństwo, tak teraz dźwigać, myć i zabawiać swoje dzieci. Gotowanie na szczęście wzięła na siebie teściowa, bo Mania przecież pracowała. No i nie umiała przyszykować obiadu tak, żeby Tadek nie narzekał, że nie smakuje mu tak bardzo, jak kiedy mama ugotuje. Mania czuła, że nie będzie żadnej wymówki, żeby tych dzieci jednak nie spłodzić.

Z Tadkiem wstydzili się siebie jeszcze, a jeśli z drugiej części domu oddzielonej od ich sypialni łazienką dobiegał jakiś dźwięk, trzask tapczana Ludmiły, czy szuranie kapciami, mąż zaraz tracił entuzjazm i odwracał się na bok, gładząc tylko w ciemności marysine ramię. Nie wiedziała, czemu dziewczyny z bursy pracowniczej tyle o tym gadały z wypiekami na twarzach. Czuła tylko ciężar Tadka i skrępowanie, kiedy sięgał ręką w miejsca, które uważała za święte i nietykalne. Wolała, żeby zostały takie nawet dla niego. Był jej pierwszym mężczyzną. W pracy od dawna nagabywał ją zaopatrzeniowiec, brodaty Kulak. Żonaty, ale koleżanki mówiły, że żadnej nie przepuści. Starała się nie zostawać z nim sama. Jeśli mijali się w korytarzu biurowego baraku kółek, przyciskał ją do szafy z aktami, szczypiąc boleśnie za piersi. Tadek był inny, równie onieśmielony jak ona. Wolał leżeć z nią długo w objęciach, czy całować się, czekał jakby, że ona sama poprowadzi go dalej. Ale nie prowadziła, czekała jak on i w końcu doprowadzał to między nimi do końca, dysząc jej w szyję. Myślała, że kiedyś pewnie to polubi, przywyknie. Wystarczy tylko poczekać.

Pierwsza urodziła się Lucyna. Mania uzbierała dla niej zrobione na drutach pajacyki, czapeczki i sweterki, większość po trójce dzieci Staszka i Reginy. Bóle porodowe złapały Manię w pracy, koleżanka z biura prowadziła ją z przystankami na odpoczynek. Z Kółek Rolniczych do szpitala miały prawie kilometr drogi, blisko lasu i jeziora.

– Nie dam rady. Wcale tego nie chciałam, to on chciał. A teraz nawet nie wie, co się stało – buntowała się w myślach Maria.

Jednak dała radę. Lucynka urodziła się z długimi ciemnymi włoskami.

– Jest podobna do mnie – stwierdziła Mania, wciąż nie mogąc uwierzyć, że to jej dziecko, jej własne, przez nią urodzone.

Tadeusz odebrał je ze szpitala. Przyszedł z bordowym, błyszczącym od lakieru wózkiem, wybitym wewnątrz białą ceratą, z wezgłowiem, co podnosiło się na sprężynach z głośnym trzaskiem. W Wiejskim Domu Towarowym takie wózki były tylko na zapisy i czekało się na nie długo. Całe szczęście, że oboje wpisali się na listę na długo przed porodem.

– Podobna do ciebie, Marysiu – oceniła Lusię teściowa. Od pierwszej chwili przejęła zajmowanie się dzieckiem w swoje ręce. Kiedy kąpała i przewijała ją Maria, Ludmiła instruowała, stojąc z boku. Mania skupiała się na tym, żeby nie zrobić jakiegoś błędu, czuła, że robi wszystko źle. A to nie podtrzymała główki, a to zapomniała posmarować pupę oliwką przy przewijaniu. Zajmowała się więc praniem i prasowaniem pieluch. Nieoczekiwanie dla Ludmiły pielęgnacją córki zaczął zajmować się Tadek. Na nic było przekonywanie, że od tego są mama i babcia. Najdelikatniej obcinał maleńkie paznokietki Lusi, ze szklanym termometrem sprawdzał temperaturę wody we wstawionej do wanny blaszanej misce i przystępował do mycia.

Łóżeczko dla Lusi wstawili do swojej sypialni. Tadeusz przesunął szafę na środek pokoju, za nią wsuwając mebelek ze szczebelkowymi ściankami. W domu były kaflowe piece, po jednym na każdą część. W części Mani i Tadka było po napaleniu chłodniej, u Ludmiły więcej ciepła szło z kuchennej płyty, na której wieczorami Mania w kotle gotowała uprane pieluszki. Czy z chłodu, czy z innego powodu, Lusia zachorowała. Zapalenie nerek było poważne, obie z Manią wzięto do powiatowego szpitala. Ludmiła modliła się całymi dniami o zdrowie wnuczki. W końcu ubrała się w wełniane palto, zawiązała na głowie ciepłą chustę i szła ulicami miasteczka w stronę młyna. Za mostem zeszła na gruntowy trakt do Feruć. Szła, szepcząc modlitwę, mijana z rzadka przez furmanki. Woźnice zatrzymywali się, chcieli ją podwozić, ale odmawiała.

– Idę w intencji chorej wnuczki – tłumaczyła.

Na rozstajnych drogach przed Feruciami skręciła i jeszcze kilometr szła do kapliczki na wzgórzu, do Jezusa ukrzyżowanego, ukrytego we wnętrzu otynkowanego na biało słupa. Znów patrzył na nią, jak przed laty, kiedy przychodziła tu modlić się i marzyć o życiu w zakonie.

– Chryste, nie chciałeś mojej posługi, nie chciałeś posługi mojego syna. Daj chociaż Lusi zdrowie, ocal ją – szeptała Ludmiła.

Po jej pielgrzymce dziecku się polepszyło. Milczącym zdaniem Marii to przez antybiotyki, które zastosowali w szpitalu. Jednak zdaniem teściowej stało się to dzięki jej modlitwie pod ferucką kapliczką Ukrzyżowanego.

Młodzi chodzili co niedziela na msze do barokowej katedry, górującej jak pomięty piernat nad drewnianą zabudową miasteczka. O tym, żeby do kościoła nie iść, nie było nawet dyskusji. Ludmiła wierzyła i chciała wierzyć, że syn i synowa zmawiają codziennie pacierze. Wiedziała, że towarzysze często namawiali Tadka, żeby wstąpił do partii. Odmawiał, tłumacząc po prostu, że on służy ludowej ojczyźnie inaczej, pracą na niwie kultury wśród robotniczo-chłopskiej młodzieży. Legitymacja nie jest do tego konieczna, liczy się to, co się robi dla wspólnej sprawy, a nie czy ma się glejt. Jak zawsze, tak i w czasie tych rozmów Tadek był górą. Niby nie miał wielkich znajomości i za wiele nie mógł, ale działacze nie zaszkodziliby mu, bo spokojnie i stanowczo wyjaśniał swoje racje, wcale nie sprzeczne ze stanowiskiem partii. Przywykli, że żyje w swoim świecie tańca i muzyki, a instruktorem był dobrym i lubianym przez młodzież. Dostał nawet odznaczenie od przewodniczącego rady państwa za swój wkład w rozwój socjalistycznej ojczyzny.

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *