Ludmiła (8)

Autor: Monika Karpowicz
Słowa
21 maja 2021
Brak komentarzy

Kiedy Lusia miała niewiele ponad dwa lata, Maria zaszła w ciążę po raz drugi. Długo walczyli z Tadkiem. Mania uważała, że powinni się skupić na Lusi, a w głębi ducha zastanawiała się, czy będzie w stanie w ogóle pokochać drugie dziecko. Lucynka przekonała ją do siebie tym, jak bardzo były do siebie podobne. Córka miała te same czarne oczy i kasztanowe włosy, tyle że po Tadku odziedziczyła gęste i puszyste loki, kiedy Mani panieński warkocz był prosty i gruby jak koński ogon albo pęk rybackiej żyłki.

– Mam już swoje dziecko, czego on jeszcze chce – myślała z niechęcią.

Tadek nie krył wcale, że chodzi mu o chłopca. Tym razem po prostu musi być chłopiec, do pary z Lusią. Wymyślił mu od razu imię – Łukasz. Kiedy w lutym i marcu Maria nie doczekała się krwawienia, Tadek był uradowany i pewny, że teraz urodzi się syn. Pilnował Mani, żeby nie paliła, sam przerzucił się znów na fajkę, żeby jej nie drażnić. Wiosną urodziła się Iwona.

Kiedy Tadek przyszedł po nie do szpitala, Mania nie zamierzała sobie żałować.

– Proszę bardzo, masz swojego Łukaszka. Będziesz się nim zajmował z mamą na zmianę – powiedziała, wkładając dziecko do wózka po Lusi.

Teściowa była zachwycona Iwonką. Blond włosy po Tadziku, niebieskie oczy, które nie zmieniły się z czasem, jak oczy Lusi.

– Ty nasza, nasza, tatulka córeczka – podśpiewywała Ludmiła ściskając niemowlę. Tadek nie wspomniał więcej o wymarzonym chłopcu, tylko Mania często mówiła na córkę Łukasz, kiedy zwracała się do niego, żeby coś przy niej zrobił. Tadek nie tylko kąpał wieczorami dziecko, ale sam je usypiał i rano wyprowadzał na spacer. Kiedy byli w pracy, obiema dziewczynkami zajmowała się Ludmiła. Maria po przyjściu z biura witała się z Lusią i siadała z nią przed obiadem nad klockami i zbiorem pokrywek od garnków, jej ulubioną zabawką. Iwonkę zostawiła mężowi.

– To był jego pomysł, żeby mieć drugie dziecko – myślała. – Niech teraz się nim zajmuje, a mnie da święty spokój.

Iwonka była karmiona butelką, bo Mania mimo kilku skromnych prób przystawienia małej do piersi, nie miała jej nic do zaoferowania i z ulgą odstawiła ją od siebie na dystans. Wykonywała wszelkie gesty, po których otoczenie czujnie ocenia, czy matka dobrze zajmuje się dzieckiem, wypowiadała czułe słowa, przytulała je, ale kiedy zostawała z nim sam na sam, nie reagowała na żywiołowe machanie rączkami i nóżkami, ani na alarmujący krzyk. Wpatrywała się w niemowlę ostrym spojrzeniem, od którego zaczynało mrugać i krzywić się do płaczu.

Mania, choć nie zastanawiała się nad tym dłużej, to rozumiała, że zapłaciła swoją cenę za spokój. Chciano, żeby miała męża, jak wszystkie, znalazła go więc – a właściwie to on ją znalazł, w ostatniej chwili, gdy według nomenklatury jej koleżanek była starą panną. Mąż chciał dzieci, proszę bardzo. Ma. Instynkt przetrwania podpowiadał jej, że zdobyła swoją legitymację do życia wśród ludzi. Wystarczającą, żeby nie stracić dachu nad głową w domu nad rzeką, nie musieć ze wstydem uciekać do rodziców, do Troniec, albo tkwić samotnie w bursie robotniczej. Miała nadzieję, że to wszystko wystarczy i że ma już zapewniony byt. Byle nie zrobić nic gwałtownego, nie ujawnić się z niechęcią, czy to do Ludmiły, czy Iwony. Wytrzymać.

Do małej, gdy tylko zaczęła chodzić, przylgnął domowy pseudonim Iwuk, Iwuczek – ze zbitki imion Iwona i Łukasz. Bywało, że Mania stroiła ją, tak jak Lucynkę, w modne sukienki z odcinanym karczkiem, wiązała kokardy na gęstych, jasnych włosach. Ale na co dzień Tadek ubierał dziecko w bluzę i spodenki, ciężkie skórzane buciki – wszystko w praktycznych, brązowych i szarych odcieniach. Wygłaszał długie żartobliwe mowy na temat wyższości prawdziwych chłopięcych kamaszy na dziewczyńskim byle czym:

– To są prawdziwe buty, solidne, szyte. A nie, te jakieś babskie klapeczki, spadające z nóg! – perorował.

Iwonka rozumiała, że tworzy z tatą jeden klan, przeciwko drugiemu. Ich granice często zacierały się, mieszały, ale tylko pozornie, w niedziele i święta. Iwuk wpadał wtedy obroty mamy lub babci, kończąc z paskami tiulu zawiązanymi na kucykach, niczym radziecka pionierka. Gdyby dano jej wybór, lub gdyby go tylko uszanowano, zdarłaby z siebie te wszystkie atrybuty, na które wszyscy zwracali tak wiele uwagi, jakie są, które są lepsze, jak ciężko je dostać, bo w Wiejskim Domu Towarowym są pustki. Zdarłaby i zawrzasnęła, że nie chce należeć do żadnego z klanów. Jednak nie robiła tego. Innego życia nie było. Nie było wyboru.

– Nie wiesz, jak robić? Rób, jak wszyscy – czasem przy dzieciach mruczała do siebie pod nosem Mania. „Wszyscy” w głowie Iwonki to była grupa ludzi o niewidocznych twarzach, patrzących na nią z bardzo wysoka i wydających sąd – nadaje się, czy nie. Zasłużyła, czy musi się starać jeszcze więcej i więcej. Jak się postarać więcej o to, żeby zauważyła ją mama, nie wiedziała.

Mania miała nadzieję na spokój także późnymi wieczorami, kiedy Ludmiła klepała swoje pacierze w ciemnym pokoju, a dzieci w łóżeczkach poupychanych po kątach małżeńskiej sypialni spały, posapując. Nie wiedziała, jak to się działo, ale ilekroć po zgaszeniu światła Tadek odsuwał kołdrę, żeby znaleźć rąbek koszuli żony i zadrzeć go, któraś z dziewczynek jak na komendę zaczynała pojękiwać, albo niewyraźnie płakać, jak z oddali. Jakby mimo snu czuwały nad tym, żeby zająć rodziców i nie dać im szansy na sam na sam w mroku pokoju. Iwonka często nocami chorowała, krzyczała przez sen, wymiotowała. Mania, stroniąca za dnia od zajmowania się małą, w nocy gorliwie wstawała, przynosiła miskę z wodą, żeby obmyć dziecko z wymiocin albo położyć mu na głowę zimny kompres. Teraz była matką, a to było ważniejsze od wszystkiego innego, w tym od potrzeb Tadka.

Kiedy dziewczynki chodziły już do szkoły, pewnego wieczora Ludmiła wstała z kanapy, na której wszyscy z zapartym tchem oglądali western z Johnem Wayne’em. Poszła do swojego pokoju. Po chwili usłyszeli stukot ciała o podłogę. Tadek przeskoczył kuchnię jednym susem i znalazł matkę leżącą obok tapczana, z różańcem w ręce. Nie zdążyła się nawet położyć z głową na poduszce opartej o piec, jak zwykle, gdy odmawiała wieczorne pacierze.

Po pogrzebie babci, kiedy jej ostatnie sukienki rozeszły się wśród uboższych mieszkanek miasteczka, a szkatułkę z przedwojennymi broszami Mania przeniosła z szafy teściowej do segmentu w małżeńskiej sypialni, dzieci dostały własny pokój. Iwuk odziedziczył po zmarłej poduszkę – kołdrę trzeba było spalić, bo po przeniesieniu ciała z podłogi na tapczan z ust popłynęła na piernat strużka krwi.

Tadek przychodził wieczorami do pokoju dzieci, żeby opowiedzieć im coś na dobranoc. Przysiadał na skraju tapczanu Iwuka i gasił światło. W bajkach szlachetny rycerz ratował nadobne panny, ale w jego opowieściach było czasem odwrotnie, to jasnowłosa księżniczka ocalała od samotności zagubionego na pustyni rycerza. Tadek modulował głos, jako samotny rycerz brzmiał uwodzicielsko i zarazem rozpaczliwie, choć przecież miał konia i swój miecz do obrony. Iwonka wiedziała, że ratowanie rycerza to najważniejsze zadanie, jakie można sobie wyobrazić. A jednocześnie nie wolno o nim mówić nigdy i nikomu. O tym, jak samotny jest rycerz, myślała często nawet za dnia, w szkole. Ale kiedy ciężkie ciało taty opadało na jej tapczan, nie myślała. Wiedziała, że to już.

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *