Maharadża

Autor: Monika Karpowicz
Słowa
16 lipca 2021
Brak komentarzy
  1. Nowakowskiemu

Książę Nocy czekał na nas w barze i poprowadził dalej. Minęliśmy pikietę, tłumy kłębiące się pod zegarem. Kluczyliśmy wśród oszołomionych chłopów z prowincji, bojących się oddalić od dworca i zgubić, ściskających pod pachami parciane teczki z niedojedzoną wałówką na podróż do stolicy. Wśród czatujących przy bramach dawnych urków, witających Księcia godnym skinieniem głowy: czołem – czołem. W końcu dotarliśmy. Słońce celowało ostrzem w wyniosłe piersi kariatyd, zdobiących fasadę starej kamienicy podpartej gruzowiskiem. Książę Nocy cmoknął, wskazując brodą na kamienną siłaczkę.

– Przypomina mi Zulę.

Wchodząc w bramę, słuchaliśmy o miłosnych przewagach dziewczyny z jego kurewskiej stajni. O bogaczach, którzy oszaleli dla dziewcząt, oferowanych przez Księcia jak towar z katalogu, mieniących się w oczach jak plik karcianych dam pod kciukiem szulera. Obraz zakochanego radży, składającego głowę na miękkim łonie Zuli przyjmowałem gładko, nie dbając nic a nic o ułomki cegieł, wbijające się w zdeptane podeszwy butów. Zbyszek Młotek słuchał z ironią, nieuważnie. Pamiętał, że nie bez powodu Książę wiedzie nas w to zrujnowane przez bombę podwórko. Szykował się. Stanęliśmy.

– Trzeba oczyścić pole, ukrócić domysły – rzucił Książę Nocy i przepuścił nas w zejściu do cuchnącej wilgocią ocalałej sutereny. Na małym stoliku leżały lepkie od brudu karty, za postrzępioną zasłoną kwiliło dziecko. Czarnowłosy frant w bieliźnie przezornie wyciągnął się na nasz widok na wyrku. Stać znaczyło od razu dostać.

– Dżianny nie ma, na robocie. Czego chcesz?

– Nie przyszła. Winna jest mi wczorajszy utarg – Książę spojrzał na mnie. Zrozumiałem. Chwyciłem przedramię Cygana, którym zasłaniał głowę i ściągnąłem go z łóżka. Zbyszek Młotek wziął zamach nogą. Stopa trafiła w obleczony podkoszulkiem brzuch. Dziecko załkało rozdzierająco.

Pracowaliśmy nogami niczym kowale nad ostrzem ostudzonej w cebrze kosy. Zbyszek – ja, Zbyszek – ja, Zbyszek – ja. Cygan czkał, pod skręconymi włosami na piersi wzbierało mu jeziorko potu. Książę zajrzał za zasłonę, przyglądał się Cyganięciu, szukał podobieństwa do Dżianny – jeśli to dziewczynka, może będzie z niej pociecha, jeśli chłopiec…

– Idziemy – rzucił. – Powiedz jej, że to niczego nie kończy. Przeciwnie. Kiedy wróci, nie zobaczysz jej przez kilka dni. Odrobi stratę.

Wydobyliśmy się schodami na ledwie odmiecione z kamiennego złomu podwórko. W bramie czekał stróż, wyciągnięta w stronę Księcia ręka prosiła i sygnalizowała: ja wam powiem…

Zbyszek wyciągnął w stronę ręki skręta, jednego spomiędzy składowanych w rozciągniętej brustaszy. Stróż chwycił papieros.

– Bronek nic nie wi. Mówią, że tamte przyjechali z Sowietów i siedzą na Szmulkach, we fabryce czekolady. Radzą, dzielą. One teraz są polski rząd. Całymi dniami nie radzą, wieczorem wódka, harmoszka, dziewczyny. Dżianna pojechała z koleżanką, musowie zarabiać. Daj jeszcze jednego!

Zbyszek Młotek odepchnął zachłanną rękę, podkreślił odmowę, przyklepując zasobnik brustaszy, pełen oślinionych zwitków tytoniu. Książę Nocy milczał. Miał wieści z Pragi, chociażby od Edka. Gdyby Dżianna stała pod pomnikiem przy cerkwi, wiedziałby. Jeśli stróż miał rację i zniknęła w fabrycznym biurowcu, gdzie są oni… Niedawno rodziła, niektórym bardzo są w smak wydęte piersi, roniące nieprzejrzyste krople, kiedy je dobrze ścisnąć dłonią.

Myślałem myślami Księcia. Jak wykorzystać wiedzę kupioną od stróża za skręta? Jeśli Cyganka zarobi, będzie miała na pokrycie straty za nieprzepracowane nocki. Może nawet zechce się wykupić. Błyszcząca talia kart z damami będzie miała szczerbę. Ale jeśli tłucze się dla sławy, za darmo, po powrocie i tak odrobi swoje na pikiecie. Będzie większy zysk, bo chłopi spod Grójca czy Jabłonny chętnie zapłacą więcej za tą, którą mieli tamci. Wróci. Zobaczy pobitego Bronka, przerażone dziecko. Otrzeźwieje.

Trafiłem.

– Gdyby poznać całość, przejrzeć się w niej – uspokojony Książę kolistym ruchem wskazał ręką w stronę wschodzącego księżyca, który tymczasem zastąpił słoneczny bagnet.

Spojrzałem na Zbyszka. Patrzył z drwiną. Wiedział, jak ja, że Książę odkrył właśnie we własnej stajni nową Zulę dla maharadży. Ruszyliśmy po dywanie z cegieł, za cel obierając bar.

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *