Maryśka

Autor: Monika Karpowicz
Słowa
21 Gru 2019
Brak komentarzy

Dawno, dawno temu w miasteczkowych koszarach stacjonowało wojsko. Kabewu, mówili na nie. Żołnierze zajmowali budynki przedwojennego wojska, ale nie uczyli ludzi czytać i pisać, tak jak to robili tamci. Urządzali za to potańcówki w domu ludowym, który stał wtedy całkiem pusty, ze zbombardowanym w czasie nalotów dachem. W kabewu służyli chłopcy z całej Polski: z Pomorza, z Krakowa, Poznania, Bieszczad. Ćwiczyli strzelanie w lesie, a w chlewniach obok koszar hodowali świnie, żeby mieć co jeść. Przy koszarach stała duża wieża z drewna. Na niej stale pełnił służbę żołnierz, pilnując, czy gdzieś w miasteczku, albo w okolicznych lasach nie widać dymu. Straż Pożarna istniała od dawna, ale miała remizę w ratuszu na rynku, a tam nie było gdzie takiej wieży wystawić.

Gdziekolwiek szli żołnierze: maszerowali do lasu, czy oblegali dom ludowy, gdzie na scenie ich koledzy grali na bębnie, saksofonie i harmonii, wszędzie za nimi szła, wszędzie z nimi stała durna Maryśka. Dla nowych kabewistów to była atrakcja. Wystarczyło pociągnąć ją parę metrów od domu ludowego w nadrzeczne krzaki. I już. Sama się wręcz napraszała, podchodziła śmiejąc się do grupy żołnierzy, łapała ich za ręce i wsuwała je sobie pod sukienkę, mamrocząc pod nosem i czerwieniąc się z podniecenia raczej, niż ze wstydu. Bo wstydu Maryśka nie znała. Całkiem dobrze uczyła się w szkole, rodzice byliby z niej zadowoleni, tylko że każdą przerwę spędzała łażąc za chłopakami i łapiąc ich za rozporki. Czemu taka jest, nikt nie wiedział. Kiedy do miasteczka przyjechało Kabewu, prawie nie wracała do domu, włóczyła się za żołnierzami. Tym, co od dawna służyli w jednostce, już się znudziła. Co za radość dostać od dziewczyny coś, co sama pcha ci w ręce? Szczególnie, kiedy dziewczyna jest szurnięta? Ten czy ów interesował się raczej pannami z dobrych domów, które w schludnych sukienkach przychodziły grupkami na zabawy do domu ludowego. Niejeden po odsłużeniu swego nie wracał już w rodzinne strony, tylko dawał na zapowiedzi. Tego się chciało, kiedy człowiek nastrzelał się już do syta leśnych bandytów i naukładał trupów w stosach pod ścianą koszar. Chciało się żony o gładkim ciele, domu i gorącego rosołu na zasłanym obrusem stole.

Raz, kiedy chłopcy maszerowali do strzelnicy w lesie, kilku odbiło między drzewa, ruchami rąk przywołując do siebie nieodłączną Maryśkę. Poszła uśmiechnięta, zadowolona, że jest ich kilku, że nie odpędzają jej od siebie. Widziała już, jak wszyscy rozbierają się i kładą na mchu, czuła ich ciepłe ręce na sobie, ciekawskie oczy zaglądające w zakamarki jej ciała. Chłopcom zawsze trzeba dać popatrzeć, lubią to. Ale kilka metrów od drogi żołnierzyki nagle schwytały ją za ręce. Jeden wyciągnął z kieszeni sznurek konopny, taki, jakim wiązało się na polu snopy zboża. Kiedy koledzy przywiązywali Maryśkę do drzewa, ten od sznurka chodził schylony i szukał czegoś pod nogami. Podniósł długą sosnową szyszkę i uniósł do góry, ni to wyjąc, ni to skowycząc z uciechy. Chłopcy złapali marysine uda i odwiedli je w dwie strony, dając dostęp temu z szyszką.

Robotnik, który wracał z pracy drogą koło lasu, usłyszał wołania Maryśki i znalazł ją przy drzewie, stojącą, ze strużkami krwi na nogach. Miejscowy doktor, wtedy jeszcze młody i praktykujący w domu, zanim w miasteczku zbudowano szpital, miał problem. Nie widział wcześniej czegoś takiego, jak to u przyprowadzonej z lasu dziewczyny. Szyszka utkwiła w niej tak, że kiedy starał się za nią pociągnąć, łuski zahaczały o wnętrze, raniąc i wywołując krwawienie.

Kiedy operacja się skończyła, rodzice zabrali Maryśkę do domu. Pilnowali jej na zmianę, żeby nie wymknęła się znów na ulicę. Taki wstyd! Siostra Maryśki była zaręczona z oficerkiem z Kabewu. Miasteczko wrzało od plotek. Niejeden mówił, że to przyszły szwagier Maryśki prowadził te kilka plutonów do lasu, gdy to się stało. Jeszcze odwoła ślub – pomstowali rodzice – a to taka doskonała partia. Jeszcze siostra siostrze zniszczy szczęście. Co za hańba!

Gdy więc Maryśka wydobrzała, spakowali ją i wysłali do miasta, do zakładu dla takich, jak ona. Nikt w miasteczku o niej więcej nie słyszał.

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *