Nie życzcie mi miłego dnia

Autor: Aleksandra Uzarska
Słowa
23 maja 2018
Brak komentarzy

Posiadam super moc, która polega na tym, że zawsze jestem spóźniona. Niezależnie od okoliczności, pogody, stanu psychofizycznego – nie jestem w stanie wyjść z domu na czas, ani też nie potrafię określić, co mnie przed tym powstrzymuje, więc najbardziej racjonalnym wyjaśnieniem zdaje się fakt, że jest to super moc, z którą po prostu nie powinnam walczyć.

Moją super moc udaje mi się przełamać jedynie wtedy, kiedy wydaje mi się, że dane spotkanie jest wcześniej niż w rzeczywistości jest. Wtedy przybywam spóźniona na tą fałszywą godzinę i tym samym jestem punktualnie albo nawet i wcześniej, co budzi niezdrowe ożywienie i niepokój wśród osób, które mnie znają. Dla ich dobra zawsze sprawdzam godzinę dwa razy, żeby upewnić się, że nie będę za szybko.

Niestety, wszechświat sklejony jest z pomyłek, dlatego nawet mi czasem zdarza się być przed czasem. Taka sytuacja miała miejsce, kiedy przekonana o własnej niepunktualności, zawstydzającej w obliczu ulubionej prowadzącej na uczelni, wzięłam taksówkę, by dojechać prawie – że – na – czas. Chciałam wejść „modnie spóźniona”, a ostatecznie byłam „żałośnie przed czasem”, biedniejsza o dwadzieścia złotych na poczet korporacji taksówkarskiej. Korzystając z wolnej godziny, postanowiłam wydać kolejne dwadzieścia złotych, tym razem w korporacji kawowo – herbacianej, wściekła na fakt, że „d a r m o w a” edukacja w Polsce tyle mnie kosztuje.

I był to zaledwie początek pasma frustracji, które spotkały mnie tamtego dnia, bo od razu kiedy wyszłam z uczelni, zobaczyłam na wypucowanych, wycmokanych oknach jednego z biurowców napis „MIŁEGO DNIA :)”. W tym miejscu, należy się słowo wyjaśnienia – na parterze tego samego budynku znajduje się najbardziej komercyjna kawiarnia na świecie, do której właśnie szłam, na piętrach zaś rozciągają się biura pracowników pewnej firmy odpowiedzialnej za dostawę prądu, którą na potrzeby tekstu enigmatycznie nazwę E., w celu uniknięcia stada PR – owców, którzy zapewne znaleźliby mnie i w miłym tonie poprosili, abym przybliżyła im swój problem w celu polepszenia jakości usług. Może nawet zaproponowaliby mi darmowy prąd przez miesiąc, co owszem, przydałoby mi się bardzo, ale jednocześnie uważam, że prawda jest cenniejsza niż prąd, dlatego zostaję przy E.

Teraz od tej drobnej dygresji wrócę do sedna, czyli dlaczego „MIŁEGO DNIA :)”, zamiast zgodnie ze swoim celem, polepszyć mi dzień, wzbudziło we mnie jedynie chęć rzucenia kamieniem w to obrzydliwie czyste okno. Otóż nie był to pierwszy raz, kiedy zmuszona byłam koczować w świątyni kapitalizmu, ramię w ramię z jego wiernymi wyznawcami z pobliskich drapaczy chmur, którzy wpadali tam na szybką lattę między brunchem a lunchem. I chociaż jestem osobą dość powszechnie uważaną za mocno – średnio – raczej nie – sympatyczną, to nawet mnie raziło zachowanie panów, którzy na szybach swojego biura życzą innym miłego dnia. Być może powinni dodać adnotację na temat tego, że jest to bardzo ekskluzywne miłego dnia wymierzone ściśle w ludzi, którzy coś u nich załatwiają, albo są osobą, u której można coś załatwić, bo na pewno nie życzą tego pracownikom kawiarni. Tabuny podobnie spiętych i zestresowanych ludzi w koszulach, ołówkowych spódnicach i marynarkach schodzą do robotów w zielonych fartuszkach – robotów o sztucznej inteligencji na poziomie średnio zaawansowanym, do których rzuca się jednosłowną komendę, jakby w obawie, że dłuższej nie zrozumieją. Następnie można wrócić do rozmowy przez służbowy telefon, albo w opcji bardziej pro – ludzkiej, do rozmowy z godnym siebie partnerem od INTERESÓW, którego zabawia się żartami wyuczonymi poprzedniego dnia przed lustrem. Z irytacją patrzę jak znudzona dziewczyna próbuje wydobyć informację, czy kawa mocniejsza czy słabsza, ale nie ma wystarczającej siły przebicia, żeby zwrócić na siebie uwagę ugrzecznionego Kuby Wojewódzkiego w garniturze, edycja korporacyjna, nie taka znowu limitowana, bo za nim stoi jeszcze trzech podobnych. A ja od razu wiem, że słabsza, bo człowiek z tak słabym charakterem nie może pić mocnej kawy. Dopiero po synchronicznym wybuchu śmiechu, jak już sobie porobią niezłe jaja z nowego projektu, można niedbale rzucić banknot i zapytać, czy kawę ktoś przyniesie do stolika.

Drażni mnie to nie tylko ze względu na fakt, że wytworzenie kanału komunikacyjnego z tymi ludźmi zajmuje irytująco dużo czasu, którego zawsze mi brakuje. Najbardziej rażące jest to, że przy odrobinie dobrych manier, a przynajmniej przyzwoitości, automat do kawy na uczelni, który ten sam trunek robi w jakości co najmniej podłej i często nie wydaje reszty, traktuje się z większą czułością niż panowie z E. i firm pobliskich, traktują pracowników kawiarni. Nie liczyłabym tu na klepanie się po plecach i odbieranie papierowego kubka z hollywoodzkim uśmiechem, co pewnie miałoby miejsce w reklamie tej samej kawiarni, gdyby tylko miała ona swoje reklamy, ale prozaiczne „dziękuję” wypowiedziane przy kontakcie wzrokowym o wiele bardziej ociepla atmosferę niż „MIŁEGO DNIA :)” nagryzdane na szybie. Może dział HR powinien kazać im na ASAP przeczytać podręcznik savoir vivre. Ja w swoich latach szczenięcych przeczytałam taki z obrazkami i od tego czasu jakoś bardziej jestem wyczulona na sytuacje, kiedy obcuję z ludźmi. I wiem co to butonierka.

A na zajęcia (wbrew temu, przed czym przestrzegali w obrazkowym podręczniku) się spóźniłam. Nie wiem, jak to się stało, ale wyszłam z kawiarni pięć minut za późno.

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *