Nitki przeszłości

Autor: Joanna Kosterska
Blog2123Słowa
20 sty 2026
Brak komentarzy

Opowiadanie zgłoszone na konkurs „Początek jest najważniejszą częścią pracy”

Za oknem przesuwały się pola, poszarzałe od zimnego poranka, otulone białym woalem. Słupki  trakcji migały w równych odstępach, jakby ktoś odmierzał czas linijką. Stukot kół pociągu  usypiał. Ludzie w przedziale milczeli, każdy pogrążony we własnych myślach, których nikt nie  miał prawa dotknąć. Wiktoria wtuliła dłonie w rękawy kurtki, patrząc jak listopadowe mgły za  oknem walczą o każdą minutę poranka, zanim ustąpią słońcu. 

Miała przed sobą jeszcze kilka godzin podróży. Pociąg, potem autobus, w końcu taksówka. Nie  wiedziała, czy dobrze robi. Nikt na nią nie czekał. Tam, dokąd jechała, nikt nawet nie mógł  przypuszczać, że będzie dzisiaj ich gościem. Ale robiła to dla Jaśki, swojej córki. No może nie  do końca dla Jaśki, trochę też dla siebie. W zasadzie to w większości dla siebie.  

Po kilku kawach, niedojedzonym pączku i wielu próbach zaśnięcia choć na chwilę, Wiktoria w  końcu wysiadła w małej kaszubskiej wsi Sopieszyno, przed rodzinnym domem swojej matki. 

Dom babki Zofii w Sopieszynie nie należał do najpiękniejszych. Stał na skraju wsi, wystawiony  na chłód i wiatr. Niewysoki, z czerwonej cegły, poszarzałej od deszczu i chropowatej jak skóra  kaszubskiego rybaka. Na dachu mokre liście przyklejone do gontów świeciły ciemnymi  plamami, jakby powoli próbowały zająć ten dom dla siebie. Na podwórzu kurnik i mała  drewutnia, której dostępu strzegła siekiera wbita w pień. W głębi, za domem stała murowana  obora, teraz ciemna i pusta, kiedyś zapewne pełna zwierząt. W sadzie pokręcone, łyse gałęzie  jabłoni i grusz próbowały spleść się na wietrze niczym palce starczych dłoni. 

Wiktoria poczuła strach. W zasadzie nie miała pojęcia czy babcia Zofia i ciotka Danuta w ogóle  ja poznają. A ten dom zdecydowanie nie zapraszał do środka. Ale był już czas na zastanawianie  się, nie przyjechała tutaj marznąć. Ruszyła przez podwórze, brudząc śnieżnobiałe, krakowskie  buty kaszubskim błotem.  

Stanęła przed drzwiami i zapukała. Drzwi otworzyła kobieta o przenikliwym spojrzeniu  błękitnych oczu i krótkich, kasztanowych włosach. Miała mocną sylwetkę, ramiona wciąż  niosły w sobie dawną siłę, choć ukrytą teraz pod miękką warstwą czasu. Widać było, że lata świetności ma już za sobą, jednak na twarzy wciąż odbijały się piękne rysy. 

– Tak? 

– Cześć ciociu! – Wiktoria próbowała ukryć zdenerwowanie.

Obie kobiety patrzyły na siebie uważnie, niczym dwa posągi. 

– Dana, pòwiedz no le stôrej Bieszkòwéj, że ja dzysô na rôżaniec nie idã!1– poniosło się z głębi  domu. 

– To nié Bieszkòwa – odkrzyknęła Danuta i usunęła się, aby wpuścić Wiktorię do środka.  

Wiktoria nieśmiało weszła do domu, zrzuciła ubłocone buty i ruszyła do kuchni, skąd wcześniej  dobiegał głos. W kącie, nad modlitewnikiem siedziała zgarbiona Zofia, z gładko upiętymi  srebrnymi włosami, w podomce w drobne niebieskie kwiaty. Palce powykręcane reumatyzmem  ślizgały się po paciorkach różańca. Gdy tylko spojrzała na przybyłą, jej twarz pojaśniała.  Wyprostowała się, jakby nagle z jej barków zniknęły lata trosk i żalu. Rzuciła modlitewnikiem  i zerwała się z fotela, aby uściskać wnuczkę. Wypluwała z siebie słowa z szybkością karabinu. 

I nie była świadoma, że dla Wiktorii rzeczywiście były niczym pociski, które boleśnie  przypominały o braku jakiejkolwiek znajomości kaszubskiego. Języka, który powinna wyssać  z mlekiem matki. 

– Babciu, a możemy mówić po polsku? – zapytała Wiktoria, gdy emocje pierwszych chwil już  trochę opadły. 

– Po polsku, po polsku! Królowa sã nalazła! Mało jé, że dali jé miono swiatowé… Ópa Leon  w grobie sã przewrôca!2– mruknęła pod nosem Danuta. 

Zofia tylko machnęła rękę na córkę i wzięła wnuczkę pod ramię. Posadziła Wiktorię przy stole,  wyciągnęła jeszcze parującą drożdżówkę spod kuchennej ścierki i zaparzyła czarnej kawy. 

– Ciebie byśmy się nie spodziali! – powiedziała rozanielona. – Jedz, jedz i opowiadaj! Aneczka  przyjechała met3

– Mama została w Krakowie. – Wiktoria ochoczo sięgnęła po kawałek ciasta. – W zasadzie  nawet nie wie, że tutaj jestem… Babciu, chciałabym zatrzymać się dosłownie na kilka dni, czy  to nie będzie problem? 

Danuta prychnęła i ostentacyjnie wyszła z kuchni. A Zofia omal nie spadła z krzesła, tak się  ucieszyła. 

1 kaszub. Dana, powiedz starej Bieszkowej, że ja dzisiaj nie idę na różaniec! 

2 kaszub. Królowa się znalazła! Nie wystarczyło, że imię dali światowe… Dziadek Leon w grobie się przewraca! 3 kaszub. też, z tobą

Podróż dała się we znaki Wiktorii, dlatego od razu po kolacji, pożegnała się z domowniczkami  i poszła się położyć. Babcia pościeliła jej w starym pokoju matki. Fioletowe ściany, kwieciste  zasłony i wykrochmalona firanka naprawdę sprawiały przytulne wrażenie. Miękka poduszka i  czterdziestoletnia pierzyna szybko porwały Wiktorię do snu, ciężkiego i bezbarwnego, jakby  świat na chwilę przestał mieć cokolwiek do powiedzenia. Zdążyła tylko pomyśleć: „Może być  ciekawie…”. 

Wyrwało ją ze snu jazgotliwe pianie starego koguta. Dźwięk był ostry, przenikliwy, nawet  PRLowska pierzyna nie potrafiła przed nim uchronić. Kogut piał z całych sił, jakby chciał  rozedrzeć poranny chłód na strzępy. W tym domu budziło się człowieka gwałtownie, bez łaski.  

Wiktoria leniwie zeszła na śniadanie. Stół uginał się od wędlin, serów i warzyw. Chleb wyglądał  jak z własnego wypieku. Czarna kawa była obietnicą dobrego rozpoczęcia dnia. Zofia uwijała  się przy kuchennym piecu, który z pewnością pamiętał jeszcze czasy jej młodości. Gdy tylko  Wiktoria pojawiła się w kuchni, ciotka skończyła jeść, podziękowała i wyszła, by nakarmić  kury. Zofia ponownie tylko machnęła na nią ręką. 

– Nie przejmuj się kochanie, Dana taka jest – ucałowała wnuczkę w głowę. – Zajadaj! 

Przy porannej kawie Wiktoria w końcu mogła powiedzieć Zofii, dlaczego właściwie  przyjechała. Dlaczego przebyła kawał drogi z królewskiego Krakowa do ukrytego wśród lasów Sopieszyna, nie mówiąc nic matce i nie zapowiadając się u babki. Jak to Jaśka, jej  dziesięcioletnia córka, miała przygotować drzewo genealogiczne rodziny i Wiktoria boleśnie  uświadomiła sobie, że nie wie, jak pomóc córce. Co jej powiedzieć, jakimi rodzinnymi  historiami zainteresować? I jak matka zostawiła ją samą z tymi rozterkami, nie chcąc nawet  słyszeć o Kaszubach. Zofia tylko kiwała głową, co jakiś czas klepała wnuczkę po dłoni i  mówiła: „Dobrze, że przyjechałaś”. Wiktoria wciąż pytała, ciekawa swojej historii i tego,  dlaczego matka tej historii tak bardzo nienawidzi. 

– Kaszubi zawsze byli zbyt polscy dla Niemców i zbyt niemieccy dla Polaków. A Twoja mama  po prostu chciała dopasować się. Nie chciała przez całe życie wysłuchiwać, że jest gorsza, bo  Kaszëbka – tłumaczyła Zofia. – To były trudne czasy dziecko. W szkole tłumili wszelkie  przejawy kaszubskiego patriotyzmu. Język kaszubski był sprowadzony do języka chłopów na  wsi. Moja Aneczka wyjechała, bo chciała czegoś lepszego niż mieliśmy tutaj w Sopieszynie. 

Tak siedziały i rozmawiały, przy kawie, herbacie, nalewce pigwowej, wciąż nienasycone sobą,  babcia i wnuczka marnotrawna. A Danuta przemykała gdzieś pomiędzy nimi, prychając i mamrocząc pod nosem, czuwając jednak, aby ich filiżanki i kieliszki były zawsze napełnione.  

Po trzech dniach spędzonych w Sopieszynie, Wiktoria poczuła, że w końcu przyszedł czas na  konfrontację z ciotką. Bo to, że coś jest nie tak czuła już od pierwszych minut w domu babki.  Zofia jednak zbywała ją swoją mantrą „Dobrze, że przyjechałaś Wikusiu”, a Danuta  konsekwentnie karmiła kury, rąbała drewno lub chodziła do sąsiadki, gdy tylko rosło  prawdopodobieństwo pozostania z Wiktorią sam na sam. 

– Ciocia to chyba lubi haftować? – zagadnęła Wiktoria, widząc Danutę wciśniętą w kąt  pomiędzy piecem kuchennym a stołem, nad płachtą materiału. 

– Obrusy. 

– Chyba często ciocia tak siedzi i haftuje, prawda? 

– Dorobić trzeba.  

– Widzę fach w ręku ciocia ma. 

– Po szkole krawieckiej. 

Wiktoria robiła co mogła, aby nakłonić ciotkę do rozmowy, ta jednak konsekwentnie  odpowiadała kilkoma słowami. W końcu Wiktoria nie wytrzymała. 

– Ciocia to chyba jakiś uraz do mnie ma, co? 

Danuta milczała, jej twarz pozostała nieruchoma. Jednak każde uderzenie igły w materiał niosło  ze sobą napięcie. Zamaszyste ruchy dłonią, nagłe nierówności w ściegach, drżenie palców były głośniejsze niż słowa.  

– Widzę przecież, że ciocia o coś się gniewa. Jednak kompletnie nie wiem, co zrobiłam… – Nie wie co zrobiła… – mruknęła Danuta. 

Wiktoria nic nie powiedziała, cierpliwie czekała, bo wiedziała, że ten moment nastąpi.  Widziała, jak emocje biorą górę, jak latami skrywane urazy i rozgoryczenie powoli wydostają się przez pory poranionej igłą skóry. Cisza zaczynała gęstnieć. Słychać było tylko stary  kuchenny zegar, nieświadomy, że każda sekunda ciążyła domowniczkom jeszcze bardziej. Wiktoria czuła, że jej serce przyspieszyło, czuła, że zbliża się burza. 

– A ty myślisz, że ja tu z chęcią zostałam? Na gburstwie4sama z matką, dla której Ana była  wzorem cnót wszelakich? Co niedziela w obiad óma5 Zofia kazała zostawiać trochę kartofli w  tryglu6i zawijać w pierzynę, bo może Ana przyjedzie do domu! Myślisz, że też nie chciałam  pojechać do miasta, w wielki świat, studiować, pracować? Myślisz, że mnie szkólna7nie lała  po łapach za każde kaszubskie słówko? – Danuta wybuchła. – Ale to Ana! Piękna i zdolna Ana  zasługiwała na coś lepszego! 

Wiktoria osłupiała. Od swojego przyjazdu nie usłyszała jeszcze tylu słów z ust ciotki. I to tak  gorzkich.  

– Mama zawsze powtarzała, że z babcią odcięłyście się od nas. A ciocia jako starsza siostra  zawsze chciała zająć się gospodarką. 

– Zająć gospodarką! – prychnęła Danuta. – A kto miał się nią zająć, jak tatk8zmarł na serce  krótko po wyjeździe Any, a óma z żalu po nich obu zaczęła tylko nad modlitewnikiem siedzieć?  Miałam pozwolić, żeby cała ojcowizna poszła na zmarnowanie? Skończyłam te kilka klas  zawodowych, poszłam za mąż i zostałam tutaj! Szczęście tylko, że mężatką długo nie byłam,  bo gdyby ten chłop mój się nie zachlał to by pewno mnie zatłukł.  

Igła w dłoni Danuty przestała jej słuchać. Zwykle poruszała się z precyzją i spokojem, teraz  jednak, wyczuwając gniew swojej hafciarki, zaczęła zniekształcać kaszubskie dzwonki i  palmety. Jednak to nie był koniec, w Danucie siedziało jeszcze kilka bolesnych słów, które  latami tworzyły sobie wygodny wyściółek w jej sercu: 

– A teraz zjawiasz się ty! Tak nagle! A óma rozanielona, jakby sam Pan Bóg wszedł na gościnę! Do tej pory ani listu, ani telefonu, nic! Nawet nie wiedzieliśmy, że óma doczekała się  prawnuczki! I przyjeżdża Wiktoria z wielkiego świata, podrobiona Ana, a ja tylko chodzę i  arbatę9 wam rozlewam! 

Danuta rzuciła swoją robótkę na stół i wzburzona wyszła z kuchni. Wiktoria jeszcze przez  chwilę osłupiała patrzyła na drzwi, w których zniknęła ciotka. 

Tej nocy długo nie mogła zasnąć. Listopadowa wichura za oknem rozrywała ciszę i sprawiała,  że kotłujące się w głowie myśli nie mogły zaznać spokoju. Ile tęsknoty, rozgoryczenia i żalu  

4 kaszub. gospodarstwo 

5 kaszub. babcia 

6 kaszub. garnek 

7 kaszub. nauczycielka 

8 kaszub. tata 

9 kaszub. herbata

może pomieścić ten mały kaszubski dom? Ile pragnień są w stanie ukrywać jego mieszkanki? I czy jest w ogóle sens zagłębiania się w rodzinną historię, jeśli tyle jest niedopowiedzeń i  nieutulonych smutków współcześnie? 

Przez kolejne dni to Wiktoria starała się unikać Danuty. Raz widziała tylko, jak Zofia z Danutą kłóciły się na podwórzu, jednak okno skutecznie stłumiło wszystkie cierpkie słowa. Wiktoria  skupiła się natomiast na swoim głównym zadaniu: oglądała albumy rodzinne przyniesione  przez Zofię i mozolnie tworzyła drzewo genealogiczne dla Jaśki. 

Tego wieczora jak zwykle siedziały każda w swoim kącie kuchni – Zofia nad modlitewnikiem,  Danuta nad swoimi haftami, Wiktoria przy laptopie. I jak zawsze ciszę przerywało tylko tykanie  starego ściennego zegara, który wciąż był niemym świadkiem haftowania nowych wzorów na  obrusach, ale od kilku dni także zupełnie nowych relacji. Ciszę przerwał trzask. Wiktoria  gwałtownie zamknęła laptopa i ukryła twarz w dłoniach. 

– To ja mam się wstydzić? Za co? Za to, że nie urodziłam się tutaj na Kaszubach? Za to, że  jednak płynie we mnie kaszubska krew? Za to, że matka tej krwi chciałaby upuścić? – wypluwała z siebie. 

Zofia i Danuta spojrzały na nią osłupiałe. 

– Mam dość tej ciszy! Mam dość tego zegara! Ja naprawdę chciałam tylko zrobić drzewko  genealogiczne z moją Jaśką! To nie moja wina, że ciotka musiała tutaj zostać! I to nie moja  wina, że matka wyjechała i nie chce tutaj wrócić! 

– Wikusiu… – próbowała załagodzić sytuację Zofia. 

– Nie wiem, kto jest w tych albumach, na starych zdjęciach! Nie wiem kim są ci ludzie! Nie  mogę znaleźć swojego początku! – Wiktoria zaczęła płakać. 

Danuta natomiast wstała i wyszła z kuchni. Słychać było skrzypnięcie drzwi jej pokoju, hałasy  jakby z przewalanych książek. W końcu wróciła z grubą szarą teczką w dłoni. Delikatnie – jakby nigdy nie wypowiedziała tylu gorzkich słów w kierunku siostrzenicy, jakby cały gniew z  niej wyparował – położyła teczkę na laptopie Wiktorii. Ta opuściła dłonie i zdziwiona dotknęła  starej, chropowatej tektury skoroszytu. 

– To twój początek – Danuta wskazała teczkę. – A początek jest najważniejszą częścią pracy. 

Wiktoria rozwiązała sznurki, wiernych strażników tego, co Danuta, jak się okazało, latami  gromadziła. Znalazła tam zapiski ciotki, wspomnienia dziadka Leona, jego sióstr i braci, którzy 

mieszkali za miedzą, wycinki z gazet, a nawet drzewka genealogiczne spisane koślawymi  literami, tanim niebieskim długopisem. Wiktoria miała przed sobą nie tylko swoje dzieje rodzinne, ale także przekrój historii Kaszub i Sopieszyna od lat 70 do teraz. 

– Może i tylko zawodówkę skończyłam, ale głupia nie jestem – powiedziała Danuta, widząc  zaskoczony wzrok siostrzenicy. – Skoro dla Any to wciąż taki wstyd, to ja ci pomogę. 

– Dz-, dziękuję – zająknęła się Wika. 

– Każdy zasługuje na to, aby wiedzieć skądka pochodzi – powiedziała ciotka i wróciła do  swoich robótek. 

Zofia spojrzała na córkę z czułością. Taką, której Danuta nie widziała w spojrzeniu starej  kobiety od wielu lat.  

I tak siedziały we trzy, każda w swoim kącie, każda ze swoim żalem. Teraz jednak każda z  nadzieją na jakiś nowy początek.

fot. Archiwum Nadbałtyckiego Centrumm Kultury.

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *