O inności

Autor: Stanisław Wawrzyszkiewicz
Słowa
04 Lip 2019
Brak komentarzy

Maria Skłodowska-Curie twierdziła, że człowiek boi się tego, czego nie zna. Nie tylko boi się, ale zwyczajnie nie lubi. Nie lubi rzeczy, których nie zna, nie lubi ludzi, których nie zna i nie chce poznać, bo wystarczają mu uprzedzenia.

Maria boleśnie doświadczyła uprzedzeń. Jedynym mężczyzną, którym zainteresowała się po śmierci swojego męża, był Paul Langevine. Kiedy ich romans wyszedł na jaw, rozwścieczone tłumy manifestowały przed jej domem oraz Sorboną, gdzie pracowała, domagając się ekstradycji do Polski złodziejki cudzych mężów.

Byłem na jej grobie w Panteonie, gdzie wdzięczny naród francuski złożył szczątki jej oraz jej męża. Niedaleko nich pochowano Paul Langevine’a. Jak widać, obydwaj mężczyźni, z którymi związała się Maria Curie, byli skazani na wielkość. Teraz cała trójka spokojnie leży pod jednym dachem Panteonu i niewielu Francuzów wie, że Maria Skłodowska-Curie była Polką. Była cudowną kobietą, wspaniałą żoną i kochanką, ale kiepską wdową. Nikt nie jest doskonały, a pojęcie doskonałości jest rozmaicie definiowane w różnych kręgach kulturowych.

Niektórzy z pogardą nazywają nowe idee nowinkarstwem, zapominając, że wszystko, co stare i szanowane, kiedyś było nowe, jak trafnie zauważył Tewje Mleczarz, uwieczniony w musicalu „Skrzypek na dachu”. Mimo niechęci do nowości, z trudem przyznają się do lęku przed tym, czego nie znają. Nie lubimy nowości, które w jakiś sposób naruszają nasz komfort. Niewielu umie przyznać się do tego tak jak brytyjski eseista Karol Lamb.

Przyszedł do niego przyjaciel i powiedział, że chciałby go przedstawić swojemu znajomemu.

– Nie, dziękuję – odparł Lamb. – Nie lubię tego człowieka.

–  Ależ go nawet nie znasz.

– Wiem i dlatego właśnie go nie lubię – uciął rozmowę Lamb.

Często każemy ludziom dostosować się do naszych wyobrażeń. Myślimy za  nich, decydujemy o nich, podpowiadamy, za co mają czuć się winni. Usiłujemy upodobnić ich do siebie. Chętnie odmieniamy czasownik „poświęcać się”. Poświęcamy się i zamykamy drogę ukochanej osobie. Często dokonujemy rzeczy godnych podziwu dla osoby „kochanej” i nie zdajemy sobie sprawy, że największym poświęceniem jest rezygnacja z własnych projektów, ambicji, poglądów, by przyjąć odmienny wybór, drogę, która nie jest naszą, plan, który nie mieści się w naszej perspektywie, a nawet nie służy naszym interesom. Ktoś najbardziej poświęca się dla drugiego, gdy rezygnuje z „programowania” go na własny obraz i podobieństwo. Jeżeli ludzie wzajemnie rozczarowują się sobą, to często oznacza, że tak naprawdę kochali w drugim człowieku siebie samego. Zrozumieć drugiego człowieka to udać się w bardzo długą podróż. Ale jak zrozumieć, skoro nie pamiętamy go, ani tego, czego dokonał?

Zapomnienie związane jest z jakąś słabością umysłu, ale równocześnie świadczy o wielkości serca. Dzisiaj wielkość i dobroć serca ceni się od święta, bo na co dzień ceni się przede wszystkim umysł, jego sprawność, inteligencję, wielkość. Mówimy z podziwem i zazdrością: „On to ma głowę!” Ale człowiek z wielką głową a małym sercem jest potworem. Nikt nie rodzi się potworem. Jak to się dzieje, że jeden staje się zbrodniarzem a inny wspaniałym człowiekiem?

Hitler, jeden z największych zbrodniarzy w dziejach ludzkości, w młodości był bardzo miłym, powszechnie lubianym chłopcem, jak to zauważają wszyscy jego biografowie. Punktem zwrotnym w jego życiu było nie dostanie się na wiedeńską Akademię Sztuk Pięknych. Rozgniewany powiedział wtedy sobie i innym, że jest geniuszem, którego nikt rozumie. A przecież mógł powiedzieć, że być może nie ma wystarczającego talentu, że może za mało pracował, lecz jeśli przyłoży się bardziej do pracy, to przy następnych egzaminach będzie lepiej. Gdyby tak pomyślał, to historia świata wyglądałaby zupełnie inaczej. Ale pomyślał tak, jak pomyślał. Uważał, że nikt go nie rozumie, ale równocześnie zupełnie nie interesowały go myśli innych.

Gdzie można znaleźć ludzi, którzy przyjmują innych takimi jakimi są i nie stawiają im żadnych warunków wstępnych? Widziałem takich na Olimpiadzie niepełnosprawnych w Seattle. 9 zawodników, wszyscy upośledzeni psychicznie lub fizycznie, uczestniczyło w biegu na 100 m. Na sygnał startowy zaczął się wyścig. Żaden z nich nie był biegaczem, ale każdy miał wolę uczestniczenia i wygrywania. W czasie biegu jeden z zawodników przewrócił się na bieżni. Rozpłakał się. Pozostała ósemka usłyszała jego płacz. Zwolnili i obejrzeli się za siebie. Wszyscy zatrzymali się i zawrócili. Dziewczyna z zespołem Downa usiadła obok niego. Głaskała go i spytała: Czy już ci jest lepiej? A potem dziewiątka wzięła się pod ręce i wspólnie pomaszerowała do linii mety. Cała publiczność na stadionie powstała i zaczęła klaskać. Jeszcze czegoś takiego nie widzieli. Wyścig szczurów wydaje się prawie wszędzie jedynym sposobem na życie. Czy trzeba być uczestnikiem olimpiady specjalnej, by zdobyć się na człowieczeństwo?

Wiele systemów etycznych zawiera w sobie radę, by nie czynić bliźniemu tego, czego nie chcemy, aby nam czynili. Nietzsche wyrażał się o tej zasadzie z nienawiścią i najwyższą pogardą. Twierdził, że ta zasada, opierając wszystkie ludzkie relacje na wzajemności oddanych usług, zamienia każdy dobry uczynek w formę płatności.

Ania nic nie wiedziała o Nietzschem i była dla mnie uosobieniem heroicznej bezinteresowności. Nie znałem jej osobiście, ale wielokrotnie rozmawiałem z osobami, które dobrze ją znały. Najwięcej informacji uzyskałem od jej babci.

Miała trzynaście lat i marzyła o karierze gimnastyczki. Zgłosiła się do lekarza sportowego, bo dokuczał jej ból nogi, a w ostatnim czasie stał się trudny do zniesienia. Lekarz zagipsował nogę aż do pachwiny. Ból jednak narastał i dziewczynka co noc targała prześcieradła, by swoim krzykiem nie obudzić rodziców i małego braciszka. Zdjęto gips i wszyscy doznali szoku. Cała noga zamieniła się w żywą ranę. Niestety, lekarz nie rozpoznał raka tkanki łącznej.  By ratować życie dziewczynki, natychmiast amputowano jej całą nogę. Znalazła się w szpitalu onkologicznym na oddziale dziecięcym. Lekarze mówili o niewielkich szansach na uratowanie dziewczynki. Ona jednak nie martwiła się o siebie tylko o inne dzieci, bo były takie małe, bezbronne i bardzo cierpiały. Opowiadała im bajki i śmieszne historie. Starała się je rozbawić. Zachowywała się jak Pollyanna, bohaterka słynnej powieści, z tą ogromną różnicą, że była postacią rzeczywistą, a nie fikcyjną. Pielęgniarki z płaczem mi o tym opowiadały. Jej rodzice wpadli w rozpacz. Dziewczynka pocieszała ich i mówiła im, że muszą być mocni, bo jest jeszcze mały braciszek, którego trzeba dobrze wychować. Przed śmiercią wymusiła na ojcu, by pogodził się ze swoją teściową czyli babcią Ani. Ojciec zrobił to dla córki, bo zrobiłby dla niej wszystko, ale nie zdążył pożegnać się z nią. Nie mógł z tym pogodzić się i w rozpaczy rozwalił w swoim mieszkaniu drzwi. Jak powiedział bohater „Życia Pi”, nic nie sprawia większego bólu niż nie móc się pożegnać.

Dla ludzi, którzy czują życie, jest ono tragedią, a dla tych, którzy myślą – komedią. Nie musimy żyć połowicznie. Możemy zarówno czuć i myśleć(!). Myśląc i czując przeżywamy życie jako wspaniałą przygodę, w której jesteśmy otwarci na wszystko co żyje: stare, nowe, inne.

 

 

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *