O intuicji

Autor: Malus Domestica
Idee
30 Lis 2019
Brak komentarzy

Jest taka scena w filmie „Dzień świra”, w której główny bohater, grany przez Marka Kondrada, jedzie pociągiem. Podróż jest gehenną. Współpasażerowie doprowadzają naszego bohatera swoim zachowaniem, mówieniem, niemyśleniem – ogólnie sobą, na skraj mentalnej zapaści. Wisienką na torcie jest jamnik szorstkowłosy. Kondrad widzi go przez szybę, gdy zwierzak, wraz ze swoją Pancią, stoi jeszcze na peronie. Widzi to arcybrzydkie, niewątpliwie śmierdzące, stworzenie o nieprzewidywalnym usposobieniu i mokrych łapach, nosie, języku. Widzi.
I już wie.
Choć pociąg długi, wolne miejsca do wyboru – do koloru, przedziałów pustych mnóstwo. Nasz bohater już wie, że czeka ich wspólna podróż. Choć szanse – statystycznie rzecz biorąc są nikłe.
Bohater zna życie. Swoje życie. Swoje „szczęście”. Swoje przeznaczenie.
Nawet nie drgnie mu powieka, gdy mówi do widzów ” I ja wiem, że pies będzie jechał koło mnie”.
I jedzie.

Mam tak samo. Pies zawsze jedzie koło mnie. A jak nie pies to dziecko albo staruszka z historią życia na końcu języka.
Jeśli na peronie jest Pan menel lub Pan Wariat (których to określeń używam z ogromną sympatią i szacunkiem, co mam nadzieję czujecie), będący w ferworze kłótni ze swoim wyimaginowanym wrogiem, który przedtem był mu niewątpliwie, sadząc bo treści sprzeczki, najbliższym przyjacielem, to ja wiem do kogo podejdzie celem zasięgnięcia opinii osoby trzeciej względem tego kto ma rację.
Jeśli jedzie z nami pijany, rozentuzjazmowany własnym głosem, osobnik żyjący pasją do siłowni, agresji i/lub piłki nożnej, to wiadomo, że we mnie odnajdzie to czego szuka, co pozwoli mu spokojnie usiąść obok.
Zagubionych mogących wybierać spośród milionów a zaczepiających mnie – pytający o drogę, o godzinę, o dzień tygodnia … nawet nie liczę.
Często tak dziwacznie poznaje kogoś, ktosiów. Nieprzypadkowych. Przypadkiem. Przelotem. Niechlujnie, powierzchownie i byle jak. A jednak Ci ludzie robią często wszystko żeby zostać jak najdłużej w tych naszych arabeskach kontaktu i kombinacjach alpejskich relacji.
Nadal nie mam tyle miłości własnej, aby za ten stan rzeczy odpowiedzialnością obarczać, moją bardzo wątpliwą wyjątkowość. Sądzę, że chodzi jednak o coś innego.
Po latach rozważań i obserwacji terenowych oraz wykopalisk introspektywnych, mam kilka ulubionych teorii wyjaśniających tę ciągotę ogólnodziwową w moim kierunku.
Teoria pierwsza zwana też Teorią Babci Ani, na pamiątkę mojej kochanej babci, która pod koniec życia wyczuwała przeciągi nawet w mieszkaniach sąsiadów, niekiedy oddalonych kilka pięter, mrucząc przy tym pod nosem, że „zimno” i „ciągnie po nerkach”.
Teoria Babci Ani głosi właśnie, że jest we mnie jakiś przeciąg. Jakieś otwarte okno, które tworzy możliwość, daje przestrzeń. Wszystkie dziwadła świata, to moje uchylone okno widzą albo raczej czują. Podążają za ruchem powietrza aż trafiają do mnie. Przeciąg musi być w odczuciu raczej przyjemny – jak zimny powiew w lipcowym skwarze albo przykominkowa fala ciepła w zimowy poranek, bo stosunek dziwadeł do mojej osoby jest zawsze, bez wyjątkupozytywny. Jak do dawno niewidzianego, dobrego znajomego, wobec którego mamy lekkie poczucie winy, bo to my przestaliśmy się regularnie odżywać, a przecież fajny był i znajomy, i relacja, i wszystko…

Kolejna teoria jest Teorią toyoty. Przyszło mi bowiem do głowy, że może moja aura jest dziurawa jak bak samochodu moich teściów. I zostawiam za sobą jakieś plamy auro-oleju… choć sądząc po pozytywnym stosunku najeźdźców na mój spokój, to ta aura tworzy raczej niewielkie filie w miejscach dalekich, obszarach poza mną, które to (utrzymane zapewne w miłej dla oka kolorystyce) filie stanowią drogowskazy do źródła.

Całe to „odnajdywanie mnie” nie dzieje się niepostrzeżenie. O nie, nie! (pobłażliwy uśmiech). Nietzsche kiedyś powiedział, że „jeśli zbyt długo wpatrujesz się w pustkę, to ona zaczyna wpatrywać sie w ciebie”.
TADAM! Ja też was widzę. Widzę was zanim powiecie do mnie choć słowo, widzę was zanim siądziecie obok, zanim dostrzeżecie mnie na peronie, ba! widzę was zanim rano wstaniecie w łóżka!

Wiem o waszym istnieniu zawsze, czy raczej odkąd wiem cokolwiek.
Czuję was jak nieco przesadne operfumowanie dresa, który jedzie na randkę na której mu zależy, jak zapach „kebaba” jedzonego w skmce w przedziale dwa przedziały dalej, jak błędy gramatyczne w rozmowie, którą obok mnie toczy organizm na oko dwudziestoletni, jak nadchodzący deszcz, jak wibrację telefonu sygnalizujące SMSa, jak mruczenie zadowolonego kota.
Znam was jak dyskografię Hey i Myslovitz i …co ciekawe równie mocno was lubię.
Lubię tę łączność po niewidzialnych drutach, te przewidywanie siebie nawzajem. Te małe kolizje na kursach. Te rozmowy jakbyśmy się znali od zawsze, choć widzimy sie pierwszy i prawdopodobnie ostatni raz w życiu.
Nauczyłam się doceniać bezpośredniość tych nieplanowanych interakcji. Bo mam wrażenie, że są manifestacją czegoś ulotnego, czego nie potrafię nazwać, co jest jak dym, tylko … bardziej…
Nauczyłam się ufać swoim wewnętrznym dzwoneczkom, spokojnej pewności o nieuniknioności zdarzeń statystycznie nieprawdopodobnych. Polubiłam niezbieżne z sensem zbiegi okoliczności, które znajdują drogę, o której nie pomyślałabym przenigdy, a którą skutkiem splotu zdarzeń jednak podążam. Lubię to nachodzące mnie jak reumatyzmprzekonanie, że wszystko się uda, choć nie wiem czym jest to wszystko, bo niby nic się jeszcze nie zaczęło.
Poza moim racjonalnym rozumieniem świata płynie rzeka, której szmer i chlupot słyszę tylko ja…i inne dziwadła.

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *