O teraźniejszości

Autor: Stanisław Wawrzyszkiewicz
Blog2073Idee
14 paź 2025
Brak komentarzy

         Historycy, każdy na swój sposób, uporządkowali przeszłość, pisarze i filmowcy zrobili to samo z przyszłością, ale nikomu jeszcze nie udało się dokonać tego z teraźniejszością, choć dotyka nas najmocniej, bo bezpośrednio; obciążona przeszłością i brzemienna przyszłością tworzy pulsujący punkt styku rozczarowania i nadziei.

            To, co minione, z definicji już nie istnieje, a to, co przyszłe, również z definicji nie zaistniało jeszcze. Stąd wynika, że to co rzeczywiście istnieje, jest punktem pomiędzy przeszłością a przyszłością; przyjęło się nazywać ten punkt teraźniejszością. Ale czy teraźniejszość na pewno istnieje, skoro słowo „teraz”, najdokładniej ją opisujące, gdy jest wypowiadane, automatycznie staje się przeszłością? Wszystko co robimy, mówimy i myślimy, natychmiast staje się przeszłością. W hebrajskiej Biblii do ludzi odnoszą się tylko dwa czasy: przeszły i przyszły, natomiast czas teraźniejszy odnosi się wyłącznie do Boga, ponieważ objawił Mojżeszowi swoje imię: JESTEM. To najświętsze ze świętych imion było wypowiadane wyłącznie przez arcykapłana i tylko raz w roku w najświętszym przybytku jerozolimskiej świątyni.

Dla Boga przeszłość i przyszłość nie istnieją. To co dla nas minęło albo jeszcze nie nadeszło, dla Niego jest teraźniejszością. Człowiek może doświadczyć boskości na Ziemi tylko wtedy, gdy zdoła wyjść z czasu i dotknąć teraźniejszości. Nie tylko mistycy opisują takie doświadczenia życia pozaczasowego, bo ci, którzy zaznali wyjątkowego zachwytu, również mówią o teraźniejszości pochłaniającej przeszłość i przyszłość. W ich opisach tylko teraźniejszość jest pociągająca i świeża, natomiast cała reszta – mdła; dla Schultza jest „pęknięciem w czasie”, przez które prześwituje wieczność.

            „Teraz albo nigdy”, „to jest właściwa chwila”. Słyszymy te formułki i sami ich używamy w rozmaitych okolicznościach. Starożytni Grecy wymyślili słowo, by wyrazić przełomowy moment, okazję, która być może już nigdy się nie nadarzy. Tym słowem jest „kairos”. Przed Arystotelesem używano go, by opisać łucznika celującego w zwierzynę w czasie łowów. Łucznik musiał uchwycić właściwy moment, zsynchronizować czas, przestrzeń i miarę, by nie wrócić do domu z pustymi rękoma.

            Arystoteles użył tego słowa definiując cnotę jako słuszną miarę we wszystkim, głównie między bezczynnością a nadczynnością; wszystko po to, by nie rozminąć się z właściwą chwilą.  W taki to sposób kairos stało się dla Greków kluczem do moralności.

Istnieją dwa rodzaje teraźniejszości.  Pierwsza jest aktem obecności, jak w poezji Rilkego, gdzie każda rzecz istnieje tylko wtedy, gdy jest dostrzeżona. Jest trwaniem jak góry, morze i niebo. Natomiast ta druga przychodzi, zawsze bez ostrzeżenia. Nie puka, nie wchodzi przez drzwi, bo już jest z nami, zanim zdążymy się ruszyć. Nie da się jej zapisać w kalendarzu, bo kiedy próbujemy to zrobić, już jest przeszłością. A jednak to ona nas ogarnia, kiedy patrzymy przez okno i nie wiemy, czy to deszcz, czy tylko światło tak się rozlało. Czasem wydaje się łaskawa, bo pachnie obietnicą, a czasem jest jak kamień w bucie, którego nie możemy wyjąć, bo już na nic nie mamy siły. Zawsze jest z nami: wtedy, gdy myślimy o tym co było i wtedy, gdy boimy się tego, co będzie, choć mamy nadzieję, że to nas jakoś ominie. Na różne sposoby próbujemy ją uchwycić. Znaczna większość robi to jednym pstryknięciem przy pomocy aparatów fotograficznych i smartfonów, natomiast niewielka mniejszość przy pomocy pióra czy innego pisarskiego narzędzia poświęca jednej chwili wiele słów. Na przykład u Prousta jedna sekunda rozciąga się na dziesiątki stron refleksji, gdzie teraźniejszość jest jak poseł wysłany od tego, co już zniknęło, do tego, co dopiero ma zniknąć; jest zarazem dzieckiem wspomnienia i matką nadziei. Czy można zatem uchwycić chwilę? W literaturze dwie koncepcje czasu przeciwstawiają się sobie: jedna rekonstruuje ciągłość czasu, a druga ją dekonstruuje.  Jedna i druga na swój sposób ukazują, jak zegar tyka i jak to dotyka człowieka.

Próbujemy dotknąć rzeczywistości, przeczuwając, że jest to możliwe tylko w teraźniejszości; trwonimy nasz czas goniąc czas. Tyrania teraźniejszości przekształciła nas w „żonglerów” oszołomionych możliwościami spędzania czasu. Współczesność ciągle przyśpiesza. Chodzi tutaj nie tyle o coraz szybsze pojazdy, ale przede wszystkim o przyśpieszenie techniczne, rytmu życia oraz zmian społecznych. Paradoksem nowoczesności jest to, że postęp techniczny, choć teoretycznie powinien ograniczyć nasz czas pracy i zwiększyć czas wolny, tak zmodyfikował dominującą kulturę, że człowiek, wyczerpany usiłowaniem korzystania ze wszystkiego, co oferuje współczesny świat, coraz bardziej odczuwa brak czasu. Sztuczna inteligencja nie wyręcza nas w sprzątaniu, prasowaniu i gotowaniu, natomiast sprawnie pisze książki, maluje obrazy i komponuje muzykę. Problem dostrzegli hollywoodzcy scenarzyści, więc podjęli akcję protestacyjną, by człowiek nadal był człowiekiem, a nie tylko dodatkiem do maszyn, wykonującym żmudne czynności.

Może zatem warto nie tylko zwolnić, ale zatrzymać się? Można wtedy poczuć obecność czegoś pierwotnego, jakby czas przysiadł obok nas i westchnął.  Nie będzie pytań, nie będzie więc odpowiedzi. Ale będzie zgoda. Zgoda na to, że nie wszystko musimy zrozumieć, że piękno nie zawsze krzyczy, a życie w najczystszej formie jest właśnie tym: ulotną chwilą, która nie potrzebuje imienia.  

x

            Historycy, każdy na swój sposób, uporządkowali przeszłość, pisarze i filmowcy zrobili to samo z przyszłością, ale nikomu jeszcze nie udało się dokonać tego z teraźniejszością, choć dotyka nas najmocniej, bo bezpośrednio; obciążona przeszłością i brzemienna przyszłością tworzy pulsujący punkt styku rozczarowania i nadziei.

            To, co minione, z definicji już nie istnieje, a to, co przyszłe, również z definicji nie zaistniało jeszcze. Stąd wynika, że to co rzeczywiście istnieje, jest punktem pomiędzy przeszłością a przyszłością; przyjęło się nazywać ten punkt teraźniejszością. Ale czy teraźniejszość na pewno istnieje, skoro słowo „teraz”, najdokładniej ją opisujące, gdy jest wypowiadane, automatycznie staje się przeszłością? Wszystko co robimy, mówimy i myślimy, natychmiast staje się przeszłością. W hebrajskiej Biblii do ludzi odnoszą się tylko dwa czasy: przeszły i przyszły, natomiast czas teraźniejszy odnosi się wyłącznie do Boga, ponieważ objawił Mojżeszowi swoje imię: JESTEM. To najświętsze ze świętych imion było wypowiadane wyłącznie przez arcykapłana i tylko raz w roku w najświętszym przybytku jerozolimskiej świątyni.

Dla Boga przeszłość i przyszłość nie istnieją. To co dla nas minęło albo jeszcze nie nadeszło, dla Niego jest teraźniejszością. Człowiek może doświadczyć boskości na Ziemi tylko wtedy, gdy zdoła wyjść z czasu i dotknąć teraźniejszości. Nie tylko mistycy opisują takie doświadczenia życia pozaczasowego, bo ci, którzy zaznali wyjątkowego zachwytu, również mówią o teraźniejszości pochłaniającej przeszłość i przyszłość. W ich opisach tylko teraźniejszość jest pociągająca i świeża, natomiast cała reszta – mdła; dla Schultza jest „pęknięciem w czasie”, przez które prześwituje wieczność.

            „Teraz albo nigdy”, „to jest właściwa chwila”. Słyszymy te formułki i sami ich używamy w rozmaitych okolicznościach. Starożytni Grecy wymyślili słowo, by wyrazić przełomowy moment, okazję, która być może już nigdy się nie nadarzy. Tym słowem jest „kairos”. Przed Arystotelesem używano go, by opisać łucznika celującego w zwierzynę w czasie łowów. Łucznik musiał uchwycić właściwy moment, zsynchronizować czas, przestrzeń i miarę, by nie wrócić do domu z pustymi rękoma.

            Arystoteles użył tego słowa definiując cnotę jako słuszną miarę we wszystkim, głównie między bezczynnością a nadczynnością; wszystko po to, by nie rozminąć się z właściwą chwilą.  W taki to sposób kairos stało się dla Greków kluczem do moralności.

Istnieją dwa rodzaje teraźniejszości.  Pierwsza jest aktem obecności, jak w poezji Rilkego, gdzie każda rzecz istnieje tylko wtedy, gdy jest dostrzeżona. Jest trwaniem jak góry, morze i niebo. Natomiast ta druga przychodzi, zawsze bez ostrzeżenia. Nie puka, nie wchodzi przez drzwi, bo już jest z nami, zanim zdążymy się ruszyć. Nie da się jej zapisać w kalendarzu, bo kiedy próbujemy to zrobić, już jest przeszłością. A jednak to ona nas ogarnia, kiedy patrzymy przez okno i nie wiemy, czy to deszcz, czy tylko światło tak się rozlało. Czasem wydaje się łaskawa, bo pachnie obietnicą, a czasem jest jak kamień w bucie, którego nie możemy wyjąć, bo już na nic nie mamy siły. Zawsze jest z nami: wtedy, gdy myślimy o tym co było i wtedy, gdy boimy się tego, co będzie, choć mamy nadzieję, że to nas jakoś ominie. Na różne sposoby próbujemy ją uchwycić. Znaczna większość robi to jednym pstryknięciem przy pomocy aparatów fotograficznych i smartfonów, natomiast niewielka mniejszość przy pomocy pióra czy innego pisarskiego narzędzia poświęca jednej chwili wiele słów. Na przykład u Prousta jedna sekunda rozciąga się na dziesiątki stron refleksji, gdzie teraźniejszość jest jak poseł wysłany od tego, co już zniknęło, do tego, co dopiero ma zniknąć; jest zarazem dzieckiem wspomnienia i matką nadziei. Czy można zatem uchwycić chwilę? W literaturze dwie koncepcje czasu przeciwstawiają się sobie: jedna rekonstruuje ciągłość czasu, a druga ją dekonstruuje.  Jedna i druga na swój sposób ukazują, jak zegar tyka i jak to dotyka człowieka.

Próbujemy dotknąć rzeczywistości, przeczuwając, że jest to możliwe tylko w teraźniejszości; trwonimy nasz czas goniąc czas. Tyrania teraźniejszości przekształciła nas w „żonglerów” oszołomionych możliwościami spędzania czasu. Współczesność ciągle przyśpiesza. Chodzi tutaj nie tyle o coraz szybsze pojazdy, ale przede wszystkim o przyśpieszenie techniczne, rytmu życia oraz zmian społecznych. Paradoksem nowoczesności jest to, że postęp techniczny, choć teoretycznie powinien ograniczyć nasz czas pracy i zwiększyć czas wolny, tak zmodyfikował dominującą kulturę, że człowiek, wyczerpany usiłowaniem korzystania ze wszystkiego, co oferuje współczesny świat, coraz bardziej odczuwa brak czasu. Sztuczna inteligencja nie wyręcza nas w sprzątaniu, prasowaniu i gotowaniu, natomiast sprawnie pisze książki, maluje obrazy i komponuje muzykę. Problem dostrzegli hollywoodzcy scenarzyści, więc podjęli akcję protestacyjną, by człowiek nadal był człowiekiem, a nie tylko dodatkiem do maszyn, wykonującym żmudne czynności.

Może zatem warto nie tylko zwolnić, ale zatrzymać się? Można wtedy poczuć obecność czegoś pierwotnego, jakby czas przysiadł obok nas i westchnął.  Nie będzie pytań, nie będzie więc odpowiedzi. Ale będzie zgoda. Zgoda na to, że nie wszystko musimy zrozumieć, że piękno nie zawsze krzyczy, a życie w najczystszej formie jest właśnie tym: ulotną chwilą, która nie potrzebuje imienia.  

Obraz: Caspar David Friedrich: „Ziehende Wolken”

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *