Okamgnienie

Autor: Monika Karpowicz
Słowa
23 Sie 2019
Brak komentarzy

Kolej ma wiele wspólnego z kanalizacją. Przemieszczanie się kiszkami  linii kolejowych ma w sobie coś z ceremoniału, jakim jest poddawanie się prawom fizjologii. Tory przebiegają zazwyczaj po wstydliwych obrzeżach miast, na tyłach centrów, wśród kurników, przybudówek, obok drewutni, zasypanych śmieciami ogródków działkowych i oblepionych smogiem fabrycznych budynków. Nie bez powodu zawrotną prędkość pociągu poznamy dopiero, gdy zajrzymy w otwór muszli wagonowej toalety. Nie bez powodu też mieszkańcy mijanych miejscowości oddają mocz stojąc lub kucając przodem do torów, tyłem do miasta. Przyłapani na tej czynności przez pasażerów patrzących z okien pociągu, nie czują skrępowania. Podróżni pochodzą bowiem z innego wymiaru, są związani z dworcem wyjazdowym i docelowym, sama zaś podróż jest tylko rodzajem letargu umysłu i ciała, niesionego w przestrzeni z punktu A do punktu B.

Podróżowanie koleją wiąże się dla mnie z przyjemnością podglądacza i kolonizatora. Przełamuję letarg próbując nawiązać kontakt wzrokowy z dziećmi machającymi do podróżnych z kolejowego przejazdu, z zaczerwienionymi od upału plażowiczami, którzy złożyli swe ciała na nadrzecznej skarpie i słysząc stukot pociągu unoszą głowy. Zawłaszczam ich obraz i zachowuję go, aby odtworzyć w dowolnej chwili. Stają się moją własnością, bo utkwili w mojej pamięci.

– Będą wolni, gdy o nich zapomnę – myślę, a pociąg w upalne popołudnie niesie mnie przez krzewy bzu, w cieniu opuszczonych wież ciśnień i drewnianych willi podwarszawskich letnisk. Wjeżdżamy na małą stację o skrzydlatym dachu z napisem „Kobyłka”. Zaraz zaczyna się centrum i w słońcu falują blaszane dachy kamienic. Na balkonie jednej z nich widzę duży szyld z napisem „Helios” i półkolem pomarańczowego słońca na tle czarnego pleksiglasu. Zrywam się z miejsca.

Ponad dekadę wcześniej taki szyld zawisł na dziewiętnastowiecznej kamienicy w centrum mojego miasteczka. Kto żyw, szedł zobaczyć pierwszy dom towarowy handlujący zagranicznym dobrem po tak długim czasie pustych sklepowych półek. Szły bezrobotne, bo przybyły z daleka biznesmen oferował pracę w szwalni garniturów. Na parterze kamienicy w nużącym szumie rzędy kobiet przesuwały sztuczną tkaninę w tę i z powrotem pod stopkami maszyn. Wśród nich moja matka, wdzięczna za otrzymaną szansę zarobku, myślami błądząca przy mnie, jedynaczce marzącej o filologicznych studiach.

Pewnego dnia gruby pan Sławek, właściciel szwalni i sklepu powiedział pracownicom, że interes źle idzie, elanowe garnitury nie mają już zbytu, a na nową partię tkanin nie ma pieniędzy. Dom towarowy w takiej mieścinie przyciąga więcej gapiów, niż kupujących. Mama wróciła do domu przygnębiona, bo zżyła się z koleżankami, a pieniądze z szycia pozwalały nam przetrwać od pierwszego do pierwszego.

Nazajutrz wcale nie wróciła z pracy. Poszłam jej szukać i w centrum miasteczka zobaczyłam zbiegowisko, a w nim znajome twarze dzieci, mężów i rodziców innych szwaczek. Na balkonie nie było szyldu, drzwi kamienicy stały otworem. Nie było maszyn, towarów, sklepowych półek. Na schodach leżały ścinki szarej elany.

Od tego czasu nie widziałam mojej matki. Nikt z rodzin nie zobaczył już szwaczek i ekspedientek z „Heliosa”. Razem z nimi zniknął też pan Sławek.  Milicjanci świeżo przedzierzgnięci w policjantów byli jak nowo wyklute owady – zbyt senni i oszołomieni, aby szybko zareagować na dziwne zaginięcie. Sprawę wkrótce umorzono. Następne dziesięć lat spędziliśmy wpatrując się w słuchawki telefonów, które nie zadzwoniły i w skrzynki pocztowe, które nie zapełniły się listami z odpowiedzią na pytanie: dlaczego?

Teraz pociągam za hamulec bezpieczeństwa i pociąg staje jak wryty. Upadam, sypiąc książkami z rozchylonej torby. Nie ma znaczenia, że w Warszawie czeka na mnie egzaminujący profesor, że mogę zawalić studia, tę filologię, którą z trudem zafundowała mi ciotka, chcąc zrekompensować mi nagłe sieroctwo i nastoletnie lata spędzone bez mamy.

Wyskakuję na następnej kobyłczańskiej stacyjce. Biegnę ulicami potykając się o zalane żółtym światłem chodniki. Jest! Balkon, szyld z oranżową półkulą słoneczną. Przy krawężniku stoi mercedes, szczupły  mężczyzna opiera się o szybę pośladkami, przyciskając do ucha cegłę komórki. Siwe włosy, subtelna opalenizna, niebieskie oczy pana Sławka. Pan Sławek… Dziesięć lat później nie nosi już kreszowego dresu,  szczupłość postaci i nienagannie uszyty garnitur prawie mnie zmyliły. Zatopiony w rozmowie biznesmen prześlizguje po mnie wzrokiem, nie poznając. Wbiegam na parter kamienicy i wstępuję w szum nowoczesnych overlocków. W rogu nad maszyną widzę przygarbione plecy z pęczkiem końskiego ogona między łopatkami.

– Mamo! Mama! Mamusia! Jesteś siwa! – wybucham krzykiem, który zagłusza hałas panujący w szwalni i odrywa od pracy postarzałe, ale wciąż znajome sylwetki kobiet.

– Od rana miałyśmy nosy spuszczone na kwintę, szef nagadał przecież, że będzie zamykał, że bieda i ten materiał dziadowski, którego miał pełno w magazynie. Wszystkie myślałyśmy tylko o pracy. Która by przeczuła, że coś takiego się stanie? – mama opowiada, a ja chłonę jej słowa, usadzona przez nią na kanapie w małym mieszkanku, w którym spędziła z dala ode mnie dziesięć lat. – W południe szedł pociąg, ten na Warszawę Wschodnią. Trochę przyhamował, ludzie z okien wyglądali na miasto, patrzyli po kamienicach jak zwykle, zaglądali w okna szwalni. Nagle – łup! Ciemno się zrobiło, wszystkieśmy zdjęły nogi z pedałów. Cicho, ciemno, żadna nie odzywa się, ale wiem, że są, bo czuję. Poczekałyśmy trochę i zaraz jedna za drugą wstaje, maca drogę, szuka drzwi czy okna. Otwarte! A za nimi ciemność taka, że nie dasz, córcia, wiary. Trochę to jeszcze potrwało. I nagle siedzimy znów przy maszynach wszystkie w komplecie, słońce za oknami, gruby Sławek na krześle w kącie  wytrzeszcza oczy ze zdziwienia. Wstajemy, podchodzimy do okien, a za nimi miasto. Ale nie nasze, tylko zupełnie inne. Ratusz obcy, dziwny kościół, taki rozkraczony, szeroki. Wyszłyśmy na ulicę i patrzymy, nasza szwalnia w jakiejś kamienicy, ale całkiem innej. Zaraz obstąpili nas ludzie i mówią: pani Halinko, pani Teresko, co to, interes stanął, Sławek was wyrzucił, czy co, albo może strajkujecie, Solidarność zakładacie, dość macie garniturów? A dla mnie tylko jedno po głowie chodzi: skąd ci obcy ludzie wiedzą, że mam Halina na imię? I skąd znają Teresę, Iwonę, Lucynkę Nawrocką? Zawróciłyśmy do szwalni, siadamy, żadna gęby nie otwiera. W końcu mówi Iwona:

– Śniło mi się, że w Sokółce mieszkam. Ale to był tylko sen. Ja widocznie mieszkam tutaj, a tamtego nie ma.

I my, córcia, tak jakoś powoli zaczęłyśmy życie od nowa, bo tamto było tak niemożliwe, że nie mogło się stać. A jak nie mogło, to się nie stało. Wiesz, dziecko, to było całkiem tak, jakby ktoś z pociągu oczami mrugnął i nas w tych swoich oczach zamknął, a potem mrugnął znowu i wypuścił nas daleko, daleko od domów.

Przykładam policzek do wnętrza maminej dłoni. Obiecuję sobie, że już nigdy nie wsiądę do pociągu. Chyba, że z zawiązanymi oczami.

 

 

 

 

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *