Ostatni dzień lata i korona na głowie.
/ fragmenty listu od Miszy Kowalskiego /
Południe Francji – wszystko tonie w słońcu – fontanny wyrzucają w niebo tony wody. Otwarte okna,
oczy Afroamerykanek w otwartych samochodach. Biały kamień niesamowitej architektury ,,Art Deco”.
Tłum wiwatujący pod hotelem na cześć gwiazdy sportu – za rogiem bójka kloszardów z Arabami.
Kalejdoskop kolorów marynarzy z całego świata. Ogrom ludzi normalnych – a Ty się robisz
nienormalny, bo dziewczyny mają takie oczy i tak uśmiechają się do Ciebie, że ja już dwa razy się
nabrałem, przyjmując to jak zaproszenie do różańca. Nad wszystkim boska muzyka radia ,,Monte
Carlo”. W porcie zadomowił się obcy pancernik. Marynarze przybrali go karnawałowo – odbicie tysięcy
lampek tańczy na wodzie kolorowego kankana. Brawo! Młodziany dodadzą atrakcyjności zabawie – a
Ty, jaki Ty by nie był, szukaj tego kolosa – jesteś Człowiekiem i też jak wszyscy na święto czekasz. To
ludzki świat. Czeka nierealny dla mnie, tylko morze jest prawdziwe. Gigantyczny…miesza kolory ze
słonecznym blaskiem wszystkie odcienie błękitu. Kamienie są ciepłe. W słońcu kąpią się kobiety.
Jedynym ich odzieniem są dwa skrzyżowane skrawki materiału zawieszone pod pępkiem. Między
nagimi piersiami wiszą malusieńkie radia, których słuchają z zamkniętymi oczami. Jednak prawdziwy
prezent świąteczny będę miał wieczorem. Nigdzie nie widziałem tyle piękna na raz. Zawsze myślałem,
że to Paryż i Pola Elizejskie w wieczór Sylwestrowy, tylko że tam zimno, a ludzie są ubrani, bawią się
szampanem i pięknem chwili.
Jechaliśmy wzdłuż kamiennej linii brzegu. Taksówkarz prowadził dość szybko, tak jakby starał się
dogonić północ, która minęła kilka minut temu. Uwięzione nocą miasto zdawało się żyć po kryjomu.
Latarnie niepewnie odkrywały kolory kamienic a języki ich światła, wpełzały ostrożnie w ciemne i
wąskie zaułki. Wspinaliśmy się ostrymi łukami na szczyt wzgórza, po czym opadliśmy nieco łagodniej
w dół, tam gdzie morze rozlało się wąską przystanią zatoczki. Liczne łodzie przywarły do siebie
bliskością i zdawały się drzemać uśpione ruchem fal. Księżyc strzelał blaskiem i przeglądał się w
poszarpanym, wodnym lustrze. Znowu wznosiliśmy się do góry, tym razem co raz wyżej. Dostrzegłem,
że pochylone, kamienne zbocza były najeżone domami jak ogromny jeż. Ziemia dźwigała nie tylko
masywne skały, ale też i śpiących już mieszkańców. W końcu zatrzymaliśmy się przed niewielką,
drewnianą furtką, która zdawała się być wydrążoną bramą do wnętrza tej pionowej, jasnej góry.
Samochód odjechał, szeleszcząc kołami. Misza zdjął łańcuch i znaleźliśmy się w jego pracowni. Było
to niewielkie pomieszczenie o surowych, cementowych ścianach. Na stoliku leżały pomarszczone
tubki farb, wszędzie walały się stare, podniszczone przedmioty, zegary, płyty winylowe, metalowe
części rowerowe, pędzle malarskie, wnętrzności adaptera i radia, resztki kawy pokrywały
niedokończony obraz, który czekał na swoje ostateczne narodzenie. Pomimo że nie paliło się światło,
dostrzegłem rozmazaną wizję morskiego krajobrazu.
– Nie tworzę sztuki, która oddaje naturalne piękno przedmiotu. Dla mnie malarstwo jest jak
poezja, a ja właśnie tak widzę to morze, które tak podziwiałeś i które nadal, mam nadzieję,
będziesz podziwiał z łóżka.
Potem Misza wdrapał się po metalowej drabinie aż pod sufit, który rozsunął, zdejmując fragment
przeźroczystej, plastikowej osłony. Do pomieszczenia wlała się mieszanka światła, zrobiło się jaśniej a
zza drewnianej draperii wyjrzały kolejne, tajemnicze kształty. Była to osobliwa kompozycja rzeczy
ocalałych z żywiołu porzucenia. Części z nich pozbywano się na śmietnikach, w niewidocznych
zaułkach, w bezimiennych światach zapomnienia.
Tu, kobiety idą nadmorską promenadą w pełnym majestacie, aby świętować – to chyba tradycja.
Fryzury ubrane kwiatami, zapach róż miesza się ze spalenizną benzyny i perfumami, biżuteria i
dekolty do pupy, wyprostowane jak świece. Na całej szerokości bulwaru i w nieskończoność, gdzie
morze i pomarańcz zapadającego się słońca. Tego nie da się opisać i można tylko stać ze zdjętym
kapeluszem. Kim by Ty nie był: czyścibut z Odessy czy oficer amerykańskiego pancernika – kapelusz
śnieżno-biały, bo przechowywał jego w podwójnym worku foliowym, żeby zademonstrować
żabojadom, na Promenadzie nadmorskiej.
Zaraz też oni pokazują, kto tym światem rządzi – dla tego się rodzą. Przeciwko nim nie ma mocnych!
Jakie tam pancerniki! Z tym jeszcze da się powalczyć. Do końca tej ulicy nie dojdziesz i staniesz się
niewolnikiem.
To oddziałuje jak hipnoza, ten Amerykanin już wygląda jak okrętowy kucharz, który w białej kamizelce
wydostał się na światło dzienne i tylko mruga oczkami. Ta ulica wprost promieniuje dziwnym blaskiem.
Z początku nie mogą zrozumieć o co, w tym wszystkim chodzi. Jasne, że u Francuzów artystyczność
we krwi. Z tysiąca jednej pary bucików potrafią wybrać swoje bez pudła!
– Jestem tu radosny życiem, mam wszystko czego potrzebuje człowiek, a przede wszystkim
komfort bycia sobą. To niebywałe szczęście.
Było późno. Postanowiliśmy iść spać. Dla mnie przypadł „apartament na górze”, w tym celu
powędrowałem po drabinie i wyłuskałem się ostrożnie na zewnątrz. Znalazłem się na dachu. Przede
mną rozciągała się blada przestrzeń nocy. Pod stopami chlupotało morze, a zwisające pędy jakiejś
rośliny próbowały łaskotać moje plecy. Westchnąłem niepewnie i położyłem się na materacu, który
spoczywał zapraszająco na skalnej półce. Zdjąłem trampki, zrzuciłem marynarkę i ubrałem bluzę z
kapturem. Okolica szeptała pieśń do snu, a ja w końcu poddałem się jej naciskom, zasypiając gdzieś
pomiędzy marzeniami i obawą o to, czy jest tu łazienka.
Ranek wbił się w moją świadomość wrzeniem ulicy, która ożyła wraz ze ślizgającym się po zboczu
słońcem. Potok samochodów, motocykli i skuterów zerwał ostatnią nić ze snem. Dwie mrówki
wspinały się po szarości ściany. Przez otwór w mojej podłodze, wyszeptałem jego imię. Dźwignął się z
jękiem łóżka, które podwieszone do sufitu ożyło jego ruchem. Spomiędzy długich, siwiejących włosów
dostrzegłem jego twarz. Upewniłem się, że pomimo dwóch lat od jego wyjazdu pozostał wyglądem tą
samą niezwykłą postacią.
– Ja myślałem, że będziesz zachwycony tym nietypowym apartamentem i że my wspólnie
będziemy na tym dachu tworzyć najwspanialsze dzieła. Napijemy się kawy i zaraz pogadamy o
sztuce i wielkich sprawach świata.
Maria Callas podążała w życiu nie za forsą, chciała, aby ludzie byli wyprostowani.
Kiedyś tam Paryż padł, a Kozaki wchodzili do podbitego miasta, to Francuzi najbardziej byli zdziwieni
wyglądem najeźdźców – ,,Ich ubiór nie ma blasku”. Odpowiedź była prosta – ,,Dla nas blask w
Swieczestwie – nie w pracowni krawca”.
Wypiliśmy kawę na dachu pracowni i postanowiliśmy pójść na spacer. Zeszliśmy w dół miasta, klucząc
w wąskich uliczkach. Misza prowadził swój wiekowy rower z silnikiem, który wzbudzał zainteresowanie
przechodniów.
– Ten rower zawsze przyciągał większą uwagę niż moje malarstwo. Niestety, miało ono zawsze
więcej wad niż zalet, a to co dotychczas namalowałem to tylko droga do mojego celu, którym
jest namalowanie wody tak, aby to nie była farba, tylko czysta woda, podobnie jak Modigliani,
który malował puste oczy, ale pełne wyrazu.
Słońce wtoczyło się wyżej, podczas gdy my schodziliśmy nadal stromym uskokiem w dół. Na jednym
ze śmietników znaleźliśmy dwa fotele. Były piękne. Misza postanowił je przygarnąć, umieścił je
sprytnie jeden na drugim i przywiązał starannie do kierownicy, potem ruszył w górę asfaltową drogą, a
ja zdecydowałem się zostać nad morzem i poczytać.
Po dwóch godzinach spotkaliśmy się na przystanku autobusowym i pojechaliśmy do starej części
Nicei, gdzie od razu przywitała nas burza. Niebo chlusnęło deszczem i cały świat zniknął za ścianą
wody. Jej szerokie strumienie spiły żar z chodników i pomknęły niecierpliwym nurtem gdzieś w
tajemnicze, podziemne trzewia. Po kwadransie ulice znowu wrzały energią i jedynym śladem po
niedawnym deszczu, były mokre buty.
Kiedy rano siedziałem w kawiarni, ludzie okazywali sobie serdeczność i pozwalali sobie na bycie
otwartymi. Witali się w uściskach, jak dawno nie widziana rodzina, byli przy tym zabawnie głośni i
podekscytowani. Później dokładnie ten sam obraz widziałem przez kolejne dni. Zastanawiałem się
dlaczego w naszym społeczeństwie jest to takie trudne. Owszem, znane są nam wszystkim te
narodowo-uciemiężone historie, ale czy naprawdę to takie skomplikowane, żeby się uśmiechać do
siebie. Może chodzi tu o lęk przed byciem radosnym, bo co inni na to powiedzą, jak przyjmą nasze
prozaiczne zadowolenie z codzienności, z życia, bo przecież trzeba narzekać, wzdychać, ogólnie-
narodowo cierpieć na twarzy i dźwigać jakieś nienazwane grzechy. Nie wiem. Nie znam się na
poczuciu winy. Postanowiłem też się uśmiechać i przekręciłem sobie parę śrubek w swoim
precyzyjnym mechanizmie własnej psychiki. Od razu poczułem się lepiej. Postaram się, aby tak
zostało mi do końca.
– W ogóle nie nazywam obrazów. Uważam je za niedoskonałe. I w ogóle ich nie podpisuję. Raz
tylko podpisałem jeden obraz na wystawie w Odessie i żałuję, że mojej matki przy tym nie było,
może bym jej nieco ulżył w tym cierpieniu, jakie swoim postępowaniem przyniosłem.
O sztuce wiem tyle, że im gorszy obraz, tym lepiej wygląda na zdjęciu i odwrotnie, im lepszy,
tym na fotografii wygląda paskudniej. A już w ogóle nie rozumiem artystów, którzy do
właściciela galerii przychodzą z własnym katalogiem. To profanacja samego siebie.
Drugiego dnia siedzieliśmy na dachu. Misza znowu malował morze. Próbowałem nakłonić go do
malowania ludzi, co moim zdaniem robił idealnie. Można powiedzieć, że w rysunku obnażał ludzkie
wnętrze, to najtroskliwiej skrywane. I nie wiem dlaczego, ale często w spojrzeniach tych postaci
wyzierało zło, głupota, jakaś linia hipokryzji. Ciekawe, ile trzeba zużyć kresek, aby tak umiejętnie
portretować naszą ułomność bądź piękno. Morze parowało świeżością. Z nieba wylewał się strumień
gorąca, z brzucha przelatującego samolotu odbiło się światło i przez moment ogarnęła mnie tęsknota
za domem.
– Niech ci będzie. Masz rację, porzucam swoją obłędną fiksację malowania wody i wracam do
ludzkich twarzy. Obiecuję, że każdego dnia namaluję jedną twarzyczkę, pełno ich tu takich
zagubionych i powykręcanych.
Później jedliśmy kolację. Mała restauracja nad morzem, gdzie przechadzały się tłumy. Powietrze
nasączone głosami i zapachami potraw. Misza zamówił zupę cebulową i frytki. Ja zjadłem słodkie
tiramisu. Bardzo dobre.
– Godność to najdroższa rzecz na świecie. Ludzie wydają fortunę, żeby przywrócić w sobie
piękno, a i tak te wysiłki są beznadziejne. Można błyskotką odwrócić przez moment uwagę, ale
nie da się oszukać duszy. Im mniej w nas człowieka, tym więcej teatru na zewnątrz.
Polacy są ładnym narodem. Moda Polek nie jest mitem. Znam to – podziwiałem. Zakochanym byłem,
tylko że to jak z zimnymi ogniami, boisz się, że Cię oślepią, a to nie będzie nawet bolało. Boli mnie
tylko, dlaczego to tak szybko przeminęło. Chyba odpowiedź też jest prosta – w niewłaściwy sposób
tego blasku szukano. A wielkie piękno, którym obdarowała mnie Maria Callas nie przeminie nigdy. To
jak słońce – świeci Tobie i Ty żyjesz. Tobie tego też życzę. Niech Bóg przedłuży Twe lata. A kiedy
będziesz już wiedział, że idziesz do Nieba, uproś Pana, aby poprowadził Cię tam promenadą
Francuskiej Riwiery w wieczór Sylwestrowy.
Reszta już może nie istnieć. Tylko to. Wystarczy. Bonne Annie!
A ja idę malować.