Podglądactwo

Autor: Aleksandra Uzarska
Słowa
05 Paź 2018
Brak komentarzy

Przypadłość nieuleczalnego podglądactwa

 

Jednym z powodów dla których zazwyczaj wybieram komunikację miejską zamiast samochodu, pomijając niepokój związany ze skrętami w lewo i skrzyżowaniami równorzędnymi, jest okazja uczestniczenia w pewnej zbiorowej codzienności, którą dostarczają nam autobusy i pociągi miejskie. Mimo wszystkich przeciwności i niedogodności, które nierozłącznie od zawsze związane są z publicznym transportem, niemalże codziennie podbiegam na ten ostatni autobus, którym to zdążę na ostatni pociąg, który to dowiezie mnie na miejsce na ostatnią chwilę, kiedy spóźnienie jeszcze jest w granicach małej wpadki a nie żenady i afrontu.

To, czego nie jest w stanie zapewnić mi jazda samochodem, to doświadczanie rzeczywistości innych ludzi, które splatają się w swoich orbitach właśnie w autobusie. Sunąc po dziurach w spóźnionym Mercedesie nie jestem tylko sobą, czuję się po części każdym innym pasażerem, z którym dzielę ten fragment swojego życia. Myślę o tych wszystkich domach, spotkaniach, wizytach u lekarza, lekcjach na które jedziemy i zanurzam się w rozlanej atmosferze znużonego pośpiechu, który od prawdziwego pośpiechu różni się pewnego rodzaju niedbałością i brakiem zaangażowania, bo wynika raczej z poczucia niechcianego obowiązku i przyzwyczajenia. Jest to myśl o tym, że jeżeli teraz się spóźnię, to ten dzień, i następny dzień, i każdy kolejny dzień będzie wyglądał zupełnie tak samo, gdybym dzisiaj się jednak nie spóźniła, ale wiadomo, że lepiej być na czas. Taka świadomość towarzyszy mi zazwyczaj w drodze do stałych punktów kontrolnych codzienności, kiedy wiem, że mój wszechświat nie zachwieje się od spóźnienia, a mimo to czuję jak snuje się za mną pewna przyzwoitość utrzymywania pozorów – i wtedy właśnie dolewam do autobusowego mikrokosmosu mój własny znużony pośpiech.

Zanurzam palce w autentyczności zbiorowego transportu, gdzie znajdujemy się na wspólnej scenie bez świadomości trwającego właśnie spektaklu. Całą sobą nieświadomie angażuję się we własną rolę, kiedy kawa z kubka termicznego boleśnie parzy mi wargi przy hamowaniu. I zakochuję się po kolei w doskonałej grze aktorskiej każdego psa emeryta, który dyszy pod siedzeniem, bo warto wiedzieć, że pies emeryta to osobna rasa psa, inna niż zwykły, zadbany kundelek, czy poszarpany kundel, czy tym bardziej pies rasowy. Psy te całym swoim umaszczeniem i osobowością dostosowane są do kamuflażu w betonowych tropikach, przez które z pewną nonszalancją przemierzają na krótkich nogach, ubrane w przekrzywione szelki lub wypłowiałą czerwoną obrożę, która zgodnie z obyczajami odpędza uroki. Zapach takiego psa w deszczowy dzień jest jedną z wielu nut aromatu skondesowanej przeciętności, tuż obok woni warzywniaka i piątkowej ryby w siatce, skacowanego oddechu, ostrego, letniego potu i kwiatowej mgiełki do ciała, która unosi się za młodymi kobietami.

Obserwuję ten chaotyczny splot zamyśleń, gestów i ciężkiego znudzenia, i ponownie nie potrafię wyjść z podziwu dla prostoty z jaką zderzają się światy w prozaicznych okolicznościach podróży w tym samym kierunku. Mogłabym jechać samochodem, ale czy dowiedziałabym się wtedy, że niektórzy nie mogą jechać tyłem do kierunku jazdy, a przy oknie przewiewa im ucho? Wtedy właśnie razem przeżywamy to ucho, jadąc w upale przy zamkniętych oknach, złoszcząc przy tym się na zakłócenia w naszym programie, który przewidywał przewiew i odrobinę wiatru we włosach, a został przerwany przez zbiorowe zapalenie ucha. Zastanawiam się, jak wiele razy podróż autobusem uchroniła mnie przed karygodną ignorancją, pozwalając mi doświadczyć bycia matką uciszającą krzyki dziecka, młodym mężczyzną z głośnikiem w telefonie, ze starannie dobraną selekcją muzyki na karcie pamięci, starszą panią czy właśnie człowiekiem z problemami natury laryngologicznej.

Nie wiem, na ile przebywanie w tym panoptikum osobowości rzeczywiście wzbogaca mnie, czy też uczy trudnej sztuki koegzystencji, być może jedyną zdolnością nabytą na drodze wspólnego przebywania, jest potoczny savoir vivre życia codziennego, czyli kiedy ustąpić miejsca, a kiedy przepchnąć się łokciem oraz które sytuacje wymagają jasnego grymasu zbiorowego zgorszenia, a które taktownej obojętności. Myślę jednak, że przede wszystkim współprzeżywanie podróży w takim splocie osobliwości zaspokaja naturalne dla mnie podglądactwo. Mogę z pozycji niemalże niewidzialnej obserwować naturalne środowisko współpasażerów spowite aurą anonimowości i wyczekiwać, jak z każdym kolejnym przystankiem coraz bardziej się obnażają.

Mogłabym przenieść swoje wojerystyczne skłonności na portale plotkarskie i tam realizować potrzebę cichego uczestniczenia w życiu innych, jednak wielkie rozwody nie zaspokajają mojej tęsknoty za autentycznością nawet w połowie tak dobrze jak kłótnia o miejsce przy kierowcy. Subtelny powab palety szarości, która składa się na krajobraz mojej codzienności wygrywa z jaskrawymi bohomazami życia celebrytów, być może dlatego, że przesada działa na mnie przytłaczająco, a wielkie emocje i uniesienia zawsze wydają mi się trochę za mało adekwatne.

Unikając przepychu doświadczeń zwracam się więc z odą dla psów sapiących pod siedzeniami i siatek z targu królewsko rozłożonych na siedzeniu, jako ambasadorów autentyczności i współczesnej sielanki, które pozwalają mi w pełni zaspokajać naturalne wścibstwo. Przecież najpełniejsza forma podglądactwa zawiera się właśnie w czynności tak intymnej, jak współprzeżywanie najbliższej rzeczywistości.

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *