Uroki pospolitego nieróbstwa

Autor: Aleksandra Uzarska
Słowa
02 Wrz 2018
Brak komentarzy

          Jeżeli miałabym wymienić jedne z najbardziej perwersyjnych przyjemności w moim życiu, to oprócz posmaku aspartamu w coli zero, wymieniłabym także bezkompromisowe, perfidne i wręcz wulgarne marnowanie czasu. Warto w tym miejscu wyjaśnić, że źródłem przyjemności nie jest wykonywana w danym momencie absurdalnie bezsensowna czynność, ale sam proces trwonienia drogocennych minut, ładnie mówiąc, per se. Już na samym wstępie mogę zaznaczyć, że można mi zwyczajnie zarzucić pospolite, głęboko zakorzenione lenistwo i przed tymi oskarżeniami nie mam nawet zamiaru się bronić, natomiast lubię wokół prozaicznych czynności budować swoją własną ideologię, bo nadaje mi ona poczucie sensu, które to z definicji sprawia, że człowiekowi się po prostu bardziej chce. Być może, podążając tym tokiem myślenia, dlatego właśnie tak bardzo chce mi się marnować czas, co prawdopodobnie powinno skłonić mnie do refleksji, ale ostatnio staram się ograniczyć myślenie.
Mimo narzuconych sobie zasad, nie potrafię jednak powstrzymać swojej dociekliwej natury, więc dopuściłam się pewnej niekonsekwencji i postanowiłam wnikliwie przeanalizować co może kryć się za tym zamiłowaniem do próżniactwa. I moje odkrycie było nie tyle szokujące, co wzniosłe, bo pod tym intensywnym, całodziennym leżeniem na plecach nie kryje się nic innego jak romantyczny bunt. Ja podążam śladami Konrada i pluję w twarz. Komu? Wszystkim. Jak Konrad przeciw Bogu Ojcu, tak i ja buntuję się: przeciw bogom fitnessu, bogom rozwoju osobistego, bogom telewizji śniadaniowej i całej
reszcie bogów, którzy wmawiają mi że mogę, a co więcej, muszę, ale przede wszystkim buntuję się przeciwko sobie. I w ten oto sposób siedzę na kanapie o godzinie jedenastej, popijam kawę i śmieję się w twarz kobiecie, która mówi mi, że jeszcze będę mieć sexi dupcie i płaski brzuszek na wakacje, ale muszę zacząć już dzisiaj z jej nowym programem ćwiczeniowym. Słucham z nieukrywanym cynizmem opowieści aktorek o tym jak wróciły do formy po ciąży i że ledwo mają czas między siłownią, planem filmowym, a
obserwowaniem niani na kamerach. Ona się ledwo wyrabia, a ja mam mały zapas czasu, który rozlewam w piach i ani myślę się z nią podzielić.
Mam serdecznie dość wmawiania mi, że muszę się ze wszystkim śpieszyć, by móc się wbić w ciasne ramy sukcesu. Zresztą, uważam, że sukces w następnym sezonie już będzie passé, więc tym bardziej nie warto za nim gonić. W związku z tym, kiedy już mam czas prywatny, z którego nie okradły mnie średnio ambitne studia i praca, którą większość oceniłaby na niższą półkę przeciętności, a którą to ja bardzo lubię, to ja ten czas bezczelnie trwonię. Biorę kubek kawy, wychodzę na balkon, rozkładam się na krześle i obserwuję bufet dla ptaków, który zorganizowała moja mama. Siedzę i macham nogami, a wiatr mnie smyra po piętach i myślę sobie wtedy, że ja to naprawdę lubię kawę i taki lekki wiaterek właśnie. Czasem mi przez głowę przejdzie któryś z tych wielkich filozofów, który w swoich refleksjach zawarł nawet jakąś treść, a jedyne, co ja jestem w stanie z siebie wypocić, to właśnie to, że lubię ciepły wiatr. Myślę o tym, że ktoś być może zapłaciłby mi fortunę za ten czas, który tak beztrosko marnuję czekając aż przyleci okoliczna sójka. Ale zresztą, co ja bym zrobiła z fortuną.  Moich drobniaków nie umiem sensownie rozplanować na przestrzeni miesiąca, więc na razie nie ma co się brać za fortuny.
Przypominają mi się wszyscy ludzie, którzy oczekiwaliby ode mnie, że coś w tym czasie powinnam robić. Chciałabym nawet zobaczyć ich miny, zgorszone tym nieskrępowanym próżniactwem. Delektuję się tym, że nikt mnie nie może w danym momencie dosięgnąć i zagonić do rzeczy, których ja wcale robić nie chcę, a do których przez większość czasu czuję się przymuszona.

        Byłabym jednak bardzo niesprawiedliwa przypisując całą tę presję telewizji śniadaniowej i trenerom rozwoju osobistego. Ostatecznie jest to przed wszystkim bunt przeciwko mnie samej, bo nikt inny mnie tak nie dręczy utopijnymi wizjami produktywności jak ja sama siebie. Być może właśnie dlatego marnowanie czasu jest dla mnie tak rozkoszne, bo są to chwile, w których udaje mi się uciec przed tą najbardziej opresyjną wersją siebie, generałem mojego wnętrza, który nieustannie z daleka wykrzykuje rozkazy. Oglądanie telewizji do dwunastej w południe ma smak długo wyczekiwanej dezercji prosto z linii frontu, gdzie było się pod ciągłym ostrzałem własnych wymagań i wyobrażonych oczekiwań innych. Jest to ucieczka prosto w chaos, jaki stanowi nieskrępowany żadnymi ramami czas, którego już nie można odmierzyć, wyznaczyć, przeznaczyć na cokolwiek, a któremu pozwala się po prostu płynąć. I w ten sposób siedzę i zachwycam się tą odrobinę dla mnie nierealną lekkością nierobienia niczego, która unosi mnie kilka centymetrów ponad glebę ubitą z rozmaitych zobowiązań.
Mogłabym w tym czasie robić coś, co jest jednocześnie przyjemne i w jakimś stopniu rozwijające. Ale to właśnie ta abstrakcja jaką niesie w sobie absolutna bezużyteczność wykonywanej czynności jest głównym nośnikiem przyjemności. Element organizowania wolnego czasu pozbawia go całej tej egzotyki, dzikości ukrytej pod pozorną warstwą spokoju. Zaplanowana przyjemność jest jak spacer po zadbanym
ogrodzie, podczas gdy niekontrolowane nieróbstwo przypomina szwendanie się po łące. Po wielu godzinach błądzenia w ogrodach, doszłam do wniosku, że warto czasem przejść się na łąkę.

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *