Zorań w Belgradzie
Rano tafla lotniska lśni świeżym deszczem. Jest piątek. Dookoła mnie twarze, mnogość oblicz,
rozmyte i uśpione, różnorodnie ugrymaszone, włosy w nieładzie lub starannie ucharakteryzowany
wizerunek, pan w puchowej kurtce je bułkę, zagryza pospiesznie, łapczywie, w akompaniamencie
dynamiki lotniska, gdy tymczasem ruch się wzmaga, tężeje i nasyca ludzką energią, ciała się zderzają,
ocierają, prześlizgują i przenikają swoje terytoria. Niewidzialne ścieżki codzienności. Jeden ze
strażników, dotychczas spokojny, otrzymuje wiadomość przez krótkofalówkę. Ewakuacja lewego
skrzydła. Na chwilę jego twarz zatrzymuje się, przybiera powłokę czujności, zwierzęcej fizjologii, i dalej
bieleje instynktem podejrzliwości. Oto wróg uderzył. Uczynił to znienacka, podstępnie i zupełnie
prozaicznie. Zaatakował. Strażnik został osaczony przez ludzkie pytania, lecz on ich nie przyjmuje, za
to rozgląda się dookoła, ze skupioną uwagą, w jego oczach koncentracja, z którą penetruje każdą
szczelinę, jego zmysły ugrzęzły w zaułkach naszych cieni, my, niewolnicy jego spojrzenia. Jego wzrok
jest wszędzie. I dalej cisza.
Jednak jest rozkaz. Stop. Wszyscy stop. Zatrzymać się. My zatrzymujemy się. Bezruch. Próżnia
aktywności. Milczy lotnisko, milczy tłum, milczy strażnik. I w tym milczeniu, w napięciu i spowici
kokonem lęku, oczekujemy na wroga.
Jest.
To walizka.
Kto zostawił walizkę i dlaczego, komu przyszło do głowy w ten deszczowy i rozciągnięty poranek
zostawić walizkę w hallu. Co jest w walizce, czy jest to materiał wybuchowy, czy może sterta zużytej
bielizny, zmięta koszula i rozpuszczone czekoladki. Nie wiemy. Nikt nie wie. I teraz walizka na
powierzchni kilkuset metrów kwadratowych zatrzymuje świat. Nasz świat. Nic nie można robić. Nie ma
życia.
Walizka potencjalne narzędzie aktu terroryzmu. Mała, plastikowa struktura a w niej przestrzeń
odgradzająca nas od normalności. Jest przecież wojna. Walka człowieka z człowiekiem. Są terroryści,
niewidzialni i samotni w walce, okrojeni z praw, wyklęci i zaatakowani.
Czy jeden z tych obdartych i zdziwaczałych terrorystów przedarł się przez granice, zmylił psy, uśpił
czujność inspektorów, i w końcu zmęczony, niewyspany i zbuntowany, dotarł na nasze lotnisko, aby
zadać strategiczne uderzenie. Nie wie nikt. I nie wiedzą służby specjalne, nie wiedzą rzetelne media,
nie wiedzą nasi przywódcy o twarzach przebrzmiałych troską o nasz los, nikt nie wie.
Ale walizka jest. A my nie możemy się ruszać. I oto nagle idzie, wróg. Lecz to nie jest terrorysta. To
starsza pani, utknęłam w toalecie, tłumaczy, zasłabłam na chwilę, a oni ją prowadzą w szczelnym
kordonie, kobieta załamuje ręce i gestykuluje, idzie krokiem powolnym, jak gdyby starannie
odmierzanym, zbliżają się tak razem w kierunku otoczonej walizki. I potem odchodzą razem, kobieta w
ciemnym płaszczu, tym samym krokiem, za nią nasi dzielni strażnicy i niedoszły zamachowiec
walizka. A kobieta nie rozumie, że zostawienie walizki to atak na naszą wolność.Później czekamy. Czekamy w pokoju odpraw, czekamy w autobusie, czekamy w samolocie. I nie
wystarczy, że walizka okazała się zwyczajnym elementem podróży. Nie, to nie jest wystarczające.
Teraz inspektorzy wiedzą, że oto ta kobieta nic nie wie o wojnie, to jest niedopuszczalne. Ona
wewnętrznie trwa w stanie pokoju. Jak to jest możliwe. Gdzie jest skrojony przez media i panikę
strach, gdzie jej obywatelska, ziemska i demokratyczna egzystencja, o czym ona myśli, czyżby o
rodzinie, niebieskich migdałach, o zwyczajnych sprawach, czy ona nie rozumie, że świat w swojej
precyzyjnej machinie, odnajdzie ją wszędzie, jej myśli, odtworzy jej drogę życia, krok po kroku,
godzina po godzinie, wytropi, wydobędzie choćby z podziemi i w końcu zwycięży.
Za oknem gołębie przechadzają się w dostojnej wolności, taplają się w kałużach, lądują i wznoszą się
ponownie, przeskakują z miejsca na miejsce, trzepoczą skrzydłami zaczepiają się i ciągle gadają, o
swoich gołębich i przez to ważnych im sprawach. Patrzą ze zdziwieniem na samolot, który ryczy
silnikami od godziny i który chce już przebić przestrzeń i rozmyć się w jej nieskończonym istnieniu.
Monachium. Niestety nie zdążyłem na samolot. Obserwuję świat. Zewsząd napływają ludzie,
różnorodni, w kalejdoskopie kolorów, kształtów, wzorów i ubrań, wektory ich wędrówek przecinają się
niczym pradawne szlaki handlowe, ta mozaika twarzy żyje swoim tymczasowym rytmem, oddala się i
przybliża, zderzenia międzyludzkie wymuszają interakcje i przeciwdziałania, te z kolei następne i
kolejne, jak szyfr, jak wzorzysty dywan globalnego życia, każdy z tych ludzi niesie w swoim umyśle
zestaw twierdzeń, wątpliwości, pytań i odpowiedzi, ścierają się poglądy, antagonizują, ogniskują
spojrzenia. Są wszędzie. Ta ożywiona duchem materia kotłuje się i spina, wręcz krzyczy w niemym
ścisku, gęstnieje i rozprasza się, w niepowstrzymanym wirze, jak magma, jak wulkaniczna lawa
istnień, ta kondensacja emocji jest niczym inscenizacja, jak spektakl i widowisko, ale nagle pustka,
rozchodzą się, znikają, przenoszą swoje światy na inne kontynenty, do odległych miast, do swoich
biurek i łóżek, wchłaniani przez ociężałe grzbiety samolotów, znikają, by zaraz potem pojawić się
ponownie, w innym punkcie, witani i przeklinani.
Belgrad. Powietrze chłodne, przesycone wilgocią. Pachnie czymś zjawiskowo żywym, jakąś radością,
jakimś dziecięcym światem w mitycznym wymiarze. To fenomen zapachu. Na lotnisku czeka na mnie
Zoran. To postać wielowątkowa, skrojona na miarę wizjonera i myśliciela, w tożsamości nieco
zagubiona, w czarnych, zmierzwionych włosach i długim płaszczu. Jego oczy nieustannie się śmieją,
by po chwili zatrzymać się rozkazem duszy. Zoran jest w akcji. Zoran w swoim działaniu dąży do
przekroczenia masy krytycznej, aby później, owe składowe jego codziennej pracy, rozlały się w
globalnej rzeczywistości. Zoran stworzył międzynarodowy projekt Rastko i nadal go kontynuuje, w
każdym dniu, przez całą noc, do 5 rano, jego umysł zagłębia się w informatyczną sieć świata i
konstruuje kolejne warstwy projektu, później odchodzi od komputera, zapala ostatniego papierosa na
balkonie, wita jaskrawy poranek i żegna się ze swoją wizją. Jak wtedy, wiosną 1999 roku, gdy w
rozlanej za oknem bieli, dostrzegł obły kształt rakiety typu powietrze-ziemia, która przecinając
belgradzką przestrzeń i lecąc równolegle do placów zabaw, w towarzystwie ogona iskier i w
niebywałym pędzie uderzyła w pobliski budynek, najwyższy w Belgradzie i będący dawniej siedzibą
partii komunistycznej. Zoran zamknął drzwi balkonu i wrócił do pracy. Tak oto powstała bezpłatna,elektroniczna biblioteka, skupiająca tysiące książek, przeszło 6 tysięcy artykułów, w ponad 20
językach. Rastko buduje formację kulturową, ogniskującą się wokół narodów bałkańskich i
słowiańskich, lecz będącą jednocześnie otwartą na inne kręgi cywilizacyjne. Zoran myśli globalnie.
Później, wieczorem, w hotelowym hallu, rozmawialiśmy o człowieku w przeznaczeniu. Zoran wierzy w
wolną wolę, niepowstrzymaną, w człowieka, który jest nieskrępowany w działaniu, owszem, w owej
swobodzie ograniczony na wielu płaszczyznach i te krańce powinien znać i akceptować, jednak umysł
człowieka wolnego to część uniwersalnego wszechświata, jego aktywność wzbogaca rzeczywistość i
naznacza ją konkretną, materialną obecnością. Człowiek otrzymuje również znaki, wskazówki,
zachęty, natchnienia i cudowne zdarzenia, niczym dziecko od ojca, Bóg w strumieniach codzienności
stara się przemycić ważne informacje, jak najlepsze wybory dla konkretnego człowieka, owa wiedza to
otwarcie percepcji na rzeczywistość magiczną, pozazmysłową, przyjęcie jej i nie oprotestowywanie, to
pójście za tym światłem w zaufaniu i rozumieniu.
Ulice Belgradu otoczyła już ciemność. Patrząc na spadające krople deszczu zastanawiałem się kim
był ów człowiek, którego szczątki znaleziono w u ujścia rzek Sawy i Dunaju. Na wzgórzach, 7 tysięcy
lat temu, pewien nasz przodek, wracał być może do domu, niosąc jakiegoś zająca i wtedy coś się
wydarzyło, atak serca, zasłabnięcie, może przegrana potyczka z rywalem o kobietę, albo głód, czy też
atak dzikiego zwierzęcia, nie wiemy. Może napadli go pierwsi przybysze ze wschodu, albo ci z
zachodu, bo przecież tu znajduje się węzeł komunikacyjny, spinający wszystkie strony świata. Przez
tysiące lat sunęły wstęgi karawan, wzdłuż rzeki, pomiędzy pagórkami, w urodzajnych polach, w upale
słońca i w strugach deszczu, nieprzerwanie, w podróży, wozami wyładowanymi pieprzem, cytrusami,
solą, jedwabiem, bursztynem, wzorzystymi materiałami, bronią, pismem, obrazami, rzeźbami,
marmurem i drogocennym kamieniem, tajną pocztą i skrytą przesyłką, ten fragment ziemi tratowały
tysiące koni, ludzkich stóp, bosych i w eleganckim obuwiu, w pośpiechu i nerwowym pokrzykiwaniu,
na parobków, niewolników, na sługi, na wszystkich, nadchodzili wojownicy, rycerze w lśnieniu zbroi,
islamscy najeźdźcy i krzyżowcy, wędrowali pokutnicy i myśliciele, głosiciele końca świata i prorocy,
piękne kobiety i rozbiegane dzieci, jeńcy i trędowaci, oni wszyscy zmieniali swoje położenie, z jednej
strony w drugą, z góry na dół, z lewej na prawą, niepowstrzymani, ślepo ufający przeznaczeniu i woli
bożej, w głodzie i nadziei, w szaleństwie wiary i obrzuceni klątwą, człowiek za człowiekiem, człowiek w
poszukiwaniu cywilizacji, człowiek pod presją rozwoju, człowiek uwikłany w misję szerzenia dobrej
nowiny. Tak oto powstał kulturowy tygiel, wielonarodowościowy obraz ludzkiej różnorodności, jeden
przy drugim, obcy przybysz i mieszkaniec, wierzący w Mahometa i kochający Jezusa, żyd i buddysta,
ciemnoskóry i biały, mówiący językami z wieży Babel, i tak razem, wspólnie, w akceptacji i tolerancji,
czasami w kłótni i czasowej nieprzyjaźni, w terytorialnych przepychankach i na mieliznach
historycznych, ale razem, w obronie przed imperium osmańskim na południu, 30 różnych
narodowości, aż po dziś dzień mieszka razem w Serbii.Następnego dnia mam spotkanie z Milordem Paviciem. Pisarz, profesor literatury na wielu
uniwersytetach Europy, ze względów politycznych niedoszły noblista, tłumaczony na ponad 40
języków i wznawiany niekiedy ponad 100 razy, tak jak w przypadku „Słownika chazarskiego”
.
Spotkamy się w Serbskiej Akademii Nauk, w jego gabinecie wypełnionym książkami, obrazami i
dymem z fajki o zapachu wanilii. Pomimo 78 lat robi wrażenie swoją żywiołowością i radosnymi
oczami. Twarz ma gładką, o uśmiechu dziecka. W jego powieściach człowiek jest archipelagiem
zdarzeń, wielką kondensacją strumienia duchowych energii, które we wzajemnym ścieraniu,
przepychaniu i w płynnej harmonii, konstytuują ludzką powłokę codzienności, spotkamy tam
demoniczne krainy i anielskie głosy, otrzemy się o magię, kabałę, wróżby, czary i uzdrowienia, Bóg
przemawia w nich do człowieka a szatan nieustannie, krok za krokiem, próbuje odszyfrować ludzkie
ścieżki, aby przeszkadzać, niweczyć, odwlec w czasie. Jego bohaterowie uwikłani są w baśniowo-
mityczne koleiny pozazmysłowych doświadczeń, tkwią w przypadłościach osobliwych i osnutych
zagubieniem, jak motyl, który w swojej swobodzie porusza się bez konieczności, w swojej estetyce
musi poruszyć krąg piękna, a w swoim efemerycznym życiu, nieuchronnie zmierza do unicestwienia.
Pavić, podobnie jak Marquez, gra ze swoją wyobraźnią i jest w tym doskonały, patrząc na niego,
zastanawiam się, gdzie kupił marynarkę, którą ma na sobie.
Pijemy whisky, nie potrafiłem mu odmówić.
Milorad Pavić obawia się, że poezja już nie powróci na tron literatury.
Wieczorem, w hotelowym hallu, młoda dziewczyna, zapewne praktykantka, obsługuje windę. Jest w
tym pełna wdzięku i subtelności, w linii ciała, w poruszeniu gestem, w dystynkcji mowy ciałem, które
emanuje radością i w tym wszystkim wprawia obserwatora w niezaprzeczalny zachwyt nad kobiecą
aurą.
Belgradczycy dzielą swój świat na dwa okresy. Przed wojną i po wojnie. Przed bombardowaniem i po
bombardowaniu. Przed nalotem i po nalotach. Ta linia rozdziela ich duszę, odcina ostrym ruchem
dawnego człowieka, oddala się pospiesznie, aby po chwili powrócić, skąpana doświadczeniem
tamtego okresu, aby we wspomnieniach odkopać traumatyczne chwile, zawiesić na moment głos, jak
gdyby w szacunku i pamięci, a wtedy już bez wahania kontynuują swoją opowieść, o miłości, o
marzeniach, o planach, spotkanych ludziach, wracają i snują wizję, o słowiańskich korzeniach, o
bałkańskich zwyczajach, zapraszają do ogrodów swojej duszy, na długi i obfity we wrażenia spacer.
Są pełni pasji życia, wierni jego fenomenowi niczym poddani swojemu panu, mają w sobie ogień
odkrywcy i dziecięcą szczerość w rozmowie, nie chcą się zatrzymać, nie widzą granic dla poznania,
nie tolerują ignorancji i ze wstydem przyjmują tych, którzy nie znają umiaru w słabościach.
W niedzielę kolacja z Slobodanem i Spomenką, wydawcą, jest też Zoran i Igor, antropolog i archeolog.
Najpierw siedzimy w palecie kolorów kawiarni „Związek Globtroterów”. Slobodan jest malarzem, poetą
i myślicielem, kiedy mówi, czyni to z niebywałą precyzją, spokojem i uśmiechem, który tańczy gdzieś
w kącikach ust. Kiedy Slobodan wybiera się w przestrzeń swojego umysłu, nadchodzą do słuchacza
niebywałe i osobliwe treści, myśli żywe i jasne, pełne precyzji, wcześniejszego namysłu i holistycznie
spójne. Dyskutuje z Zoranem cierpliwie i z pasją, jest szermierzem słowa i mistrzem repliki, i tak bezakcentu zmęczenia, śladu wyczerpania, czy też zniechęcenia. Holograficzny wszechświat Talbota, nie
był dla niego zagadką, ani tajniki gnozy, włada historią, filozofią i teorią wszystkiego.
Spomenka jest wypełniona uśmiechem i życzliwością. Pełna serca dla człowieka i rozumiejąca
niedoskonałości w nim skryte. Słucham jej z uwagą i troską, aby nie uronić nic z czaru słów, które do
mnie docierają.
Około 2 w nocy, gdy już wracaliśmy po kamiennych szlakach Belgradu, ciągnęliśmy za sobą swoje
cienie, odbite w kwadratach ścian i wzmocnione dość późną, mięsną kolacją.
Następnego dnia idę ulicą, krokiem spiesznym i nie wyjaśnionym co do celu. W kwadratowej obręczy
placu, w oświetleniu skąpym i ledwie przedzierającym się przez zapadający zmrok, dostrzegam ludzi.
Są młodzi i stoją cierpliwie oszczędzając ruchy. Wyglądają jakby na coś czekali. Zatrzymuję się i
również trwam w tym stanie, który po kilku minutach przeradza się w trans, takie nie wyjaśnione
somnambuliczne oczekiwanie. W zasadzie ich kompozycja, układ i położnie się nie zmienia, czasami
tylko w rytmie spokoju i wewnętrznego zagłuszenia, ktoś z nich robi mały i nieznaczący krok, niby
posunięcie, ale i tak główny kontynent ich trwania jest niewzruszony. Na co oni czekają, czy ktoś
nadejdzie, ktoś skoczy z dachu, czy są częścią jakieś większej organizacji, chwilowo mającej dziwny
przystanek, czy są tu z własnej woli, tak zwyczajnie i po prostu, dlaczego i po co. Ponieważ oni
czekają, dochodzę do wniosku, że w tej pozie zawarta jest jakaś prawda o Serbach. To jak gdyby
antycypacja serbskiego trwania w ogóle, jakiegoś zamrożenia ideowego, chwilowy stupor i fragment
uśpionej całości, coś wisi w powietrzu, coś się stanie, jakieś wydarzenie, coś nimi poruszy, wstrząśnie,
trafi w samo serce, to jak intuicyjny przedsmak czegoś nieuchronnie nadchodzącego, cierpliwa i
konsekwentna forma posłuszeństwa wobec duchowej konieczności, albo chaotyczna postawa
protestu, to milczące wykrzyknięcie własnej bierności, bo inni nic nie robią, nie organizują się, może
wtedy coś jednak nastąpi, po tym pokutnym oczekiwaniu, i tak w ostatecznym ruchu, przebudzeni z
letargu, porwani wiatrem, pójdą w sobie tylko znaną stronę. Kiedy tak nadal stoją, ja już idę, jeszcze
raz spoglądam z oddali na ten figuratywny zapis i w końcu odchodzę.
Dym. Wszędzie dym. Kłęby białego, gęstego dymu to ulotny sygnalizator obecności Serba. Za chwilę
spośród delikatnej, mglistej materii wyrasta jego dawca, palący człowiek z Belgradu. Palą wszyscy, tak
to odbieram, kończą papierosa i zaczynają kolejnego, miętoszą zużytą paczkę, nerwowo szukają
ognia, może w kieszeni, albo w torebce, albo niech ktoś mnie dostrzeże w końcu i zlituje się, nie mam
ognia, mówią niecierpliwe oczy, potem już spokojnie, w odprężeniu dmuchają sobie we wszystkie
strony świata.
Deszcz chłoszcze ulicę i odbija intensywne barwy neonów. Nadchodzi Zoran. Wojskowa kurtka,
uśmiech, zmęczone oczy. Zoran kojarzy mi się z kosmicznym łącznikiem, ze spoiwem wypełniającym
szczeliny między ludźmi, sprzęgającym rozdzielone linie ich dróg, pojawia się bez uprzedzenia, jak
roślina na nagiej ziemi, po prostu, tak zwyczajnie, w nieujarzmionym instynkcie trwania, w uporze i
konieczności. Po kilkudziesięciu godzinach, rozsypanych na taśmociągu dni, po tym, jak słuchałem
jego słów, jak ocierałem się o emocje w jego sercu, gdy zrozumiałem jego misję, skradłem imię Zorani przemieniłem je w alchemicznym piecu duszy na opisanie nowej rzeczywistości, którą nazwałem
zoran. Jak każde nowe słowo, zoran musi otrzymać wyjaśnienie. Zoran to substancja życia opinająca
morfologiczną, podskórną tkanką wszystkich ludzi, niczym osobliwa sieć wzajemnych, cieniutkich
połączeń, które nieustannie drgają, przemieszczają się, jak komórki, jak pojedyncze korytarze, przez
które dostajemy się do duszy drugiego człowieka. Zoran to globalny świat ludzkiego istnienia, na
każdym kontynencie, zoran jest dynamiką, jest procesem w akcji, w działaniu, w walce, nie toleruje
zatrzymania, stop jest nieznane tej świadomości, zoran jest funkcją rozumną, samokształtującą się, a
obszarem jego aktywności jest każda dusza. Zoran jest ekspansywny, chce zjednoczyć i połączyć
wszystkich ludzi, nadać im światło pokoju i wprowadzić w nowy wymiar. Zoran szanuje ludzką
wolność, akceptuje błędy, znosi ich destrukcyjny charakter, przygarnia ludzi w prawdzie, chce ich
dobra i rozumie ich potrzeby. To synonim budowania i scalania ludzi we wspólnym, duchowym
projekcie tajemnicy życia, to start od początku, od pierwszego kroku, pierwszego punktu, pierwszej
linii, figury, bryły, to wydarcie kolejnego kawałka ziemi z niemej przestrzeni życia, obojętnej i przez to
smutnej, bezczynnej, nieprzydatnej w swoim dziwnym trwaniu, to jej późniejsze uprawianie i czuwanie
nad jej plonami, zoran tworzą wszyscy ludzie. Zoran może budować każdy człowiek, ale do jego
kreowania potrzebuje drugiego człowieka, im więcej ludzi w jego strukturze tym zoran wzrasta w
doskonałości. Zoran to jedność w wielości, to wielość w jedności. c
Zoran jest wiedzą jak stąpać na krawędzi, to adaptacja do trudu i ryzyka, to umiejętność bezpiecznego
przebywania w warunkach krytycznych i swobodne poruszanie się w wymiarach niewidzialnych.
Zoran jest radością z życia. Jest walką z głupotą świata, z jego materialnym i konsumpcyjnym
dążeniem, to obrona przed manipulacją i systemem, który powstaje, aby niewolić człowieka
wewnętrznie.
Nowy Belgrad w południe. Korony szarych bloków spiętrzone wysokością, smukłe, niedbałe, upaprane
kolorami żaluzji, firanek, zasłon. W ich zaułkach dzieci. Roześmiane, radosne, pełne ekspresji. Grają
w piłkę, oblegają huśtawki, nawołują, śmieją się, krzyczą. Brunatne liście tańczą w improwizacji wiatru.
Ósme piętro. Winda poszarpana mapą brakujących płatów farby. Jej mechanizmy pojękują wysilone
pracą, gdzieś tam na świecie może ktoś robi to samo, może też na ósme piętro, też w górę, tak jak
my, Vlada i ja. Później siedzimy w domu i rozmawiamy o codzienności, o życiu w natężonym
strumieniu zdarzeń. Piję wodę z kranu. Ma słodkawą barwę.
Vlada jest muzykiem, gra na instrumentach, których nazw nie zapamiętałem. To stare instrumenty,
odkopane z przeszłości, otoczone troską i wypielęgnowane szacunkiem dla tradycji. Zapamiętałem za
to jego muzykę. Zapamiętałem jak moje serce uniosło się mistyką, jak udałem się w podróż, poprzez
własną duszę, wewnątrz, do siebie, ale dalej, i głębiej. Wyżej.
Belo Platno. To znaczy Białe Płótno. Tak nazywa się ich zespół.
Vlada wykonuje te instrumenty w małym warsztacie. W bloku. Sam.
Wieczorem kolacja u Svetlany. Siedzimy w przestronnym, dużym pokoju, dzielącym przestrzeń z
kuchnią. Książki wspinają się aż po sufit, ich grzbiety, przyklejone do ściany, dumne, wyprostowane,
silne. Svetlana przygotowała zestaw potraw. Dla mnie jest to raj. Mam w domu lodówkę, która od latstoi pusta. Razi zimnem i białym odbiciem samotności. Zatem jemy, rozmawiamy, śmiejemy się.
Potrawy z mięsa, ryżu, warzyw, słów, myśli, prawdy, wspomnień, pytań i odpowiedzi. Zanurzeni w
materii własnych promieni. Zwarci duchowym pierścieniem.
Potem słuchamy utworów Svetlany. Piękny, mocny głos przenika duszę, przebija ostrzem serce, ale
nie kaleczy, chirurgicznie i precyzyjnie wycina tkankę niepokoju, nerwowe naleciałości rytmu
przeszłości, a potem leczy harmonią. W tych prastarych utworach jest zaklęta transcendencja, ukryty
duch jedności z zatartym wspomnieniem początku. I tak siedzę w streszczeniu marzeń, szczęśliwy,
ale w tęsknocie.
Igor został moim jednodniowym przewodnikiem po nocnym życiu miasta. Przyjechał po mnie
wysłużonym modelem Zastavy w kolorze zmęczonego nieba. Najpierw utknęliśmy w barwnym,
różnokolorowym tłumie, oblegającym bar w miejscu, którego nazwy nie zapamiętałem. Piliśmy wino.
Ja białe, Igor czerwone. Rozmowy o kobietach, o rozstaniach, o planach, o słowiańskiej duszy,
prozaiczna gestykulacja intelektu, niekończąca się pielgrzymka do przeszłości, skąd można grzebać
jak w kopalni, generowaliśmy myśli o życiu, o świecie szamoczącym się z własną głupotą, o
globalizacji życia i rejonizacji umysłu. Współczesny totalitaryzm zmienił swoje oblicze, przekształcił się
w zaprogramowaną inwazję na ludzką duszę, w operację na barykady tradycji, chroniące dostępu do
mentalnej, twardej struktury charakteru, łączącego wspólnotowym węzłem, mnie, Igora, ludzi dookoła,
tak aby nas zmienić, przepoczwarzyć, rozbić i zdeformować, aby rozkręcić do niewyobrażalnych
rozmiarów spiralę ludzkich potrzeb. Na styku tych wymiarów pojawia się napięcie, lęk, frustracja,
przestrzeń zrodzona, a nie zrealizowana, domaga się wypełnienia, krzyczy bólem potencji, ów brak
rodzi zagrożenie dla samego człowieka, który staje się wrogiem samego siebie. Tak więc, żyjemy w
artefakcie rzeczywistości, czymś nieprawdziwym, przekłamanym, celowo zabarwionym fałszywą
emocją, patrzymy na siebie z narastająca nienawiścią. Współczesny umysł niczym bestia spragniony
jest krwi, śmierci, sensacji, agresji, przemocy i wojny, ta procesja mentalnego paraliżu trwa i trwa, coś
na kształt ceremonii liturgicznej trwa w medialnej kampanii na normalność. Co robić, pyta Igor, jak
przeciwdziałać, wygląda jak gdyby nie było wyjścia, mówi, co robić odpowiadam pytaniem, co robić
zdaje się pytać tłum, my pijemy wino, oni też piją, coś wymyślimy, coś musi się wydarzyć.
Na koniec odwiedziliśmy klubu nad Dunajem. Ogromny gmach wchłonął nas do swoich trzewi, gdzie
owionął nas mroczny, gęsty klimat. Odczuwałem silne zmęczenie, światła, wszędzie snopy
reflektorów, omiatających każdy zakamarek tego miejsca, dookoła tańczą kobiety, zręcznie
gimnastykują ciałem, wykonują złożone operacje ruchowe, wzbogacone próbą śpiewu, tak, one
wszystkie zostały zakodowane rytmem muzyki, obdarte z myśli, wszystko to wygląda jak szamański
rytuał, człowiek zrzuca w tych misteriach swoją duszę i przywdziewa nowy strój, narkotyczny,
oniryczny, alkoholowy i zatraca się wewnętrznie. Nie czułem się tu dobrze.
Kiedy zasypiałem, z mojej głowy uchodził barwny orszak demonicznych postaci, opuszczali mnie ze
śmiechem, przekrzykując się wzajemnie i wspominając niedawny czas zabawy, pełni swobody i
głosów, westchnięć, żalu i pretensji, że nie pozwoliłem im dłużej zostać.Zoran, Svetlana, Vlada, Slobodan, Igor, Spomenka.
Wszyscy ci ludzie są połączeni niewidzialnym kanałem wzajemnego współistnienia, oblani
synergiczną powłoką jedności, a jednocześnie będąc indywidualną, niepowtarzalną strukturą
wyjątkowości w każdym z osobna. Tak, jak gdyby zostali powołani do przeprowadzenia
skomplikowanej operacji, ze szczegółowym podziałem zadań, z życiowymi meandrami,
nieuniknionymi i często pełnymi osobistych dramatów, ale trwają, kształtują, kontynuują, zmieniają,
wzbogacają, analizują w oparach nieodłącznego dymu, w rozmowie, dyskusji, przy posiłku, w ciągłej
drodze, i tak razem przeciskają się przez ludzką ignorancję i arogancję.
Utrwalają tradycję. Pielęgnują wiedzę. Tworzą. Jednoczą. Zmieniają świat. Są pierwszym fragmentem
zoranu, jaki spotkałem w swoim życiu.
Znów samolot, walczą silniki, mruczą melodię energii, która nas w końcu udźwignęła lekko i
wdzięcznie, a samolot trzeszczy, napina mięśnie i wyrzuca nas wysoko ponad kolorowe plastry ziemi,
wynosi do chmur i znów twarze, wizerunki milczące, niepewne, i tak lecąc zastanawiam się kiedy nas
wszystkich połączy zoran. Zbliżamy się do ziemi. Z góry, wygląda o tej porze, jak pozbawiona włosów
czaszka starca, do tego obsypana ciemnym plamami przebarwień. Linia horyzontu nakreślona ostro,
zdecydowanie, jak u Breughla, dookoła chmury, poszarpana mgła, jak wata ze starego materaca.
Przesuwamy się niczym kukiełki w teatrze lalek, na tle unieruchomionego, tekturowego pejzażu sceny.
Miasto niczym dogasające palenisko, roziskrzone, dopalające się pod kopuła nocnego nieba. Obok
mnie człowiek, którego system nerwowy połączył się niewidzialnie z elektroniką samolotu, kiedy pilot
wysuwa podwozie, jego twarz przeszywa paroksyzm dramatu, pot kreśli bruzdy na jego czole, twarz
tężeje strachem, mijającym w momencie, gdy maszyna zatrzymuje się na płaskiej równinie lotniska.
Wyszedłem w mroźną aleję swojego świata.
Nieco zmęczony chorobą, ale pogodny, z nadzieją nadchodzącego zoranu, zrobiłem pierwszy krok w
jego kierunku.