O wpływie większości
Pewien król złożył kiedyś wizytę w więzieniu i słuchał uważnie, jak więźniowie jeden za drugim proszą go o uwolnienie, zapewniając, że są niewinni. Nagle zauważył zamkniętego w sobie i przygnębionego mężczyznę, który siedział samotnie w kącie.
Podszedł do niego i zapytał:
— Dlaczego jesteś taki strapiony?
— Bo jestem przestępcą – odparł więzień.
Będąc pod wrażeniem jego uczciwości, król kazał wypuścić go na wolność.
— Nie chcę, żeby przestępca przebywał wśród tych wszystkich niewinnych ludzi – uzasadnił swój wyrok. – Mógłby mieć na nich zły wpływ.
Na każdego z nas wpływają inni i każdy z nas wpływa na innych, czy tego chce czy nie. „Żaden człowiek nie jest samoistna wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu. (…) Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością” – napisał poeta i prozaik John Donne, którego można uznać za pioniera psychologii społecznej. Odkąd istnieje ludzkość nasze zachowanie splata się nierozerwalnie z zachowaniem tych, którzy nas otaczają. Największy wpływ na każdego z nas mają… inni.
Jesteśmy tak zaprogramowani, by trzymać się razem. Więcej, jesteśmy również zaprogramowani, by faworyzować te grupy, do których akurat należymy, choćby w czasie gry towarzyskiej.
Poczucie solidarności grupowej dysponuje gigantyczną siłą. Wystarczy wybrać się na mecz piłki nożnej. Przynależność do grupy pociąga za sobą dużo więcej niż powierzchowne faworyzowanie. Rzutuje również na nasze postrzeganie świata.
Dlaczego nagrany śmiech jest tak popularny w sitcomach? Albo dlaczego owacje na wiecach wyborczych nie zawsze są tak spontaniczne, jak mogłoby się wydawać? Tego rodzaju sztuczki zakradają się do mózgu tylnym wejściem i wciągają nasze emocje w neurologiczną pantomimę. Pomagają nam przekonać samych siebie, że to co oglądamy, jest zabawniejsze, przyjemniejsze albo ciekawsze niż w rzeczywistości. Skoro wszyscy się śmieją, biją brawo albo gwiżdżą, to czemu się do nich nie przyłączyć?
Co jeszcze przyciąga naszą uwagę w tej pantomimie?
Aprobata lub potępienie publiczności kształtuje nasze postrzeganie mówcy nie tylko jako kogoś zabawnego czy interesującego, ale również godnego zaufania. Jako odpowiedniego kandydata na urząd, o który się ubiega. I tutaj zaczyna się robić niebezpiecznie.
Nie tylko Hitler wypłynął w demokratycznym społeczeństwie i dopuścił się potworności. Pod koniec marca 1997 roku trzydzieścioro dziewięcioro członków sekty Bramy Niebios – za namową swojego przywódcy Marshalla Applewhite’a – wypiło zabójczy koktajl z wódki i środków nasennych (dla pewności założyli sobie jeszcze na głowy worki foliowe), żeby dostać się na pokład statku kosmicznego, który w ich mniemaniu zbliżył się do Ziemi. Tym niebiańskim rydwanem miała być kometa Hale’a-Boppa widoczna na niebie gołym okiem od maja 1996 roku do grudnia 1997 roku.
Kiedy znaleziono członków sekty, wszyscy leżeli równo na swoich pryczach, ubrani w czarne dresy i białe buty Nike’a, a na nadgarstkach mieli bransoletki z napisem: „Bramy Niebios – Grupa Ekspedycyjna”. Nie zajechali daleko.
To byłoby śmieszne, gdyby nie doprowadziło do tak tragicznych konsekwencji. Gdyby za cudacznymi wierzeniami nie kryła się przerażająca zbiorowa logika, która spaja grupę niczym zwój drutu kolczastego. To dla tej zbiorowej logiki przywódcy sekt każą swoim wyznawcom osiedlać się w odludnych miejscach, by odizolować ich od wyzwań ideologicznych i stworzyć warunki sprzyjające zjawisku, nazywanym przez psychologów myśleniem grupowym. Lista objawów tego syndromu, stworzona przez Irvinga Janisa, jest następująca: poczucie niezniszczalności, które prowadzi do nadmiernego optymizmu i zachęca do podejmowania ryzyka; lekceważenie przestróg, które mogą być sprzeczne z przyjętymi założeniami; niepodważalna wiara w moralność grupy, skłaniająca jej członków do ignorowania konsekwencji własnych czynów; stereotypowe wyobrażenia o przywódcach wrogich grup; wywieranie presji na „nielojalnych” członków grupy, którzy mają inne zdanie; złudzenie jednomyślności; samozwańczy „strażnicy umysłów”, czyli członkowie grupy, którzy chronią pozostałych przed kontrowersyjnymi opiniami.
Jaki morał wynika z lektury tej listy? Otóż, jeśli będziemy powtarzać coś ludziom dostatecznie często, w pewnym momencie niektórzy zaczną w to wierzyć. Uwierzą bez względu na wszystko. Po dłuższym czasie mogą uwierzyć wszyscy. W starej bajce król przestrzegał swoich podwładnych, by nie pili ze studni, którą zatruł czarownik, ponieważ oszaleją. Ludzie nie słuchali ostrzeżeń. Po jakimś czasie wszyscy, oprócz króla, napili się wody i stwierdzili, że ich król oszalał, skoro takie bzdury wygaduje. Co zrobił król? Napił się wody ze studni…
Nikt nie jest całkowicie odporny na efekt potwierdzenia. Wszyscy mu ulegamy. Gdyby pokazać kibicom dwóch rywalizujących drużyn piłkarskich tę samą ostrą akcję na boisku, w zależności od wyniku dla jednych byłby to faul, a dla drugich czyste zagranie.
Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Scotta Wiltermutha i Chipa Heatha, psychologów z Uniwersytetu Stanforda, sekty i wojsko mają ze sobą więcej wspólnego, niż się wydaje. Żołnierzy szkoli się przez musztrę, a religia wykorzystuje w tym celu obrzędy i śpiewy.
Ale po co?
Otóż grupy, których członkowie wykonują zsynchronizowane czynności, zazwyczaj są bardziej zwarte i cechuje je silniejszy duch współpracy. Nie jednego wprawi w zdumienie fakt, że w porównaniu z musztrą i obrzędami nawet motywacja finansowa okazuje się mało skuteczna(!).
Tak bardzo pragniemy wpasować się w grupę, że większość z nas jest gotowa zaprzeczyć nawet temu, co widać gołym okiem, byle tylko nie odstawać od reszty. Opinia większości jest jedną z najpotężniejszych sił we wszechświecie. Niewielu z nas potrafi jej się sprzeciwić. Jeszcze mniej jest takich, którzy zdobywają się na to ze słusznego powodu.
Obraz: Paul Cézanne, „The Large Bathers”