Etykieta

Autor: Monika Karpowicz
Blog2180Idee
15 kwi 2026
Brak komentarzy

Ostatnio w socjalach ktoś znany grzmiał na młode pokolenie, że nie umie jeść nożem i widelcem. Widelec tkwi w lewej ręce, ale po odkrojeniu kawałka nożem wędruje na stół, skąd podejmuje go prawa ręka i dopiero ona fasuje kęs do ust. Co za skandal! Brak wychowania!

Mea maxima culpa, lecz ja takie rozważania prowadzę od kilku lat, ale prócz oburzenia mam jeszcze do tego swoją teorię. Otóż jako wolny elektron, niczym omszały stary kawaler – Zygmunt Kałużyński stołecznej gastronomii, jadam w barach mlecznych i wszelkiego rodzaju bistrach. Pierwsze takie stołowania się w dużym mieście wprawiły mnie w szok. Wokół morze młodych ludzi, nie nastolatków, którzy nie jedzą, tylko przyswajają pożywienie, a każde na swój sposób. Młodzieniec z podbródkiem leżącym na skraju talerza, zagarniający danie do otwartych ust (z boku było widać gigantyczny garb, plecy już automatycznie układały się do tej czynności), dziewczyna wkładająca kęsy bynajmniej nie do ust, a między zęby a wargę i masująca jadłem dziąsła, pewnie tak długo, aż się rozpuści – ziemniaki błyskawicznie, ale jak długo zalegać będzie schabowy? Czy inna młoda kobieta, po prostu atakująca zawartość talerza bez pośrednictwa narzędzi. I ich twarze, spokojne, rozluźnione, nieświadome tego, jak nietypowe, jak egzotyczne działania podejmują, żeby odżywić swoje ciała. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że prawdopodobnie oglądam zatrzymane w czasie przedszkolaki, brzdące, które mogły przyswoić coś tylko w formie zabawy jedzeniem, a ona nigdy nie znalazła swojego końca, bo nikt w tym nie pomógł.

Pamiętam, jak osobiście dotarłam do okresu zerówkowego, wciąż jedząc pierwsze i drugie dania łyżką, i to z nachwytem. Nagłe przebudzenie się dorosłych: tak nie może być, ona musi się nauczyć jeść normalnie! Ponieważ przypadła mi rola tego mniej reprezentacyjnego dziecka, niepokazywalnego, w którego ogładę nie opłacało się inwestować energii, a przy tym nie do końca było wiadomo, czy taka nauka nie pójdzie w las, do przebudzenia nie musiało dojść, ale na szczęście doszło. Jedzenie nożem i widelcem przyswoiłam, a z tego okresu wyniosłam następujące doświadczenie: jeśli ktoś jest od ciebie zależny, ale go nie lubisz i chcesz mieć go z głowy, wyposaż go minimalnie, tak, żeby socjeta go nie odrzuciła i nie musiał do ciebie wracać. Jeśli zaś go kochasz, daj mu tę umiejętność tym bardziej. Pomyślałam, że te rzesze młodych ludzi, jedzących jak pięciolatki, to osoby, których nikomu nie chciało się wyposażyć nawet w to minimum, albo nie było komu tego zrobić. Może jakaś babcia zostawiona z wnukiem, gdy dorosłe dziecko pracowało za granicą, nie miała na to siły. Może samotny rodzic nie zastanawiał się, jak, byle dziecko miało cokolwiek do jedzenia i jadło. Władanie sztućcami, ta tajna broń do zastosowania, choćby się waliło i paliło, a twoje otoczenie miało cię za gorszego, przestało istnieć, nie tylko jako społeczna tarcza, ale jako zwykła czynność ułatwiająca życie wśród ludzi.

Ale nie tylko dwudziestoletni król jest nagi. W komunikacji miejskiej obserwuję starszych mężczyzn, dobrze ubranych, choć w staromodne i zniszczone rzeczy, typ emerytowanych urzędników. To ci panowie, którzy pamiętają jeszcze ważne posiedzenia przy nakrytych suknem stołach, odbywane nad kryształowymi popielniczkami i podszczypywanie pań Kryś, przynoszących kawki. Kto wątpi w to, że za każdym mężczyzną sukcesu stoi silna kobieta, niech przejedzie się warszawskim tramwajem, by zobaczyć dawnych decydentów, twórców świata, w którym do dziś żyjemy, silnych łowców lwów i rzekomych opiekunów „naszych pięknych pań”, którym niegdyś całowali rączki. Gdy pań zabrakło, bo roztasowały się po stołecznych cmentarzach, nie ma już chusteczek, wsuwanych zapobiegliwą ręką do kieszeni, a panom z nosów kapie na ubrania. Nigdy nie zapomnę widoku dystyngowanego pana w dżinsach i kapeluszu z szerokim rondem, który wyglądając przez okno, to znów taksując wzrokiem stojące kobiety, nagle z głośnym ciurkaniem zaczął opróżniać pęcherz, w ubraniu, siedząc. Bez jakiejkolwiek reakcji, jakby nie tylko nie czuł wilgoci, ale nawet nie słyszał i nie widział powiększającej się u stóp kałuży. Do pasa fason, a co poniżej, to pewnie żona, póki żyła, próbowała kontrolować, słać do odpowiedniego lekarza. Gdy jej zabrakło, nie było komu się zainteresować. Pan żyje z fasonem, rozmachem, mieszka w swojej głowie, nieświadomy tego, co rozgrywa się w podziemiach starzejącego się ciała. Kto zrozumie i wyjaśni to, jak zaufałyśmy im, męskim twórcom zachodniej cywilizacji, wierząc w krzepkość mostów, które budowali, stałość murów, wieczność zasobów, które wydzierali przyrodzie? Oni, którzy żyją krócej, gdy zabraknie kobiecej ręki podsuwającej chusteczkę i wysyłającej na badania.

Socjale grzmią także o zanikających międzyludzkich więziach. Bez nich w lodowatym oceanie spadamy na dno, jak bezwładne drobiny. A z nimi? Kto nie czuje zimnego strachu, kiedy dopuści do siebie to, jakie one naprawdę bywają? Pamiętam letni wyjazd do podmiejskiej willowej miejscowości, z tych, co w gęstym sosnowym lesie najpierw słyszysz z daleka radio, podchodząc bliżej, zaczynasz rozróżniać stukot tłuczka do mięsa, a dopiero zupełnie z bliska zza sosen widzisz rzeźbione galeryjki komunalnego drewniaka, który dawniej dawał schronienie mieszczuchom, spragnionym letniska, dziś zaś jest jedynym dachem nad głową dla miejskich podopiecznych. Jechałam pustym autobusem, niespecjalnie zorientowana, jak daleko jest mój cel od ostatniej znanej mi letniskowej miejscowości, którą często odwiedzałam kolejką. Kilka kilometrów? Jeden, czy dwa przystanki? Jakoś tak, nieważne. Był pochmurny wieczór, padała letnia mżawka, miałam ze sobą małą walizkę, byłam zaledwie godzinę drogi od domu. Wydawało mi się, że jedziemy dość długo, więc czepiając się słupków dobrnęłam do ostatniego siedzenia, gdzie starannie ufryzowana i skromnie ubrana babcia wciąż podskubywała kilkuletnią wnuczkę: to włoski, to nosek, to zjedz coś, czy już zjadłaś? Zaraz dojedziemy, zaraz zadzwonimy do mamy, zobaczysz. Mała siedziała z twarzą Buddy, nieprzeniknioną, jak stuletni starzec, który widział już w swoim życiu wszystko.

Zapytałam o mój przystanek. Babcia zamarła, potem zaczęła machać ręką za plecy, wielkie rozszerzone oczy wpatrywały się we mnie z osłupieniem.

– Minęliśmy! Dawno!

– Aha. Chyba jednak nie tak dawno, ale to nieważne. Dziękuję pani. A to dopiero historia, przegapiłam swój przystanek – roześmiałam się i pobrnęłam naprzód, do kabiny kierowcy, wypełnionej ukraińską muzyką akordeonową.
Vodij nie mógł się zatrzymać w trasie i odradził mi wracanie piechotą. Zaproponował, że kiedy będziemy się mijali z powrotnym autobusem tej samej linii, trąbiąc, da znać koledze, aby się zatrzymał, wpuścił mnie i w ten sposób wrócę tam, gdzie chciałam. Tymczasem kazał siadać. Wróciłam na miejsce. 

Babcia patrzyła na mnie już nie tyle z przerażeniem, ile z pogardą. Trzęsącymi rękami poprawiała detale na dziewczynce, bez przerwy mówiąc.

– Popatrz, pani nie wysiadła na swoim przystanku. To trzeba patrzeć! Sprawdzać! Jak to można tak jechać, nie wiedząc co i gdzie?
Dziecko nadal patrzyło tysiącletnim wzrokiem i nagle zrozumiałam dlaczego. Źle ukrywany lęk babci, który nagle eksplodował i zmienił się w agresję, pewnie na co dzień pełza i powoli zalewa małą, która trzyma na wątłych barkach ten niestabilny egzemplarz fikcyjnej dorosłości. Babcia rozsypuje się z byle powodu, a więc dziecko trwa w zamrożeniu, intuicyjnie stanowiąc jej podporę, przedmiot uspokajających zabiegów, stały punkt, ku któremu roztrzęsiona może się zwracać i szukać ukojenia w kojeniu. Mała nie rozpłacze się, bo babcia tego nie przeżyje. Nie grymasi, bo babcia robi to stale. Nie bawi się, bo ma ważniejsze zadanie, niż dziecinne zachowania – trzymanie świata.

Tak, ja też byłam tą niebieskooką pięciolatką, która nie mogła spać i walczyła z mdłościami, bo „trzymała” starą drewnianą szafę, grożącą przewróceniem się i zmiażdżeniem wszystkich w domu. Jestem tą niebieskooką kobietą, do której obcy ludzie zwracają się o pomoc, z pytaniem o drogę, radę i opiekę. Bo wzrok Buddy biorą za stałość i opanowanie, nie widząc, że z trudem trzymam siebie, ale nie mogę tego okazać, bo zawali się świat. Dlatego od jakiegoś czasu przegapiam swoje przystanki, gotowa brnąć w piasku, potykając się o korzenie sosen, ścierając mżawkę z twarzy. Bo teraz, kiedy nie ma przy mnie pary ledwie trzymających się dorosłych, już mogę.

A kierowca autobusu tej samej linii, który przejął mnie w trasie, żebym mogła zawrócić na swoje letnisko, nie wziął ode mnie pieniędzy za bilet. Może więc lodowaty ocean braku więzi nie zawsze czeka, aż spoczniemy na jego dnie, nawet jeśli nie opanowaliśmy jedzenia nożem i widelcem, czy poddaliśmy się na starość.
Obraz: Pierre-Auguste Renoir – Le Déjeuner des canotiers

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *