O poszukiwaniach raju

Autor: Stanisław Wawrzyszkiewicz
Blog2176Idee
31 mar 2026
Brak komentarzy

W kręgu kultury judeochrześcijańskiej helleńskie dążenie do utraconej Itaki przybrało postać uganiania się za nowym Edenem. Każdy człowiek, niczym Odyseusz żeglujący w stronę upragnionej Itaki, szuka swojego raju, w którym nie ma ograniczeń i braków. Opowieść o poszukiwaniu świętego Graala (przedstawiany bądź to jako kielich Ostatniej Wieczerzy, bądź też jako czara napełniona po ukrzyżowaniu krwią Jezusa) stała się symbolem ludzkich poszukiwań wartości, sacrum, sensu oraz zbawienia. 

Nowy, zracjonalizowany Eden, który wyłonił się w wyniku zanikania poczucia sacrum, lokalizowano początkowo za słupami Herkulesa. Odkrycie Ameryki potwierdziło słuszność tych przypuszczeń i wzmocniło pragnienie poszukiwania nowych Ameryk. Jeszcze w XVIII wieku ta ambicja inspirowała wyprawę Cooka. 

Po odkryciu Antarktydy i zdobyciu biegunów, intrygujące stały się marzenia o kosmicznej Odysei. Milczenie przestrzeni kosmicznej, rejestrowane przez aparaturę wysłaną w przestworza, wpłynęło na załamanie się romantycznych wyobrażeń o kosmicznym Edenie. Dalekie i puste przestrzenie, które napełniały lękiem Pascala, nie przyprawiają już wielu współczesnych o metafizyczny dreszcz. Informacje o nich wywołują znudzenie u większości. Kolejnym odkryciom towarzyszą kolejne rozczarowania. Urok nowych lądów urzeka tak długo, jak długo nie oswoimy się z nowym pejzażem. Razem z oswojeniem przychodzi niedosyt, poczucie niespełnienia, a następnie nostalgia zmuszająca do kolejnych poszukiwań raju bliższego naszym wyobrażeniom.

Optymistyczna wiara, iż konieczność historyczna skieruje ludzkość w stronę ziemskiego raju wydała owoc w postaci totalitarnych systemów, ludobójstwa i obozów pracy. Fiasko wypraw w stronę nowych lądów kosztowało życie prawdopodobnie kilkunastu tysięcy uczestników tych ekspedycji, natomiast fiasko wypraw w stronę idealnych społeczeństw rozmaitych totalitaryzmów przyniosło śmierć dziesiątków, a może nawet setek milionów ludzkich istnień, bowiem największym niebezpieczeństwem każdej, nawet najszlachetniejszej idei, są jej wyznawcy.  

Być może wszyscy nosimy w sobie zakodowaną tęsknotę za nowym Edenem wolnym od rozczarowań oraz iluzji. Być może sezonowi wizjonerzy zyskują tak wielką popularność właśnie dlatego, że trafiają do naszych najgłębszych i najmocniejszych tęsknot za harmonią i pięknem. Czy zatem dotychczasowe niepowodzenia upoważniają nas do sceptycznej oceny możliwości stworzenia lepszego świata, nowego Edenu? Czy od twórczego niepokoju pchającego w stronę nowych szlaków należy wyżej cenić „dolce far niente” profesjonalnych sceptyków, którzy nic nie robią, a wszystko krytykują? Czy niepowodzenia mędrców dowodzą, że należy ich zastąpić głupcami? Czy rzeczywiście dramat ludzkiego bytu musi rozgrywać się między Scyllą fascynacji a Charybdą totalnego pesymizmu? Obie te propozycje urzekają miłośników prostych rozwiązań. Między naiwnym podziwem dla kolejnych wypraw a sceptycznym stosunkiem do wszelkich dążeń rozciąga się jednak rozległa przestrzeń rozwiązań pośrednich. Przede wszystkim istnieje możliwość odkrycia niedostrzeganego wcześniej wymiaru głębi. Przed podjęciem kolejnej eskapady warto bowiem zastanowić się po co i w imię jakiej wartości ją podejmujemy. Bohater „Odysei” wiedział, dlaczego płynie w stronę Itaki, natomiast jego współcześni naśladowcy wybierają się w jakieś miejsce tylko dlatego, że zobaczyli je w Internecie. Liczba przebytych kilometrów nie zrównoważy jednak zagubionego wymiaru życia.

Niedostrzeżony wymiar głębi kryje bogactwo treści istotnych dla egzystencji godnej człowieka. Jeśli zagubimy go, nasza wizja świata może stać się powierzchowna i najbardziej skomplikowane kwestie będziemy próbowali rozwiązywać według prostych recept, które zwykle sprawdzają się w prostych sprawach. Aby uniknąć tego zagrożenia, trzeba połączyć prawdę o człowieku, jego rozdarciu, niespełnieniu i tęsknocie z wiarą w to, że nasza egzystencja jest czymś więcej niż katalogowaniem kolejnych rozczarowań. 

Sfera wnętrza tylko pośrednio ujawnia się w działaniu. Jest to sfera naszych głębokich dylematów i rozdarć, niepokoju i marzeń – sfera samotności. Wyprawa do wnętrza tej sfery może być równie intrygująca jak wyprawa w kosmiczne przestworza. Kierunek tej wyprawy przeraża jednak wielu współczesnych. Obawiają się, iż zbyt głębokie wkraczanie w tajniki własnego wnętrza może przynieść neurotyczne zapętlenie prowadzące do gabinetu psychologa. Wspomnienia Jerzego Geresza, wrocławskiego matematyka, świadczą o tym, że podróż do własnego wnętrza jest fascynująca i możliwa nawet w więzieniu, gdzie uczony znalazł się w czasie stanu wojennego. Ciszę więziennej celi wykorzystał do rozwiązywania trudnych kwestii matematycznych, na co w normalnych warunkach brakowało mu czasu.   

Współwięźniowie, skazani za przestępstwa kryminalne, na te same warunki reagowali ucieczką w świat zewnętrznych doznań. Wypełniali więc czas niekończącymi się dyskusjami o niczym, ćmiąc przy tym niezliczoną ilość papierosów, muzyką rockową płynącą z głośnika nastwionego na maksymalną głośność, oszałamiającymi napojami z wyciągu herbaty czy ze spreparowanej pasty do zębów. Żyli tylko tym, co przychodziło z zewnątrz.

Bogactwo wnętrza sprawia, iż możemy przeżywać fascynującą podróż nawet w więziennej celi.  Życie duchowe, niezrozumiałe dla tych, którzy ukochali powierzchowny styl bycia, urzeka w pismach wielkich mistyków oraz gigantów ducha, takich jak Viktor Frankl; w obozie koncentracyjnym stworzył podstawy logoterapii, udowadniając tym samym, że umysł potrafi wyzwolić się nawet z najgorszego więzienia.   

Przed laty jedna z moich studentek z przejęciem dzieliła się swoimi wrażeniami po spotkaniu ze swoją ciocią, norbertanką w klasztorze na krakowskim Zwierzyńcu. Serdecznie rozmawiały ze sobą w rozmównicy, choć oddzielała je metalowa krata. Gdy kończył się czas przeznaczony na widzenie, dziewczyna zadała pytanie, które nurtowało ją od początku widzenia:

— Ciociu, jak możesz wytrzymać takie życie za kratą?

Ciocia z uśmiechem odpowiedziała:

— To ty jesteś za kratą – odpowiedziała zakonnica. 

Raj nie jest miejscem. Nie znajdziemy go na mapie. To kierunek duszy, subtelne drżenie serca, gdy czujemy, że jesteśmy tam, gdzie powinniśmy być. To nie nagroda za dobre uczynki, lecz łaska rozpoznania, że wszystko, czego szukaliśmy, było w nas od początku. Droga do raju wiedzie przez pustynię: samotność, zwątpienie, noc duszy. I tylko ci, którzy nie zawrócą, nie uciekną w hałas świata, mają szansę go odnaleźć. Nie jako miejsce, lecz jako siebie. 

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *