Pogoda dla szczęściarzy: Przekonać przekonanego

Autor: Stanisław Wawrzyszkiewicz
Blog2172Słowa
18 mar 2026
Brak komentarzy

Otworzył oczy. Gdzie ja jestem? Spytał siebie, bo częste zmiany miejsca noclegu rodzą takie pytania. Zobaczył łóżko Joli, przykryte narzutą w czerwoną kratę i przypomniał sobie. Musiałem głęboko spać, skoro nie słyszałem, jak wychodzi, pomyślał i nagle uświadomił sobie, że jego siostra już od dawna nie śpi w tym łóżku; przecież widział się z nią przed kilku godzinami w domu jej męża. Usiadł na łóżku i rozejrzał się po pokoju. Czas się zatrzymał w tym miejscu? Plama w kształcie półksiężyca na dywaniku między łóżkami, przypominała o czereśniach, które przyniósł Joli w metalowym garnku z ogrodu sąsiada.  Zjedli owoce i zapomniany garnek zsunął się z łóżka dnem do góry tworząc na dywanie postrzępiony, czerwony półksiężyc. „Ładny” – powiedział wtedy. „Będzie ładna awantura” – powiedziała Jola. I była. Bardziej z powodu garnka i czereśni sąsiada niż plamy na dywanie. Jola stanęła w obronie brata i skłamała. Powiedziała, że namówiła go do tego. Za karę nie mogła obejrzeć wieczorem w telewizji westernu. To była dotkliwa kara, bo filmy z Indianami i kowbojami lubiła najbardziej. 

Mama krzątała się w przedpokoju. Uderzyła jakimś twardym przedmiotem o ścianę i zaczęła głośną rozmowę ze sobą. Znowu jest wkurzona, domyślił się Piotrek. Spodziewał się, że wysłucha wielu przykrych słów na swój temat. Zastygł w bezruchu, wsłuchując się w zagniewany monolog matki.

– Szczęście nie potrzebuje dużo pieniędzy, tylko kochającego człowieka? Co ty gadasz! Zadowalasz się tym co masz, a czego nie masz, tego nie potrzebujesz? Ty to wymyśliłaś?! Myślisz, że zjadłaś wszystkie rozumy?! Chłopom nie można wierzyć. Im więcej zostawi w domu, tym mniej wyda poza domem. Znam życie lepiej niż ty. Kiedyś myślałam, że w małżeństwie trudne jest tylko pierwsze dwadzieścia pięć lat, a później to będzie jako tako. Nie jest! To, co się wydarza w życiu, choćby z twoim bratem, tak rani, tak boli … – Zamilkła, a potem zaszlochała. – Moment nieuwagi i… katastrofa. Dlaczego mi się to przytrafiło? Z każdym dniem jest coraz gorzej. To się zaczęło, kiedy postawił buty na stole. Dlatego się kłócimy. Powiedziałam mu to, a on mnie wyśmiał. Wyśmiał! Rozumiesz to? Spytał, czy jestem zabobonna? Ja?! Zabobonna?! Coś takiego!  Przecież to przynosi pecha!

Zgrzytnęła klamka w drzwiach do jego pokoju. Mama wejdzie i jak za dawnych lat wygoni go do kościoła? Drzwi jednak nie otworzyły się i mama zeszła do kuchni. 

Zgrzyt klamki przejął Piotrka dreszczem, jakby znowu znalazł się w pokoju Poli. Dziadkowie wynajęli studio w starej krakowskiej kamienicy, by ich ukochana wnuczka miała gdzie spokojnie studiować. Nie wierzyli, by w akademiku było to możliwe. Dziewczyna uwiła sobie przytulne gniazdko, w którym on również czuł się błogo oprócz ostatniego razu. Tamtego wieczoru siedzieli na kanapie przytuleni do siebie, gdy rozległo się gwałtowne szarpanie klamką i głos matki: „Otwórz! Wiem, że jesteś w domu!” Pola zerwała się i na palcach podbiegła do drzwi. Przylgnęła do nich swoim smukłym ciałem. Drżała. „Mamo! Co ty wyprawiasz?” „Co ja wyprawiam?! Raczej co ty wyrabiasz?! Wiem, że on tam jest! Otwieraj!” „Mamusiu! Ciszej! Chcesz skandalu?” „Mamusiu! Mamusiu! – przedrzeźniała matka. – Nie zależy mi na skandalu! Zależy mi na mojej córce!” Wyjrzał przez okno. Odgromnik, przebiegający po ścianie obok okna, był jedynym wyjściem ewakuacyjnym. Pola z przerażeniem przypatrywała się jego poczynaniom. Mamę zmęczyło dobijanie się do drzwi i usiadła na schodach naprzeciw mieszkania córki. Siedziała w zupełnych ciemnościach, bo żarówki w klatce schodowej, oprócz tej na parterze, były przepalone. Nadarzyła się okazja, by uciec drzwiami. Piotrkowi było wstyd przed Polą, lecz nie umiał zapanować nad strachem przed jej mamą, jakby była jego własną. Zapalił wszystkie światła w mieszkaniu i sprężony jak w bloku startowym stanął przy drzwiach. Strumień światła, z gwałtownie otwartych drzwi, na moment oślepił matkę; nie zauważyła czmychającego Piotrka. Nie mogła go też usłyszeć, bo stąpał na palcach w samych skarpetkach. Przystanął na półpiętrze i w bezpiecznych ciemnościach czekał na rozwój wypadków. Matka zerwała się ze schodów i wepchnęła Polę do mieszkania. Kiedy usłyszał jej zdumione pytanie: „Gdzie on jest?!”, ogarnęła go wesołość. „O kim mówisz, mamo?” Głos Poli brzmiał bezgranicznym zdumieniem. Była utalentowaną kłamczuchą. „Dobrze wiesz o kim! Uciekł? Jak to zrobił? Tchórzliwe zero!” „Jak mógł uciec, skoro tu go nie było?” Pytanie wprawiło matkę we wściekłość. „Ty zdziro! Nie tak wychowywałam ciebie! Że też muszę znosić taką hańbę?! Jaka ja jestem nieszczęśliwa.” Pola zatrzasnęła drzwi, a jej matka wrzeszczała i okładała ją rękami. W sąsiednich mieszkaniach rozległy się głosy i tłumione śmiechy. Piotrek stał jak sparaliżowany. Odzyskał władze w nogach dopiero wtedy, gdy w mieszkaniu Poli zapadła cisza. Liczył na to, że nazajutrz razem ustalą, co należy robić dalej, lecz dziewczyna już nie chciała z nim się spotykać. Gdy któregoś dnia przypadkowo zobaczyła go na ulicy, zawróciła i poszła w przeciwnym kierunku. 

Piotrek wpadł w głęboką melancholię. Tylko Jola próbowała go z niej wyciągnąć, przekonując, że kiedyś znajdzie swoją drugą połówką; przecież każdy swoją ma. Jednak dla Piotrka szukanie drugiej połówki nie miało sensu. Czy zdążyłby ją znaleźć pośród miliardów kobiet, nawet gdyby żył ze sto lat? Wtedy był przekonany, że jego życie będzie krótkie. Pragnął je wykorzystać sensownie i postanowił zostać księdzem. W tym czasie do seminariów duchownych tłumnie waliła młodzież. Mama przyjęła tę wiadomość z radością. Mówiła, że to najlepsza rzecz, jaka przytrafiła się w jej życiu. Ojciec i siostra byli sceptyczni. Słusznie, bo po kilku tygodniach Piotrek wyznał, że może jednak podjął pochopną decyzję i powinien przemyśleć ją jeszcze raz. Mama zbladła i dopytywała, ile potrzebuje czasu na te przemyślenia. Rok?! Pierś mamy zafalowała, a z jej ust padły, jak świszczące bicze, dwa krótkie pytania: „Nad czym tu się zastanawiać? Diabeł cię opętał?” Po tych słowach przestała odzywać się do syna. Nadal gotowała mu obiad, ale podawała za pośrednictwem córki lub męża. Po miesiącu Piotrek ugiął się i powiedział mamie, że już nie ma wątpliwości. Mama natychmiast odzyskała radość życia. 

W seminarium zamieszkał z chłopakiem, który poszedł do seminarium zaraz po odbyciu zasadniczej służby wojskowej. Czuł się zagubiony, gdyż nie spodziewał się tak surowego reżimu. Twierdził, że w seminarium jest większa dyscyplina niż w wojsku, bo tam, jeśli tylko się chce, można być wolnym duchowo, a w seminarium ojciec duchowny na to nie pozwalał; chciał wiedzieć wszystko, co seminarzysta czuje, myśli i pragnie; wszystko oceniał. Lubił zagadywać do kleryków gdziekolwiek ich spotkał. Któregoś popołudnia, spytał Piotrka jak się miewa jego dusza. „Jak zwykle nieśmiertelna!” – radośnie odpowiedział Piotrek. Ojciec duchowny krzywo się uśmiechnął i od tego dnia przyglądał mu się uważniej. 

 Piotrek powiedział sobie, że skoro już jest klerykiem, to będzie najlepszym, a może nawet świętym. Zafascynował się postacią świętego Franciszka z Asyżu. Chciał być taki jak on. Przeczytał kilka pobożnych książek, pożyczonych od ojca duchownego (każdy kleryk był zobowiązany do uważnego czytania życiorysów świętych, a ojciec duchowny skrupulatnie to sprawdzał), z których wyłoniła się postać nadzwyczaj odważna, spontaniczna i zakochana w Bogu i Klarze. W bibliotece uniwersyteckiej znalazł książkę z jego oryginalnymi wypowiedziami; pokrywała je gruba warstwa kurzu. Oczyścił ją i przeczytał. Ze zdumieniem odkrył, że Franciszek ani razu nie wspomniał Klary, choć dziewczyna nawróciła się pod jego wpływem. Nie interesowała go? Skąd więc ta legenda o miłości Franciszka i Klary? Spytał o to ojca duchownego. „Legenda?!” Obruszył się ojciec i bez słowa wręczył mu kolejną lekturę – mocno pożółkłe, przedwojenne wydanie życiorysu świętego Jana Bożego. Przebrnął przez nią z trudem. Kiedy stawił się przed ojcem duchownym, by zrelacjonować jej treść, zaczął od tego, że święty od niemowlęctwa umartwiał się w każdy piątek, odmawiając sobie matczynej piersi, a w wieku dorosłym w ogóle nie pił mleka tylko ropę wyciskaną z gnijących ran trędowatych nieszczęśników. Nie był jednak pewny czy święty robił to we wszystkie dni tygodnia, czy tylko w niektóre, bo przecież świątobliwy człowiek powinien przestrzegać piątkowego postu. Kiedy z udawaną powagą rozważał to zagadnienie, ojciec duchowny eksplodował i kazał mu wynieść się z seminarium, przynajmniej na jakiś czas. Następnego dnia, ksiądz rektor wysłał go na praktykę, bo tak nazywano pokutę. Proboszcz, kolega rocznikowy rektora, obiecał kontrolować zachowanie problematycznego kleryka. Był wprawnym kontrolerem. Piotrek nocował na jego plebanii, rano i wieczorem uczestniczył w nabożeństwach, a w dzień pracował jako salowy w szpitalu. Praca w szpitalu tak bardzo mu się spodobała, że chętnie zostałby lekarzem, pielęgniarzem lub czymś takim, ale mama nie chciała o tym słyszeć; pragnęła widzieć swojego syna przy ołtarzu jako księdza. Piotrek zaczął podejrzewać, że jego mama ma większe od niego powołanie do kapłaństwa. 

Polubił wikarego, którego nie lubił proboszcz. Właściwie to nie wiadomo z jakiego powodu. Najbardziej drażnił proboszcza jego śmiech, gdyż podejrzewał, że podwładny śmieje się z niego. Któregoś dnia proboszcz w ostatniej chwili kazał wikaremu wygłosić kazanie do dzieci. Wikary nie był do tego przygotowany, więc improwizował. Spytał dzieci: „Jakie kazania lubicie? Takie długie, że nogi wrastają w posadzkę jak drzewa w ziemię, czy takie krótkie, że nawet najstarsza babcia siedząca pod chórem nie zdąży zasnąć?” Dzieciaki wrzasnęły: „Krótkie!” „No to Amen”. I było po kazaniu. Chwilę później, na plebanii doszło do strasznej awantury. Piotrek myślał, że wikary tego nie przeżyje. Przeżył, lecz od tego dnia musiał wracać na plebanię, tak jak Piotrek, przed dwudziestą drugą. Wystarczyło spóźnić się o jedną minutę, a wejście stawało się niemożliwe z powodu metalowej sztaby, którą proboszcz zakładał na drzwi od środka. Wikary wzruszył ramionami. „W końcu od czego są okna i drabina?” – spytał Piotrka retorycznie. Okno i drabina rzeczywiście były wykorzystywane, lecz metalowa sztaba na drzwiach i tak doprowadzała wikarego do stanu wrzenia. „To już nie jest plebania, lecz więzienie” – mówił rozgoryczony. Długo myślał, aż wymyślił.

W jesienny, sobotni wieczór, proboszcz wyszedł na urodzinową kolację do prezydenta miasta; z każdą władzą umiał się dogadać. Kolacja była wystawna i przeciągnęła się do późnej nocy. Gdy wybrzmiało dziesiąte uderzenie zegara na wieży kościelnej, wikary, z pomocą Piotrka, założył na drzwiach metalową sztabę, po czym ulokowali się w oknie nad drzwiami wejściowymi. Po północy rozległo się metaliczne szarpanie klamki, a następnie głuche dudnienie dębowych drzwi. Wikary wyjrzał przez okno i spytał: „Wezwanie do chorego?” „Ciszej! Tu ksiądz proboszcz. Otwieraj drzwi. Żwawo!” „Bez żartów. Ksiądz proboszcz nigdy nie włóczy się po nocach” – powiedział wikary i rozbawiony zamknął okno. Przeraźliwy, niekończący się wrzask dzwonka, którego nie można było wyłączyć, popsuł im humor. Spadł deszcz i dzwonek zamilkł. Deszcz stał się ulewą, gasząc pragnienie zemsty wikarego. Zastanawiał się jak wyjść z tej sytuacji. Otworzył okno i usłyszeli pojękiwanie: „Co ja teraz zrobię? Gdzie ja spędzę noc? Przecież nie wrócę do prezydenta? Co mu powiem?” „Nie wiemy kim pan jest, bo w ciemnościach nic nie widać. Nie mogę przecież obcego mężczyzny wpuścić na plebanię w środku nocy. Tyle złych rzeczy dzieje się na świecie. Rozumie pan?” – spytał wikary. „Rozumiem” – padła odpowiedź. „To niech pan stanie w świetle latarni przy kościele; przekonamy się, kim pan jest naprawdę”. Proboszcz posłusznie przemieścił się pod latarnię i w tym momencie ulewa stała się oberwaniem chmury. Nie można było nikogo rozpoznać, lecz wikary i Piotrek wrzeszczeli jeden przez drugiego: „Rzeczywiście! Ksiądz proboszcz! Niech ksiądz proboszcz wejdzie, bo zmoknie.” Proboszcz wszedł na plebanię, woda ciurkiem spływała z niego na kamienną posadzkę, złowrogim spojrzeniem zmierzył wikarego i Piotrka, po czym bez słowa zamknął się na klucz w swoim mieszkaniu. Następnego dnia metalowa sztaba zniknęła z plebanii bez śladu, a miesiąc później również wikary. Po kolejnym tygodniu Piotrek postanowił wrócić do domu. Mama znowu przestała się do niego odzywać. Tata wprawdzie mówił, ale tylko wtedy, gdy nie słyszała tego matka, zresztą nigdy nie był rozmowny. Jedynie Jola była dla niego taka jak zawsze: niekiedy złośliwa i zawsze współczująca. Pomogła mu wyrobić paszport i pewnego letniego popołudnia Piotrek dostał list z Francji, w którym znalazł zaproszenie od państwa Morand, czyli od Magdy oraz jej francuskiego męża. Wszystko odbyło się za sprawą Joli.

Rozmowa z rodzicami o wyjeździe do Francji była dla Piotrka ciężkim doświadczeniem. Wprawdzie mama odezwała się do niego, po raz pierwszy od wielu tygodni, ale tylko po to, by powiedzieć mu, że ma zły charakter.  Jola spytała wtedy: „To dlatego, że z tobą się nie zgadza? Może to świadczy, że wreszcie ma charakter?” Matka z wyrzutem spojrzała na córkę i wyszła z kuchni zatrzaskując drzwi za sobą.  

Najdziwniejszy był dzień wyjazdu do Francji.  Rodzice oraz Jola z Jackiem odprowadzili Piotrka na dworzec autobusowy. Jacek próbował zagaić rozmowę, lecz po kilku próbach poddał się. Autobus wreszcie nadjechał, Piotrek pochylił się do mamy, by ją uścisnąć i pocałować. Nie zdołał, bo mama osunęła się na bruk. Przerażony spojrzał na ojca i siostrę. Ojciec stał osłupiały, a Jola zmarszczyła czoło i odsunęła brata zdecydowanym ruchem. „Wsiadaj i zjeżdżaj stąd!” – rozkazała. 

Kiedy autobus ruszył, mama, jakby nigdy nic, wstała, otrzepała spódnicę i ostro spytała męża, dlaczego tak się gapi na nią. Piotrek, przyglądając się im przez szybę autobusu, wreszcie pojął, że lepiej raz pokłócić się z mamą niż przez całe życie być w niezgodzie z samym sobą. Bez Joli, jego jedynej siostry, najlepszej z możliwych, byłoby to niemożliwe. Jak dobrze, że jest żoną jego jedynego przyjaciela. Plasnął w czoło otwartą dłonią. Powinienem im to powiedzieć! A pokłóciłem się tylko z nimi z powodu Wałęsy i Mazowieckiego. Co za głupiec ze mnie! Powiedział i zerwał się z łóżka. 

Wprost z biura wyborczego pomaszerował do Joli i Jacka. Ledwie drzwi przed nim otworzyli, wypalił:

– Chciałem wam tylko powiedzieć, że zagłosowałem na właściwą osobę.

Jola i Jacek wymienili zdziwione spojrzenia.

– Wiem, wiem. Pół nocy przekonywałeś mnie do Wałęsy – powiedział ostrożnie Jacek.

Piotrek machnął ręką.

– To ty mnie przekonałeś. Przez kilka lat mieszkałem za granicą. Wy żyjecie tutaj, wiecie więcej i zawsze byliście mądrzejsi ode mnie. Zagłosowałem tak jak wy… na Mazowieckiego.

Jacek wytrzeszczył oczy, po czym dostał ataku spazmatycznego śmiechu. Jola próbowała go uspokoić, lecz po chwili również śmiała się jak on. Piotrek osłupiał. 

– Co wam się stało? – spytał. – Nic – zaprzeczyła Jola, walcząc z nawrotami śmiechu. – Tylko że ty przekonałeś Jacka. Zagłosował na Wałęsę.

Obraz: Claude Monet „Effet de Brouillard”

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *