Rzeczy, których nie mówię terapeucie

Autor: Ala Budzyńska
Słowa
12 lip 2024
Brak komentarzy

Tekst zgłoszony do nas we Wiosennym konkursie na opowiadanie.

Rano

Mój stary jest fanatykiem terapii. Kiedyś był tylko poczciwym laryngologiem, teraz stał się, jak to on mówi, “lekarzem nie tylko ciała, lecz także duszy”. Przejebane. Już jak się to słyszy, nie trzeba się wcale umawiać na sesję. Czasem wyobrażam sobie terapię z moim ojcem siedzącym w turkusowym, pluszowym fotelu, nad nami wiszą na ścianach stockowe zdjęcia – wyniki wyszukiwania haseł “czułość”, “bądź sobą”, “wewnętrzne dziecko”. Spojrzenia tych ludzi, którzy może gdzieś żyją, a może zostali wygenerowani przez algorytm, poważny wzrok ojca i liście monstery, które łaskoczą mnie w ramię. W tej wizji mówię ojcu oczywiście coś o relacji z matką, a stockowe kobiety, mężczyźni, dzieci, zwierzęta, a nawet rośliny śmieją się szyderczo ze zdjęć na ścianach.

Zadzwonił rano, między dwoma kęsami czerstwej bułki, którą postanowiłem dojeść z poczucia obowiązku.

– Nie uwierzysz, jakiego mam teraz pacjenta.
– Myślę, że jednak uwierzę – powiedziałem z pełnymi ustami. Ojciec, odkąd zaczął praktykę terapeutyczną, notorycznie łamał tajemnicę zawodową. Zdradzał historie, profesje, nazwiska pacjentów.
– Jest dokładnie taki jak ty. Dziewczyna kazała mu pójść na terapię, postawiła to jako warunek tego, że dalej będą razem. I on był oczywiście sceptyczny, odwlekał to, umówił się, odwołał, a teraz, po dwóch sesjach, zaczął się otwierać na oścież, jak jajko w Kinder Niespodziance.

Skąd on bierze te idiotyczne porównania? Zastanawiałem się, czy wyniósł je ze szkoły terapeutycznej czy to jego własna inwencja. Niezależnie od tego, ton, jakim je wypowiada, świadczy o nieukrywanej dumie z ich trafności.
– Mnie nikt nie stawiał takiego warunku. Na nic się nie umawiałem i nic nie odwoływałem – spokojnie tłumaczyłem ojcu – Tato, zabieram się do pracy.

Ojciec sprawiał wrażenie, jakby nie słyszał moich odpowiedzi, a może ich po prostu nie
potrzebował.

– To niesamowite, jak udało mi się dogrzebać do różnych rzeczy, które wypierał. No taki jak ty, “tak, jest spoko, wszystko super”, a wystarczy odpowiednio zadać dosłownie trzy pytania i wylewa się wszystko jak z dobrze ugotowanego jajka na miękko.

Opowieść, jak zawsze, dotyczyła rzekomo pacjenta, ale tak naprawdę była o ojcu. Dogrzebał się, wydobył, odkrył, wpadł na to, że. Właściwie wszystkie opowieści oparte były na podobnym schemacie: niczego nieświadomi pacjenci i mój ojciec – Indiana Jones ludzkiej psychiki, w obciachowym kapeluszu, niewielkim wysiłkiem odkrywający to, co dla innych pozostawało do tej pory ukryte. Osobowość narcystyczna?

– No faktycznie, dokładnie jak ja. Tato, muszę kończyć, do usłyszenia.
Porównania ojca skierowały moje kroki do kuchni. Jajko, które chciałem sobie ugotować, leżało ciągle w garnku. Dawno temu zagotowana woda spokojnie czekała w elektrycznym czajniku.

Przedpołudnie

Dawno nie widziałem Sąsiada. Ani przy śmietniku na osiedlu, ani pod blokiem, ani przy furtce. Ta myśl wracała do mnie natrętnie, odganiałem się od niej, a może “wypierałem ją”, aż w końcu tego dnia w pełnej krasie stanęła w mojej świadomości. Sąsiad kiedyś nie był sąsiadem, miał nawet jakieś imię, ale odkąd, trochę przypadkowo, zamieszkaliśmy w blokach na przeciwko, nasze wcześniejsze tożsamości się dla nas zatarły i obaj przyjęliśmy bezpretensjonalne miano “sąsiada”.

Próbowałem skończyć zlecenie z wydawnictwa na projekt okładki o księżach pedofilach, żeby móc zabrać się za poprawki do projektu identyfikacji wizualnej nowej knajpy. Jej właściciele, z uroczym roztargnieniem, wymyślili, że będą serwować burgery – najwidoczniej przeoczyli, że bułki z kotletem być może ciągle jeszcze czasem przeżuwamy, ale z nieporównanie mniejszym entuzjazmem niż dziesięć lat temu.

Trudność z wizualnym ujęciem tematu pedofilii sprawiła, że moje myśli wróciły do Sąsiada. Zakładałem i zdejmowałem buty kilkukrotnie, wahając się, czy pójść do niego, czy jednak wycofać się z ingerowania w cudze życie. W końcu w dwóch różnych butach zapukałem do jego mieszkania.

Kiedy otworzył, wyglądał, jakby na kogoś czekał: na mnie, na dostawcę jedzenia, na inspektora drożności kominów.

– Masz buty nie do pary.
Bez pytania wszedłem do środka. Jego mieszkanie było bolesnym przedłużeniem przepaści, jaka nas dzieliła – niby bloki obok, ale jego mieszkanie było prawie dwa razy większe, na własność, niewynajmowane. Umeblowane z wystudiowaną nonaszalancją. Niby niepasujące meble ze złotej ery polskiego designu zupełnie przypadkowo dopełniały się kolorystycznie, a ich drewniane desenie współgrały ze sobą – jak by to powiedział mój ojciec – jak nienagannie skomponowana melodia.

– Przyszedłem spytać, co się dzieje. Nie widziałem cię ani w Żabce, ani przy śmietniku, ani pod blokiem, ani – nagle przyszło mi do głowy dramatyczne zwieńczenie tej wyliczanki – ani nawet na balkonie.
– Znowu w to wpadłem.

“To” oznaczało, że Sąsiad, na co dzień odnoszący sukcesy prawnik, aplikant adwokacki, pracownik prestiżowej kancelarii, wycofywał się nagle ze swoich aktywności. Zamykał się w domu i oglądał zazwyczaj jednym ciągiem całe sezony “Dr. House’a”. O “tym” rozmawialiśmy tylko wtedy, gdy “to” nadchodziło. W pozostałych okresach żaden z nas nie wspominał ani jego stanu, ani naszych rozmów.

– Potrzebujesz czegoś? Może zrobić ci zakupy? – stało się już tradycją, że dopiero pytanie praktyczne zachęcało go do uzewnętrznienia się.
– Nie, mam wszystko. Nie masz pojęcia, jaka to bezsilność. Jakbym był sparaliżowany. Zrobienie sobie kawy wydaje mi się wyzwaniem na cały dzień, z którym i tak mogę sobie nie poradzić. Mam już na szczęście nowe leki, więc może z tego wyjdę, choć średnio w to wierzę.

Choroba afektywna dwubiegunowa. Nie muszę stawiać znaku zapytania, Sąsiad dostał tę diagnozę już kilka lat temu. Miał całkowitą rację, nie wyobrażałem sobie jego bezsilności. Moja jest stała i nieparaliżująca. Spojrzałem na nowy, metaliczny ekspres do kawy i zbeształem się w myśli za to, że przez ten ułamek chwili nie rozumiałem jego stanu jeszcze bardziej.

Nie wiedziałem też, co to znaczy być w manii, próbowałem sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek mogłem być w podobnym stanie, ale jedyne, co przychodziło mi do głowy, to sytuacje, kiedy maniakalnie jadłem na każdy posiłek jakieś sezonowe warzywo lub owoc. To brzmi, jakbym umniejszał temu stanowi, więc lepiej przemilczeć konkretne przykłady. Posiedzieliśmy trochę w jego kuchni, wymieniając uwagi na zmianę melancholijno-depresyjne i zdroworozsądkowo-uspokajające. Kiedy wychodziłem, Sąsiad rzucił zamiast pożegnania:

– Weź może też pójdź na tę terapię. Ta twoja praca, związek, pomoże ci to, serio.

Zamiast na terapię, poszedłem do Żabki, udając przed samym sobą, że koniecznie potrzebuję trochę magnezu, zanim wrócę do okładki kryjącej obrzydliwe sekrety księży-pedofilów.

Popołudnie

Była-Niebyła zadzwoniła, gdy siedziałem wgapiony w bezruchu w program graficzny. Nasz związek został zamrożony i, jakby powiedział mój ojciec, jest jak zamrożone mamuty, które po rozmrożeniu nie wiadomo, czy będą żyły, czy nie. To znaczy z mamutami jest to chyba jasne, ale popularność krioniki świadczy o tym, że może należy wierzyć również w zmartwychwstanie naszego związku.

– Wpadnę za jakieś pół godziny po tę białą koszulę, którą kiedyś zostawiłam, ok?
Odpowiedziałem, że jasne, że jestem w domu i nigdzie się nie ruszam. Przez pół godziny zastanawiałem się nad tym, do czego potrzebna jest jej teraz biała koszula. Zapukała, jakby nie wchodziła do tego mieszkania przez kilka lat jako lokatorka. W podobny sposób spytała o to, gdzie jest jej koszula, której oczywiście nigdzie nie przewieszałem podczas jej nieobecności.

Zamrożenie naszego związku wyszło chyba od niej, ale byliśmy co do tego zgodni. Po iluś latach razem trudno jednoznacznie powiedzieć, czy chce się być dalej z tą samą osobą, czy nie oraz, czy w ogóle chce się z kimś być, a jeśli tak, to jakiej płci ma być ta osoba. Nie wiedząc nic, ale nie chcąc też zamykać za sobą drzwi, przez które jeszcze może będzie można przejść, nie pozostaje nic innego, jak takie zawieszenie.

– Po co ci teraz właściwie ta bluzka?
– Idę na jego obronę doktoratu. Myślisz, że trzeba być bardzo elegancko ubranym?

Zaimek “jego” odnosił się zawsze tylko do jednej osoby. Do jej byłego chłopaka z początku studiów, obecnie również psychiatry, tak jak ona. Nasz związek stale pozostawał, przynajmniej częściowo, w cieniu jej poprzedniej relacji.

– Po chuj idziesz na tę obronę? – zapytałem potulnie, mimo przekleństwa.
– Przecież doskonale wiesz, że on zajmuje się podobnym tematem, co ja. Chcę wiedzieć, do czego doszedł w swoich badaniach, jest teraz jednym z najlepiej zapowiadających się specjalistów.

Tym tematem była depresja, którą Była-Niebyła zajmowała się nie tylko, pracując w szpitalu psychiatrycznym jako lekarka-rezydentka, ale także, lecząc się sama przez lata naszego związku.

– A do czego nowego można dojść w tym temacie?
– Możesz od razu zrezygnować z tego sarkazmu.
– Pytam serio, jestem ciekawy, czy da się tu powiedzieć coś nowego.

Przyglądała mi się przez chwilę, ważąc to, na ile poważnie wyrażam moje zainteresowanie.

– Nie wiem, po co mnie prowokujesz. I to ty. Osoba, która ewidentnie powinna się zająć tym tematem. Ale wolisz bagatelizować, swój stan, psychologię, psychiatrię, naukę. I to dlaczego? Bo wkurwia cię ojciec, który na starość postanowił zostać terapeutą szemranej szkółki.

Szczerze się zaśmiałem z jej ostatnich słów, szczególnie z “szemranej szkółki”. Nikt nie potrafił trafiać w sedno tak jak ona.

– Dobra, wiesz co, skoro cię to wszystko bawi, to wychodzę, tkwij sobie tu sam z tym swoim spierdolonym życiem.
Zrobiłem tak, jak mi poradziła.

Wieczór

Kiedy już prawie skończyłem babranie się w okładce, zajrzałem po raz któryś do przeglądarki, w której miałem otwarte kilkanaście kart. Artykuły do przeczytania na później, projekty, które wpadły mi w oko, rzeczy, które może kiedyś kupię, filmiki z tutorialami, z których w wolnym czasie nauczę się nowej pasji. Na Facebooku iluś znajomych udostępniło post z informacjami o pogrzebie. Post został zamieszczony na profilu osoby, która zmarła. Kojarzyłem ją, była znajomą znajomych, chyba studiowała na tej samej uczelni, co ja. Przypomniałem sobie, że widziałem ją w ostatnich latach, gdy zanosiłem jakieś podania o
wznowienie, łudząc się wtedy, że w tym samym roku się obronię.

W poście nie było oczywiście żadnej informacji o przyczynie śmierci, oprócz sformułowania “nagła”. Jednocześnie było dla mnie dosyć oczywiste, że chodzi o samobójstwo.

Jest coś perwersyjnego w przeglądaniu profilu osoby, która, już wiadomo, że podjęła ostateczną decyzję. Post sprzed pół roku z pytaniem, kto jedzie do Berlina, wcześniejsze zdjęcia z Erasmusa we Włoszech, wakacji we Francji, obrony licencjatu z rzeźby.

Próbowałem wyśledzić gdzieś między wierszami, linkami, zdjęciami i gifami jakieś zapowiedzi. Nie wiem, czego szukałem, chyba atrybutów śmierci. Może pożegnania, przedwczesnego nekrologu, zimnej ręki. Przeszukiwałem komentarze z detektywistyczną skrupulatnością i nieodmiennie miałem to samo okropne wrażenie – że zazdroszczę jej życia. Przynajmniej tego, które prowadziła w mediach społecznościowych.

Nic nie wiem o jej cierpieniu i pewnie nigdy się nie dowiem. Znam tylko to moje, małe, przytłumione. Samobójstwo przy nim – mówiąc po ojcowsku – to jak ozdobny nożyk do papieru, którym zaczęłoby się obierać ziemniaki. Złamanie estetycznej zasady decorum.
Jakaś niepoważna, histeryczna reakcja.

Na czacie napisała do mnie Była-Niebyła:
– Przepraszam, że tak wybuchłam dzisiaj.
– Wybuchłaś? Nawet nie zauważyłem.
– No tak, to jest chyba twój największy problem. Emocje. To znaczy brak wielkich emocji.
– Czy to należy leczyć?

Wyświetliła wiadomość, ale już na nią nie odpowiedziała.

Obraz: Charles Conder, „Impressionists’ camp”

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *