Manekin

Autor: Tomasz Witkowski
Słowa
22 lip 2024
Brak komentarzy

Tekst zgłoszony do nas we Wiosennym konkursie na opowiadanie

Jak każdego popołudnia Chris nie miał co ze sobą począć. Siedział na ławce gapiąc się bezmyślnie przed siebie. Jego bezczynny umysł ożywił się na chwilę dostrzegłszy sporą kępkę trawy wyrastającą z rynny pobliskiego domu otoczonego nienagannym trawnikiem, koszonym regularnie przez magistrackie roboty. „Nikt jeszcze nie pomyślał o maszynach do koszenia rynien” – zauważył z pewnym zadowoleniem i ożywiony zaczął uważniej przyglądać się tak dobrze znanemu i tak przeraźliwie nudnemu otoczeniu. Po chwili dostrzegł niewielki mlecz wyrastający na styku dwu płaszczyzn wykładziny pokrywającej od dawna przez nikogo nieużywany kort tenisowy. To odkrycie pobudziło go do dalszych poszukiwań. Pomiędzy murkiem a chodnikiem zobaczył niedopałek papierosa niewessany przez sprzątające ulice odkurzacze.

Penetrację otoczenia w poszukiwaniu niezauważalnych na co dzień usterek doskonałego świata przerwały mu bełkotliwe okrzyki siedzących nieopodal mężczyzn. Raczyli się „darmochą”, jak wszyscy nazywali whisky, której bezpłatny miesięczny przydział można było pobrać z rozstawionych na osiedlach automatów. Był tak obliczony i dopasowany do indywidualnych parametrów fizjologicznych, że wystarczał, aby codziennie przyćmić nieco umysł. Jednak wielu z nich, jak mężczyźni obok Chrisa, powstrzymywało się przez kilka dni od picia, aby potem wlać nieco więcej ognia w żyły. Niektórzy grą w karty lub kości powiększali lub pomniejszali swój przydział „darmochy”. W ten niewyszukany sposób ludzie żyjący z dochodu gwarantowanego przez państwo, nazywający samych siebie „gwarantami”, urozmaicali monotonię codziennej egzystencji.

Chris podniósł się z ławki i poczłapał przed siebie, żeby nie słuchać wzajemnych przekrzykiwań pijących. Nie osiągnął jeszcze wieku, w którym przysługuje „darmocha”. Owszem, próbował alkoholu podprowadzonego przez kumpli ich rodzicom. To było fajne przeżycie. Ogień we krwi! Ale kiedy trzeźwy patrzył na pijących, gardził ich chwiejnym krokiem i bełkotliwymi okrzykami. Marzył, że dostanie kiedyś pracę i dołączy do arystokracji „mrów”, jak z pogardą, mającą swoje korzenie w rozpaczliwej zazdrości, nazywali ludzi zasługujących na pracę. Nic jednak nie podsycało tych marzeń. Rodzice jego i jego rówieśników od zawsze byli „gwarantami”. Podobnie starsze rodzeństwo. Niektórzy dziadkowie, co prawda opowiadali o dawnych czasach, kiedy to prawie wszyscy ludzie mieli pracę i zachęcali młodych do nauki, ale traktowano ich opowieści bardziej jak legendy, niż rzeczywistość, która mogłaby kiedykolwiek powrócić.

„Gwaranci” mieszkali w należących do państwa nowoczesnych domach, ale we wnętrzach, gdzie nie sięgały szczotki, spryskiwacze i ostrza magistrackich robotów panował przygnębiający nieład i brud, charakterystyczny dla miejsc zasiedlonych przez ludzi, którym przestało zależeć na czymkolwiek. Podobnie ponury widok przedstawiały boiska sportowe. Wysiadujący na ławkach i sączący „darmochę” mieszkańcy dawno już przestali z nich korzystać, nie widząc sensu w angażowaniu wysiłku dla niego samego. Gdyby im ktoś zapłacił, tak jak tym pięknym silnym chłopcom kopiącym piłkę, których znali z ekranów telewizorów, z pewnością zmieniłoby to postać rzeczy. Ale na to nie mogli liczyć, a do tego wszyscy wiedzieli, że zachęcanie ich do uprawiania sportu ma przede wszystkim zmniejszyć koszty opieki zdrowotnej, którą i tak otrzymywali za darmo, więc dlaczego miałoby im zależeć?

Wlokąc się z wolna przed siebie Chris nagle stanął jak wryty. Naprzeciw niego szła prężnym krokiem Jo Wood.

– Co się tak gapisz? – rzuciła mijając Chrisa, którego zalała fala wstydu, zażenowania i złości na samego siebie, że tak głupio się zachował, a na dodatek zapomniał języka w gębie. Jo, od czasu kiedy zobaczył ją po raz pierwszy, budziła w nim dreszcz. Była nie tylko piękna, lecz również bardzo dumna. Miała ku temu powód – jej ojciec był „mrówą”. Patrzyła na niego z góry, a może w ogóle go nie zauważała nie odróżniając od podobnych mu „gwarantów”? Ale jemu to nie przeszkadzało. Był nią tak zauroczony, że gotów był znieść wszelkie upokorzenie, aby tylko znaleźć się w zasięgu jej wzroku. Nie rozumiał tylko, dlaczego „mrówa” ze swoją rodziną przeprowadził się na osiedle „gwarantów”, a ona nie chodzi do prywatnej szkoły.

– To pewno blagier, taki sam jakim kiedyś był Tylor – rzucił w odpowiedzi zapytany o to
ojciec Chrisa.
– A co robił ten Tylor? – dopytywał chłopak.
– Chodził codziennie do pracy. Rozumiesz? Najzwyczajniej w świecie, każdego dnia o tej samej porze wychodził z domu z teczką, wsiadał w autobus i zasuwał do pracy. Tak całymi miesiącami. Nosił się tak samo dumnie, jak ojciec Jo. No i wszyscy mu zazdrościli jak cholera – wyjaśnił ojciec.
– A gdzie pracował?
– Nigdzie.
– Nigdzie? – zdziwił się Chris.
– Udawał, że pracuje.
– Całymi miesiącami?
– Tak.
– A skąd to wiesz?
– Pewnego razu Jack, wiesz, ten z naprzeciwka – tłumaczył ojciec – przyuważył go w nocy przy automacie z „darmochą”, a przecież „mrówom” nie należy się przydział. Wydało mu się to podejrzane, więc z kumplem zaczęli uważniej mu się przyglądać. Jeszcze parę razy widzieli go w nocy przy dystrybutorze. Chodził tam jak wszyscy spali, żeby nikt go nie zobaczył.
– No, ale to, że tankował „darmochę” nie świadczy chyba jeszcze o tym, że udawał, że pracuje? – spytał Chris.
– Nie, dlatego chłopaki postanowili sprawdzić dokładnie, dokąd codziennie jeździ i co robi.
– I czego się dowiedzieli?
– Uważasz, gość codziennie zasuwał do parku, siadał sobie na tej samej ławce i siedział te parę godzin, podczas których prawdziwe „mrówy” pracują. O jedenastej otwierał teczkę, wyciągał z niej drugie śniadanie, zjadał, popijał darmochą, a jak wybiła godzina fajrantu, wracał autobusem do domu.
– Po co to robił? – zdziwił się Chris.
– A kto go może wiedzieć? Może sam chciał się poczuć lepszy od innych? A może po prostu chciał nam imponować?
– Co się z nim stało?
– Zniknął po tym, jak Jack z kumplem opowiedzieli o wszystkim w osiedlu. Facet nie miał po tym u nas życia. Jego dzieciaki ze wstydu przestały chodzić do szkoły. Więc zabrał się i wyprowadził. – W głosie ojca brzmiała satysfakcja.
– Myślisz, że ten Wood też udaje?
– A widziałeś kiedy, żeby „mrówy” mieszkały na jednym osiedlu z „gwarantami”? Oni zawsze trzymają ze sobą.
– A ci, co byli „gwarantami” i dostali pracę?
– A znasz takich? Bo ja przez całe życie tylko nasłuchałem się podobnych historii, ale nikogo takiego nigdy nie spotkałem.

Chris, podobnie jak większość jego rówieśników, chciał jednak wierzyć w historie o „gwarantach”, którzy zasłużyli na pracę. Gdyby miało być inaczej, po co by im kazali przez tyle lat chodzić do szkoły? Jaki sens miałoby życie, bez takiej perspektywy? Jo rozbudziła w nim te nadzieje. Chciał stać się jej godnym, zostać „mrówą”, zasłużyć na nią i wieść życie takie jak ona, a nie jak jego rodzice kłócić się z kimś w przyszłości o „darmochę” i oglądać bezabonamentowe programy w telewizji. Ale wcześniej musiał sprawdzić to, co sugerował ojciec. Gdyby okazało się, że ma rację, jego wysiłek nie miałyby najmniejszego sensu.

Nie miał pomysłu, jak to zrobić, więc postanowił powtórzyć to, o czym opowiadał mu ojciec. Któregoś ranka zaczaił się w pobliżu domu Jo, a kiedy pan Wood, ubrany jak zwykle w nienaganny garnitur, skierował się na przystanek autobusowy, ruszył za nim trzymając się w bezpiecznej odległości. Do autobusu wskoczył w ostatniej chwili przez tylne drzwi. W środku pełno było plotkujących „gwarantek”, niektóre z dziećmi. W przeciwieństwie do swoich mężów pochłoniętych oglądaniem niekończących się turniejów i mistrzostw piłki nożnej, wolały spędzać czas w galeriach handlowych. Tam zawsze działo się coś ciekawego, rozdawano darmowe próbki towarów, organizowano jakieś konkursy. Chris znał to doskonale, bo jego matka, kiedy był mały i nie miała co z nim zrobić, a nachodziła ją ochota na shopping, ciągała go tam ze sobą.

Autobus opustoszał na głównym przystanku przed ogromnym centrum handlowym. Wśród wysiadających Chris dostrzegł również ojca Jo. „Cholera, może stary miał rację?” – przemknęło mu przez myśl, kiedy szedł za nim starając nie rzucać się w oczy. „Może gość włóczy się przez parę godzin po centrum handlowym, udając, że jest w tym czasie w pracy?” – zastanawiał się Chris, ale po chwili odrzucił tę myśl. Przecież tutaj jest pełno ludzi z jego dzielnicy. Prędzej czy później odkryliby taką mistyfikację.

Wood tymczasem skierował się do podziemnego parkingu, wsiadł do windy i zanim Chris pokonał dzielący ich dystans, winda ruszyła w dół. Pobiegł schodami, ale klatka schodowa oddzielona była od poszczególnych pięter ognioodpornymi drzwiami, więc nie mógł dostrzec, gdzie zatrzymała się winda. Zbiegł na sam dół i nacisnął przycisk przywołujący windę. Po chwili rozsunęły się przed nim automatyczne drzwi ukazując puste wnętrze windy. Wszedł i wcisnął przycisk wyższego piętra. Kiedy wjechał wyżej, rozejrzał się wokół. Wszędzie kręcili się jacyś ludzie, ale Wooda nigdzie nie dostrzegł. W ten sposób sprawdził wszystkie pięć poziomów. Ojciec Jo musiał wysiąść na jednym z wyższych pięter i wsiąść do samochodu. Zrezygnowany powlókł się do galerii handlowej.

Mógł teraz wrócić do domu, lub odczekać sześć godzin, bo zwykle tyle czasu pracowały „mrówy” i spróbować spotkać Wooda na którymś z pięter. „Na pewno nie wysiadł na ostatnim, bo biegłem bardzo szybko, więc winda nie zdążyłaby zawieść ojca Jo na dół, pojechać w górę i wrócić do mnie tak szybko” – kombinował. „Mogę za sześć godzin zaczaić się na przedostatnim piętrze w okolicy wejścia do windy. Jeśli będę miał szczęście, spotkam go, jeśli nie, przynajmniej upewnię się, że wysiada na którymś z trzech wyższych.” Oczywiście brał pod uwagę, że Wood może wcale nie wracać tą samą drogą, że jeśli korzystał z parkingu, to mógł wrócić na inne piętro. Ale z drugiej strony nie szedł tam chyba do własnego samochodu, bo dlaczego by jeździł do centrum autobusem? A samochody służbowe zwykle miały miejsca przydzielone w wydzielonych sektorach.

Przez sześć godzin Chris robił to, co masy „gwarantów” robiły codziennie od lat – włóczył się po galeriach handlowych, kosztował darmowych, jednakowych w smaku próbek syntetycznej żywności, gapił się na wystawy luksusowych sklepów, do których ze względu na ceny zachodziły tylko „mrówy” i członkowie ich rodzin. Przymierzał ubrania i buty, których nie zamierzał kupić, wysiadywał na ławce przy fontannie pijąc darmową kawę z automatu i przyglądając się z zainteresowaniem każdemu, kto zdawał się być „mrówą” i usiłując zgadnąć czym się zajmuje. Wreszcie, na pół godziny przed spodziewanym czasem powrotu Wooda udał się na parking gdzie na przedostatnim piętrze schował się za filarem, zza którego miał dogodny widok na okolicę drzwi do windy.

Kilka minut po szesnastej ruch przy windzie nasilił się. „Mrówy” wracały z pracy. Chris wytężał wzrok, ale nie dostrzegł wśród nich Wooda. O szesnastej trzydzieści dał za wygraną i powlókł się do autobusu. Wracając postanowił, że następnego dnia przyjedzie do centrum wcześniejszym autobusem i zaczai się na minus trzy, a jeśli i to się nie powiedzie, znowu spróbuje o szesnastej na minus dwa. Ten plan powinien się powieść. Pierwszego piętra nie brał pod uwagę, bo było ono zarezerwowane dla bardzo bogatych „mrów”, które miały po kilka samochodów. Były tam silne stacje ładowania, gdzie trzymali cały czas naładowany jeden samochód. Przyjeżdżali na zakupy rozładowanym, zostawiali go i wracali do domu tym, który ładował się całą noc lub kilka dni. „Gwaranci” rzadko posiadali swoje samochody. Ich ubezpieczenie było zbyt drogie, a poza tym, dokąd mieli jeździć? Wszędzie mogli dotrzeć bezpłatną komunikacją publiczną, wyjazdy weekendowe i wakacyjne też były organizowane przez Ministerstwo Czasu Wolnego i Rozrywki z funduszy państwowych. Tylko szaleńcy mogli próbować naśladować „mrówy” i urzeczywistniać jakieś swoje indywidualne fanaberie.

Nazajutrz Chrisa znowu spotkało rozczarowanie. Wood nie pojawił się rano ani na minus trzy, ani o szesnastej na minus dwa. Pozostawała więc mało prawdopodobna możliwość, że albo ojciec Jo wysiada codziennie z windy na minus jeden, albo w jego porannych podróżach nie ma żadnej prawidłowości, a wysnute przez Chrisa przypuszczenia nijak mają się do rzeczywistości. Nie mając nic lepszego do roboty, następnego dnia znowu wybrał się na parking i bez większych nadziei zaczaił za filarem na poziomie minus jeden.

Nagle drgnął. Tak, to on! Pan Wood we własnej osobie wysiadał właśnie z windy i pewnym krokiem kierował się do sektora C, gdzie na jego powitanie zamrugała światłami wielka autonomiczna limuzyna w stylu retro. „O jasny gwint!” – zaklął w duchu Chris. „Czy to możliwe, że to jego auto?” Ale rozmyślania przerwało mu to, co zobaczył. Wood usadowił się za kierownicą i najwyraźniej zamierzał własnoręcznie prowadzić samochód, co było przecież surowo zabronione! Tylko nieliczne „mrówy” zdobywały zaświadczenia umożliwiające im ręczne prowadzenie samochodu, a i to najczęściej z ograniczeniem do zamkniętych torów, lub wydzielonych obszarów o bardzo małym natężeniu ruchu. Człowiek samodzielnie prowadzący auto stanowił śmiertelne zagrożenie dla innych. Nowsze pojazdy nie miały nawet fabrycznej opcji trybu ręcznego. A mimo to, pan Wood, z rękoma na kierownicy, na miejscu, którego nie można było podczas podróży zajmować, kierował samochód do wyjazdu z parkingu. Myśli zakotłowały w głowie Chrisa.

Żeby upewnić się, że Wood zostawia auto w tym samym miejscu, postanowił zaczekać do szesnastej. I znowu oddawał się czynnościom, na które poświęcały swój czas miliony „gwarantów” opłacanych za to tylko, żeby nie przeszkadzali maszynom w dokładnym i precyzyjnym wykonywaniu tego, do czego zostały stworzone. Ale w tłumach przelewających się ruchomymi schodami z piętra na piętro nie było pana Wooda. On robił coś, czego potrzebował ktoś inny. Nie zabijał czasu, jak oni wszyscy. Należał do elity, której wszyscy tak bardzo zazdrościli – znał sens swojego wysiłku. Parę minut po szesnastej Chris ujrzał go wjeżdżającego na to samo miejsce parkingowe, podobnie, jak o poranku – za kierownicą auta.

Chris zagryzł wargi. Jakżeż bardzo zazdrościł mu w tym momencie! Jak bardzo pragnął móc znaleźć się kiedyś na jego miejscu! „Oddałbym za to swój dożywotni przydział ‘darmochy’” – zadeklarował w duchu, choć nadal nie wiedział czym się Wood zajmuje i dokąd jeździ tą limuzyną. Rosła w nim jednak determinacja, aby się tego dowiedzieć, a przede wszystkim tego, jak Woodowi udało się zasłużyć na pracę.

Jeszcze zanim zaczął śledzić ojca Jo, Chris wypełnił online ankietę zdrowia psychicznego, w której skarżył się na stany depresyjne wywołane nadmiernym przeciążeniem szkolnymi obowiązkami. Algorytmy były tak ustawione, że w obawie przed próbami samobójczymi zawsze usprawiedliwiały nieobecność w szkole. Trzeba było tylko pamiętać, aby codziennie spotkać się na pół godziny z wirtualnym terapeutą i ponarzekać trochę, więc Chris dopilnował tego, aby móc nadal śledzić Wooda, choć ciągle nie miał pomysłu jak dowiedzieć się czegoś więcej. Przebywanie w strefie wyjazdu z parkingu było surowo zakazane, więc nie mógł tam pójść, aby zobaczyć w jakim kierunku jedzie limuzyna prowadzona przez ojca Jo. Z braku lepszych pomysłów postanowił następnego dnia raz jeszcze upewnić się, że Wood powtarza to, co udało mu się już raz zaobserwować.

Dotarł na parking wcześniejszym autobusem i zajął swoje miejsce obserwacyjne za filarem. Co parę minut winda zatrzymywała się, a z wnętrza wychodziło kilka osób. „Powinien już tu się pojawić” – pomyślał Chris i w tym samym momencie poczuł silny ucisk ręki na swoim ramieniu. Odwrócił się gwałtownie. Przed nim stał Wood.

– Kto ci kazał mnie śledzić? – zapytał stanowczo.
– Ja… Nikt… – jąkał się Chris.
– Jesteś na tyle głupi, że nie przewidziałeś, że twoje zachowanie zostanie wychwycone przez monitoring?

Faktycznie! Chrisowi przyzwyczajonemu do wszechobecnych kamer do głowy nie przyszło, że mogą wyróżnić jego dziwne ukrywanie się za filarami. Po prostu nigdy w swoim życiu nie zrobił nic, co zasługiwałoby na uwagę systemów monitorujących i nie miał z nimi do czynienia. Teraz było oczywiste, że Wood wie o wszystkim.

– Masz szczęście, że znam cię z naszej dzielnicy. Gdyby nie to, zajęłaby się tobą ochrona parkingu. Zresztą, oddam cię w ich ręce, jeśli natychmiast nie wyjaśnisz mi swojego zachowania – kontynuował mężczyzna.
– Panie Wood, przepraszam… – bąkał Chris – ja tylko tak bardzo chciałem dowiedzieć się, gdzie pan pracuje…
– Dlaczego?
– Bo ludzie mówią, że pan tylko udaje, że jest „mrówą”… – wyjaśnił chłopak.
– I wysłali cię na przeszpiegi?
– Nie… Ja sam…
– Ale po co?
– Bo ja tak bardzo chciałbym kiedyś zasłużyć na pracę. Wszyscy mówią, że to mrzonka, a pan jest jedyną „mrówą”, jaką znam…
– Ach tak! Dobrze, chodź ze mną, pokażę ci moją pracę – mówiąc to Wood ruszył pewnym krokiem w stronę limuzyny, a Chris niepewnie poszedł za nim.
– Siadaj – rozkazał mężczyzna otwierając drzwi samochodu, a Chris niepewnie zajął wskazane miejsce z przodu. Wood usiadł za kierownicą, odłączył ładowanie autai uruchomił je wybierając program autonomicznej jazdy i adres. Chris przyglądał się wszystkiemu z najwyższą uwagą. Kiedy pojazd ruszył stała się rzecz przedziwna. Mężczyzna uniósł ręce i zatrzymał je tuż nad kierownicą. Limuzyna lawirowała pewnie wąskimi uliczkami parkingu kierując się do wyjazdu, a Wood nie dotykając kierownicy imitował ruchy kierowcy nie ingerując w działania maszyny. Robił to tak płynnie, że nawet siedzący obok Chris nie mógł oprzeć się wrażeniu, że mężczyzna kieruje pojazdem. Teraz zrozumiał, że poprzedniego dnia uległ złudzeniu.

– Ale dlaczego? – wybąkał skonfundowany chłopak, gdy tymczasem samochód opuścił parking i płynnie włączył się w ruch.
– Zobaczysz – zapewnił mężczyzna nadal trzymając ręce tuż nad kierownicą i w skupieniu imitując ruchy kierowcy. Sytuacja na drodze nie obchodziła go zupełnie, choć wzrok miał skierowany przed siebie, a czasami rozglądał się na boki i spoglądał w lusterka, kiedy auto zmieniało pas ruchu. Po chwili znaleźli się przed fasadą elitarnej prywatnej szkoły.
– Wysiądź i poczekaj tu na mnie po drugiej stronie ulicy na tamtej ławce. – Wood wskazał ręką mały skwer. – Za chwilę tu wrócę. Obserwuj wszystko uważnie.

Mniej więcej po kwadransie limuzyna Wooda ponownie pojawiła się na podjeździe szkoły. Wood wysiadł, otworzył tylne drzwi, przytrzymał je i stanął wyprostowany, a z samochodu wybiegła rozradowana, najwyżej dziesięcioletnia dziewczynka machając do Wooda na pożegnanie i kierując się wprost do wejścia szkoły. Mężczyzna zamknął drzwi, obszedł samochód i zajął miejsce kierowcy. Limuzyna zatoczyła majestatycznie koło i zatrzymała się przy skwerku. Wszystko to do złudzenia przypominało scenę z jakiegoś starego dwudziestowiecznego filmu.
– Wsiadaj! – polecił Wood i Chris posłusznie zajął swoje poprzednie miejsce.

Tego dnia odwiedzili jeszcze kort tenisowy, gabinet masażu i ponownie szkołę. Wszędzie Wood zostawiał Chrisa, odjeżdżał i przywoził kogoś, a po pewnym czasie odwoził i za każdym razem odbywał się rytuał z filmów retro. Mężczyzna nie mówił wiele i nie odpowiadał na nieśmiałe pytania chłopaka. Dopiero wracając na parking Chris nie wytrzymał:

– Panie Wood, ale dlaczego pan to robi? Przecież ten samochód reaguje na słowne polecenia, pan jest tu zupełnie niepotrzebny!
– Niepotrzebny powiadasz? Więc niepotrzebnie mnie śledziłeś przez kilka dni, bo chyba nie po to, żeby dowiedzieć się jak to jest być niepotrzebnym? – stwierdził raczej niż spytał Wood.
– Nie… to znaczy… – Chris nie potrafił sformułować myśli. – Dlaczego oni?
– Widzisz chłopcze, ci ludzie, którzy mnie zatrudniają, chcą się czuć tak, jak kiedyś czuli się ludzie, kiedy to nie maszyny, ale inni żywi ludzie dla nich pracowali. Mogą powiedzieć do samochodu, żeby otworzył drzwi, ale wolą, żebym to ja zrobił. To jest kasta najbogatszych „mrów”, a wśród nich największym prestiżem cieszą się ci, którzy mają swoich szoferów, służących, a ich dzieci guwernantów – wyjaśnił mężczyzna.
– Ale… przecież… Przecież pan jest dla nich tylko takim… Takim manekinem!
– Manekinem powiadasz?
– No tak… – speszył się chłopak.
– Oglądałeś kiedyś jakiś film? – spytał Wood.
– Też pytanie! Przecież wszyscy ciągle oglądamy telewizję – filmy, mecze, teleturnieje – odparł Chris.
– A czy wierzysz, że to, co się dzieje w filmie, wydarzyło się naprawdę? – drążył mężczyzna.
– Nie no, skąd! Wszyscy wiedzą, że to jest specjalnie nagrywane i udawane.
– Więc wszyscy aktorzy są manekinami?
– No nie, to artyści! –zaprotestował chłopak.
– Również ci, którzy udają szoferów?
– No… – Chris tracił pewność siebie – chyba tak.
– Więc co różni artystę od manekina?

Chris pogubił się i zamilkł. Logika rozumowania Wooda była nie do podważenia. On udawał szofera tak samo jak aktorzy udawali różne role, które im przydzielano. A jednak coś się w nim buntowało przeciwko takiej pracy. Czy takie miało być to jego wymarzone zajęcie? Ten awans do kasty „mrów”?

Tymczasem samochód wjechał na parking i Wood wyłączył go i podłączył ładowanie. Zrobił ręcznie, nie używając poleceń głosowych. Wysiedli, wyjechali windą na poziom zero i w milczeniu skierowali się na przystanek autobusowy.

– Nadal marzysz o pracy? – przerwał ciszę mężczyzna.
– Sam nie wiem… – Po całym tym dziwnym dniu Chris stracił determinację, którą jeszcze tak mocno odczuwał poprzedniego dnia.
– Więc chyba nie zależy ci na niej tak bardzo, jak mi o tym mówiłeś rano. – odgadł jego myśli Wood.
– Zależy, tylko…
– Tylko chciałbyś sam decydować o tym, co będziesz robił?
– No właśnie! – zgodził się Chris.
– A czy teraz właśnie tego nie robisz, podobnie jak miliony innych „gwarantów?
– To nie tak… – Logika mężczyzny znowu odbierała argumenty chłopakowi. – Przecież nie mogę robić tego wszystkiego co wy „mrówy” robicie, bo mnie na to nie stać.
– Wydaje ci się, że o tym wszystkim, co dzisiaj robiłem i dokąd jeździłem ja sam decydowałem? – spytał Wood.
– No nie…
– Chciałbyś więc sam decydować o wszystkim co będziesz robił i jednocześnie korzystać z przywilejów tych, którzy potrafią służyć innym?
– Chciałbym, żeby to wszystko miało sens.
– Chris, tobie podoba się Jo, prawda? – Wood nieoczekiwanie zmienił temat.
– Tak… – wybąkał zaskoczony Chris.
– A gdyby ona poprosiła cię, żebyś dla niej został takim manekinem, zgodziłbyś się?
– To co innego, to byłby honor dla mnie!
– A co sprawia tę różnicę?
– No…
– Jo jest kimś ważnym dla ciebie? – podpowiedział Wood.
– No właśnie! – przyznał Chris.
– Wiesz dlaczego wszyscy wolą pracę maszyn niż ludzi?
– Są tańsze, dokładniejsze…
– I wszyscy, dla których pracują są dla nich jednakowo ważni. Nie przebierają. Nie wyróżniają nikogo. Czy sprzątają u ciebie, czy u mnie, robią to jednakowo dokładnie. Ty chciałbyś być lepszy od maszyn, a nie potrafisz zrozumieć, że najpierw musisz im dorównać.
– Panie Wood, czy już tylko taka praca, jak ta, którą pan wykonuje, została dla ludzi?
– Posłuchaj Chris, praca to służenie. Każdy, kto ją wykonuje, bez względu na to jak ważną jest „mrówą”, służy w jakiś sposób innym. Jeśli chcesz coś robić dla innych, to musisz robić to, czego od ciebie oczekują, nie to, co ty byś chciał. Musisz zapanować nad sobą.
– Ale…
– Pamiętaj Chris, że ten, kto potrafi opanować siebie samego, więcej znaczy niż zdobywca miasta.

Ale Chris nie potrafił poukładać sobie tego wszystkiego w głowie, więc o tym, co zobaczył opowiedział ojcu, żeby poznać jego zdanie. Kilka dni wystarczyło, aby mieszkańcy osiedla poznali szczegóły pracy Wooda. Podawaną z ust do ust opowieść szybko wzbogacili o nieistniejące szczegóły. Z czasem przestali też używać jego nazwiska. Teraz był dla nich „Manekinem”.

Kiedyś, włócząc się po osiedlu, Chris z daleka zobaczył Jo, ale gdy i ona go dostrzegła,
zawróciła.

Obraz: August Macke „Scene Under the Arcades in Thun”

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *