Pogoda dla szczęściarzy: Goryczka
Tomek Goryczka zatrudnił się jako kierowca orbisowskiego autokaru. Jeździł po całej Polsce, poznawał nowe miejsca, nowe kobiety i wszędzie opowiadał o wielkiej krzywdzie jaka go spotkała u Zarembów. Za każdym razem ta krzywda w jego opowieściach rosła i coraz bardziej bulwersowała słuchaczy. Był tak przekonujący, że po jakimś czasie przekonał samego siebie, że wszystko, co opowiadał, naprawdę się wydarzyło, jak to często zdarza się patologicznym kłamcom. Po każdej trasie umawiał się z Piotrkiem w Starej Gminy, by oszołomić go swoimi przeżyciami. Udawało mu się to bez trudności. Bawił się jego lękami. Zauważył, że nowego kolegę łatwo zranić słowem i że uprzejmość wobec innych jest dla niego sposobem uniknięcia zranienia. Oczekiwanie, że na jego uprzejmość inni odpowiedzą mu tym samym, wydawała mu się żałośnie naiwna, ale zaspokajał je, gdyż był dla niego przydatny.
Mama Piotrka coraz głośniej rozmawiała sama ze sobą. Tego popołudnia robiła pranie w kuchni, gdzie umieściła swoją „Franię” (strzegła jak skarbu swojej nowej pralki wirnikowej) i debatowała nad przemianą swojego syna. „Do cna przerobił mojego Piotrka! Odkąd zadaje się z tym Goryczką, jest taki chamski! Nawet przeklina, choć zupełnie do niego to nie pasuje. Nie tak go wychowałam. Po co to wszystko? Nie warto mieć dzieci.” Piotrek usłyszał te słowa. Akurat wychodził z domu na ognisko do Goryczki. Stanął jak porażony. Chciał wrócić i spytać mamę, czy żałuje, że go urodziła. Pragnął, tak jak wszyscy, by ktoś go kochał nie za coś, lecz mimo wszystko. Był przekonany, że kto jak kto, ale mama powinna mu to dać. Pokręcił się w sieni i wybiegł z domu. Za bardzo bał się zapytać ją o to. Poza tym było już późno, a na ognisku miało się wydarzyć coś szczególnie ważnego. Był zaintrygowany. Mama usłyszała jego kroki, otworzyła drzwi kuchni i spytała, gdzie tak się spieszy. Nie było odpowiedzi. I tak wiedziała, gdzie. Tęskniła za dawnymi latami, gdy jej syn każdą wolną chwilę spędzał z Jackiem i Magdą. Wtedy narzekała na to. Ogarnęła ją melancholia. Znowu mieć takie powody do narzekania, powiedziała do siebie.
W dzieciństwie Piotrek bawił się wyłącznie z Jackiem i Magdą. Mówili o sobie, że są najlepszymi przyjaciółmi na świecie i że tak będzie zawsze. Zawsze wymyślali nowe zabawy na boisku lub nad Żylicą, gdzie, zależnie od pory roku, budowali zapory lub latawce. Po zabawie chodzili, na zmianę, do Zawiłów lub Zarembów, gdzie można było zjeść coś dobrego. Piotrek cenił to sobie, choć wstydził się do tego przyznać. Rodzice Jacka i dziadkowie Magdy wiedzieli o tym i tę wiedze starannie przed nim ukrywali. Matyjowa nie lubiła gotować, a jej mąż uważał, że to jest zadanie kobiety. Jakość wyżywienia domowników poprawiła się całkiem niedawno, gdy Jola zajęła się handlem obwoźnym i w ramach wymiany towarowej zdobywała mięso oraz wędliny, pomimo braku kartek na mięso i wędliny, których nie przyznawano rolnikom. Gospodarzyli bowiem na kamienistej ziemi w trzech parcelach o całkowitej powierzchni jednego hektara i jednego ara.
Jako nastolatkowie zapałali namiętną miłością do kina. W miejscowym kinie każdego tygodnia urządzano dwie premiery, więc byli tam przynajmniej dwa razy w tygodniu. Niekiedy trzy, a nawet cztery razy, gdy jakiś film ich olśnił. Od czasu do czasu, ze względu na ograniczenia wiekowe, mieli trudności z wejściem do kina. Zawsze znaleźli jakiś sposób, by je obejść. Fascynacja kinem nauczyła ich cwaniactwa. Każde wspólne wyjście kończyło się w pokoju Jacka. Był szczęśliwym posiadaczem własnego pokoju wyposażonego w wieżę stereo i telewizor z magnetowidem, a przede wszystkim w osobne wejście. To było najcenniejsze. Rodzice nie wiedzieli, kiedy wchodzą, a przede wszystkim, kiedy wychodzą z pokoju. Jedli lody, które kupowali w cukierni Pytlika (nigdzie na Żywiecczyźnie nie można było kupić lepszych), słuchali ostatnich przebojów, a na koniec oglądali filmy. To były najlepsze chwile każdego tygodnia, których wyczekiwali z niecierpliwością. Jacek zdobył kasety z „Ptakami ciernistych krzewów”. Obejrzeli już dwa odcinki i Piotrek wstał z fotela, bo musiał iść do domu. Mama zrobiłaby mu awanturę, gdyby wrócił zbyt późno, czyli po dwudziestej drugiej. Poprosił przyjaciół, by poczekali na niego z oglądaniem kolejnych odcinków. Chciał wiedzieć, co będzie dalej. Oni jednak nie chcieli czekać. Do rana obejrzeli wszystkie odcinki. Wzruszając się niemożliwą miłością Ralpha i Meggie postanowili żyć razem. Zrozumieli, że łączy ich coś więcej niż przyjaźń. Nie mogli wiedzieć, że cierniowy ptak zaśpiewa również dla nich. Natomiast Piotrek czuł się zdradzony przez swoich jedynych przyjaciół i pod byle pretekstem unikał spotkań z nimi. Cierpiał i przekonywał samego siebie, że nie może być intruzem. Później wybuchła afera z anonimami i już zupełnie nie wiedział, jak ma się za chować.
Ostatni raz widział Magdę, gdy wyjeżdżała ze swoim zespołem na tournée do Francji. Rozmowa nie kleiła się. Mocno go uścisnęła, mocniej niż zwykle. Może jednak coś więcej do niego czuła? Ale kiedy zobaczył w jej oczach łzy, gdy spojrzała na Jacka, stracił ostatnie złudzenia.
Autokar zniknął za zakrętem, a Jacek odjechał swoim maluchem.
Pojawił się, nie wiadomo skąd, Tomek. Zaprosił go do siebie. Było to zaskakujące. Po raz pierwszy mieli spotkać się jego w domu i przy ognisku uczcić ważne wydarzenie.
— Co to za wydarzenie? Żenisz się? – spytał ze śmiechem Piotrek.
Tomek spojrzał na niego z podniesionymi brwiami.
— Co?! No tak… rozumiem. Przyjdź! Dowiesz się.
*
Piotrek przyszedł na ognisko jako ostatni. Z daleka słyszał głos gospodarza, który snuł jakąś opowieść, a chór męskich głosów coś potwierdzał. Oprócz Tomka, zobaczył trzech młodych mężczyzn. Wszystkich widział po raz pierwszy. Przedstawili się jako najlepsi koledzy z pracy. Jeden z nich dodał, że są jak czterej muszkieterowie, bo ich dewizą jest „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Piotrek roześmiał się.
— We wszystkim? – spytał. Usiadł na taborecie i wyciągnął nad ogień kij z nabitym kawałkiem kiełbasy. Tomek podszedł do niego trzymając w jednej ręce szklankę z wódką a w drugiej kufel z piwem. Piotrek przyjrzał się kuflowi. Dokładnie w takich samych podawano piwo w Starej Gminie. – Jak je zdobyłeś?
Tomek czknął. Był już mocno wstawiony.
— Tak jak całą resztę. Ucz się, póki mistrzowie żyją! – Spojrzał pytająco na swoich nowych kolegów. Odpowiedzieli mu aprobującym śmiechem. — Właśnie opowiadałem o draniu, którego trzeba nauczyć rozumu.
Nie po raz pierwszy Tomek traktował kogoś protekcjonalnie, ale po raz pierwszy odniósł się tak do Piotrka. Poczuł się urażony i odważył się to okazać.
— Na pewno zrobił coś strasznego – powiedział z przekąsem. Własna odwaga sprawiła mu przyjemność.
— Zmajstrowanie dziewczynie dzieciaka i zostawienie jej bez pomocy jest wystarczająco straszne? – Tomek, urażony tonem, którego się nie spodziewał, oskarżycielsko wyciągnął palec w stronę Piotrka, jakby miał z tym coś wspólnego. Piotrek patrzył na niego zdezorientowany, próbując dociec, czy żartuje, czy tylko nie wie co mówi, skoro mówi o sobie.
— Chodzi o Ewę? – spytał niepewnie.
— Co za domyślność! Gratuluję. No i co o tym myślisz?
— A co mam myśleć? – Piotrek wzruszył ramionami. – Dobrze, że to wszystko tak się skończyło.
— Skończyło?! – powtórzył Tomek, a jego wydłużona twarz mówiła, iż próbuje pojąć coś niepojętego.
— No tak! – z entuzjazmem potwierdził Piotrek, który znowu poczuł sympatię do Tomka. – Było dużo gadania na wsi, jak to na wsi, ale ludzie zapomną, jak zwykle.
Tomek wybałuszył oczy.
— O czym ty pieprzysz?!
— O tym, że niektórzy potrzebują więcej czasu, by zdecydować się na taki krok. Czyli twoją życiową decyzję mamy dzisiaj uczcić? – Wzniósł toast kuflem piwa. – Gratuluję! To naprawdę jest wielki krok.
— Jaki krok?! – Spojrzał na swoich nowych kolegów? Rozumiecie coś z tego?! – Zgodnie wzruszyli ramionami. – Bo ja nic a nic nie kumam. – Tomek przytknął do oka jak lunetę pustą szklankę. – Jak to działa, że ja piję, a ty jesteś pijany? O czym ty pieprzysz?!
— Jak to o czym? O ślubie.
— O ślubie?! Naprawdę sądzisz, że on się z nią ożeni?
Piotrek wybałuszył oczy.
— Kto miałby się z nią żenić?
— A o kim mówimy?! – Piotrek nie wiedział. – O Zarembie, ćwoku! – Piotrek natychmiast znielubił Tomka. – To o tym draniu opowiadam już od… – Palcem policzył walające się na trawie puste butelki – czterech flaszek. Myślisz, że zrezygnował już ze swojej… siostruni?
Piotrek spojrzał na puste butelki i na błyszczącą twarz Tomka. Płomień ogniska odbijał się w jego oczach i było nich coś upiornego.
— Dobrze wiesz, że Jacek nigdy nie zrezygnuje z Magdy. Zresztą to nie jest takie pewne, czy jest jego siostrą. I dlaczego miałby się żenić z twoją Ewą?
— Coś ty powiedział?! Z moją?! – ryknął Tomek. – Ona jest jego! Nie wiem, kiedy to się zaczęło, ale dawno temu. Mnie już nie chce znać. Omija mnie jak, jakbym był czymś zarażony, a przecież całkiem niedawno… To nie mieści się w głowie!… A co mi tam! Jej bachor też jest jego. Teraz to już wiem. Śledziłem ją. Widziałem, jak wychodzi wieczorem z domu Zarembów. Co za gnój z tego Zaremby. Ogrodnicy wyrywają takie chwasty z korzeniami.
Piotrek aż ścierpł, gdy usłyszał słowo „ogrodnicy”. Nie raz widział anonimy, które otrzymywali Jacek i Magda. Nie mógł na nie patrzeć. Bo ile razy można się zastanawiać nad tym, kto to robi? Wysyłane były z różnych miast całej Polski, podpisywane rozmaitymi nazwiskami, ale najczęściej przewijało się pod anonimami właśnie to słowo: „Ogrodnicy”. Od tej chwili tylko udawał, że pije, co byłe łatwe, ponieważ reszta towarzystwa była już pijana. Kiedy nikt na niego nie patrzył, podlewał piwem hortensję. Nie był pewien, czy jej w ten sposób tym pomaga czy też szkodzi. Co za szczęście, że się spóźniłem, pomyślał. A więc to on! Jeździ po całej Polsce i z różnych miejsc wysyła te obrzydliwe listy. Pisane były różnymi charakterami, więc pewnie namówił jakieś kobiety albo tych pijanych muszkieterów, by stali się jego ogrodnikami. Nie mógł oderwać oczu od rozbawionego Tomka. W końcu tamten to zauważył.
— Co tak się gapisz na mnie? Jeszcze nie widziałeś kogoś takiego jak ja? – spytał już całkiem pijany.
Piotrek nic nie odpowiedział, ale pomyślał, że tamten ma rację. Jeszcze nie widział kogoś tak podłego. Kiedy wrócił temat Jacka zauważył od niechcenia:
— Racja! To jest draństwo. Ale co na to można poradzić?
— Może nic – odparł Tomek. – Ale przynajmniej wszyscy o tym się dowiedzą.
To wystarczyło. Od dzisiaj, nie chcę mieć z nim nic wspólnego, postanowił Piotrek.
— Jak mogłem nazywać go moim przyjacielem? – wyrwało mu się półgłosem. Usłyszał to Goryczka.
— No właśnie! – przytaknął z pijacką swadą, myśląc pewnie o Jacku Zarembie.
Piotrek, udając pijanego, dolewał kompanom na zmianę piwa i wódki. Wiedział, że taka mieszanka wykończy każdego. Kiedy już nie byli w stanie więcej pić, a nawet podnieść się z taboretów, po raz ostatni podlał piwem hortensję i wrócił do domu znacznie wcześniej niż zwykle, co głośno zauważyła mama, która nadal krzątała się w kuchni.
*
Jola już spała, o czym świadczył jej głęboki, równy oddech, natomiast Piotrek przewracał się z boku na bok. Nie mógł zasnąć. Nie od razu uświadomił sobie, że najbardziej męczy go poczucie winy wobec Jacka i Magdy. Widział to jak księżyc na niebie, a tej nocy była jego pełnia, że Tomkowi zupełnie nie zależało na przyjaźni z nim, lecz wyłącznie na informacjach o jego przyjaciołach. Był zrozpaczony. Do tej pory myślał, że to oni go zdradzili, a okazało się, iż to on jest zdrajcą. Jak mógł dać się tak zmanipulować? Był przekonany, tak jak każdy głupek, że jest inteligentny. Przypomniał sobie anonim, który dała mu Magda do przeczytania. Niektóre sformułowania tego paszkwilu były mu znajome. Aż się wzdrygnął. „Prawda, że to obrzydliwe?” – spytała dziewczyna. Zgodził się z tym. Nie powiedział jednak, że to były jego własne słowa, którymi kiedyś opisał Goryczce zawiłe relacje rodziny Zawiłów. Wtedy po raz pierwszy pomyśl, że za anonimami stoi Goryczka. Odpędzał od siebie to podejrzenie, bo uczepiło się go, gdyż komplikowało mu życie, a nie lubił komplikacji. Poza tym nie wiedział i nie chciał wiedzieć, że łatwiej wygrać w totolotka niż znaleźć w różnych wypowiedziach dwa identyczne zdania. Nie wiedział również, jak się z tego wykaraskać. Z którejkolwiek strony przyglądał się historii z anonimami, która zatruwała życie wioski już od ponad roku, był jej częścią, gorzej – wspólnikiem. Że nieświadomym? I cóż z tego! Część informacji w anonimach, tych najbardziej intymnych, pochodziła od niego i niekiedy stanowiły wierny zapis jego słów. Jak mógł tego nie widzieć? Nie mógł, nie chciał, bo tak było mu wygodniej. Kiedy wreszcie przyjął to do wiadomości, poczuł ciężar. Świadomość jest ciężarem, często trudnym do udźwignięcia. Nie chciał myśleć, więc patrzył bezmyślnie na Księżyc. Powieki zaczęły mu się kleić. Rozległ się hałas. Ktoś dobijał się do ich domu. Usłyszał kroki ojca, zgrzyt klucza w zamku, głos taty i jakiejś kobiety, a następnie skrzypienie schodów. Tata do nas idzie? Zdumiał się Piotrek. Rzeczywiście, wszedł do ich pokoju, usiadł obok niego na łóżku i położył dłoń na jego ramieniu. Czekał. Miał przeczucie, że wydarzy się coś nadzwyczajnego.
— Obudź się – szepnął ojciec.
— Przecież nie śpię – powiedział Piotrek.
— Co się dzieje? – spytała sennym głosem Jola.
— Zarembowa ma do Jacka jakąś sprawę.
— Co? W środku nocy?! – dopytywała Jola już zupełnie rozbudzona.
Ojciec wzruszył ramionami, bo nic więcej nie wiedział i chciał jak najszybciej wrócić do łóżka. Piotrek, zdumiony i niespokojny, zbiegł po schodach do sieni. Spojrzał na twarz pani Hani i odetchnął z ulgą. Była zmartwiona, lecz nie było w niej ani cienia złości. A więc nie chodzi o mnie, pomyślał. Tego bał się najbardziej. Z krótkiej i chaotycznej relacji dowiedział się, że Jacek był w Krakowie z towarem i w drodze powrotnej zepsuł mu się samochód. Pieszo dotarł do Oświęcimia, skąd z dworca kolejowego zatelefonował do niej. Znał tylko własny numer telefonu, zresztą i tak mało kto miał we wsi własny telefon. Wprawdzie pani Hania posiadała prawo jazdy i dużego fiata, jedno i drugie kupione przez jej męża, ale w dniu, gdy na podjeździe własnego domu przejechała swojego ukochanego pudelka, przysięgła, że już nigdy nie siądzie za kierownicą. Słowa dotrzymała. Było dla niej oczywiste, że o pomoc w trudnej sytuacji może zwrócić się wyłącznie do Matyjów, bo Piotrek miał prawo jazdy a Jola od kilku miesięcy była szczęśliwą właścicielką Syrenki, dzięki której znacznie wzrosły jej obroty na targach i odpustach. Prawdziwy przyjaciel, nadal tak myślała o Piotrku, nie może przestać nim być, nawet jeśli z jakiegoś powodu się oddali.
Po godzinie jazdy krętymi i ciemnymi drogami, Piotrek dotarł do oświęcimskiego dworca kolejowego. Z daleka rozpoznał Jacka. Maszerował przed głównym wejściem jak wartownik przed mauzoleum i podskoczył na widok Syreny.
Wracali do domu tymi samymi wąskimi i ciemnymi drogami. Jacek, uradowany, mówił bez przerwy.
— Co za noc! Nie uwierzysz, co mi się przytrafiło!
Piotrek nie miał ochoty po raz kolejny słuchać o awarii samochodu.
— Już wszystko wiem. Twoja mama mi mówiła.
Jacek machnął ręką.
— Na pewno nie wszystko! Było jak w filmie Barei. Kiedy dowlokłem się do tego dworca, dowiedziałem się, że pociąg do Bielska właśnie odjechał, a następny jest opóźniony ponad dwie godziny. Zdrzemnąłem się na ławce. Obudził mnie trzeszczący megafon. Dźwięk nieprzyjemny, lecz wiadomość radosna: „Nadjeżdża pociąg do Bielska”. Chwilę później podano kolejny komunikat: „Pociąg do Bielska-Białej wjeżdża na tor pierwszy przy peronie pierwszym. Prosimy nie zbliżać się do toru.” I wiesz co? Żaden pociąg się nie pojawił ani na tym peronie, ani na żadnym innym. Wszystkie perony były beznadziejnie puste!
— Co ty gadasz? Chyba tylko tobie przytrafiają się takie dziwne historie. – Piotrek podejrzliwie zerknął na przyjaciela.
— Naprawdę! Ale to nie wszystko! To był jakiś obłęd! Spiker kolejowy, czy jak się ten gość nazywa, twierdził, że pociąg stoi na torze pierwszym przy peronie pierwszym, a następnie, że odjeżdża i należy zachować ostrożność. Tylko ja i jakaś kobieta z małym dzieckiem czekaliśmy na ten pociąg. Patrzyliśmy na siebie jak na wariatów. Prośba o zachowanie ostrożności wprawiła kobietę w histerię. Totalny odlot! Paranoja! Pobiegłem do kasjerki i zrobiłem awanturę. Nie wiedziała, co się dzieję. Wezwała kogoś, chyba kierownika. On wiedział, co się stało. I wiesz co zrobił? Rozłożył ręce! Też mi pomoc! Przynajmniej pozwolił zadzwonić do mamy. – Klepnął Piotrka w ramię. – Dzięki. Jesteś prawdziwym przyjacielem. Myślałem, że oszaleję. Przecież muszę być w Bielsku jutro rano. – Zerknął na zegarek. – Właściwie to już dzisiaj i to za …. osiem godzin.
— W interesach? – spytał Piotrek, udając zainteresowanie.
— W jakich interesach?! Zapomniałeś?! Magda wraca! Z Francji!
— A! Rzeczywiście, zapomniałem. Może też przyjadę.
— Może?! Przecież jesteś naszym najbliższym przyjacielem, a tak naprawdę to jedynym. Tylko ty o wszystkim wiesz… – Zamilkł i nerwowo zerkał na przyjaciela. – Chyba że nadal mnie nienawidzisz… – dodał cicho.
Jacek gwałtownie skręcił kierownicą, choć na drodze nie było żadnej przeszkody. Omal nie wjechali do rowu.
— No co ty! – powiedział nieswoim głosem. – Dlaczego miałbym nienawidzić…właśnie ciebie?!
— Przestań, proszę! Przecież wiem. Chodzi o Magdę, o nasz ślub.
Jacek roześmiał się sztucznym śmiechem.
— Przecież ślubu nie było. A poza tym… Magda wcale mnie nie interesuje.
Jacek westchnął.
— Nie kłam. Powiedziałeś mi coś w remizie. Byłeś pijany, ale chyba nie aż tak bardzo, by nic nie pamiętać. Naprawdę nie pamiętasz?
Piotrek do tej pory łudził się, że jego spotkanie z Jackiem w remizie miało miejsce wyłącznie w jego pijackim śnie. Głośno przełknął ślinę i nie patrząc na przyjaciela wyrzucił z siebie:
— Pamiętam. Przepraszam.
— W porządku. Nad uczuciami nie da się zapanować. Coś o tym wiem. – Roześmiał się nerwowo.
— No dobrze. Nie będzie! – wybuchł Piotrek. – Interesowała mnie i to bardzo! Zadowolony jesteś, że to powiedziałem?! Ale to jest już przeszłość. Uwierz mi! Proszę!
Jacek długo milczał, nim się odezwał.
— Wiesz co z tym zrobimy? Zostawimy to za sobą. Dzisiaj rano powiem Magdzie, że, jeśli nadal mnie chce, to możemy się wyprowadzić ze wsi i zacząć życie tam, gdzie ona zechce. Przemyślałem to wszystko. Ważne jest to, gdzie się żyje, ale znacznie ważniejsze z kim… Powiedziałem to mamie. Obiecała nam pomóc. A ojciec… Co tu mówić… Przecież wiesz. Anonimy też mnie już nie ruszają.
Piotrek westchnął
— Dlaczego tak ciężko wzdychasz? Nie zgadzasz się ze mną?
— To nie to… Wiem, kto stoi za anonimami.
Jacek słuchał w milczeniu, gdy Piotrek opowiadał czego się dowiedział i domyślił ostatniego wieczoru.
— Na szczęście, to już koniec. Nie będzie już pisał…, bo o czym?
— O Ewie i jej dziecku, które ma być również… twoje. On was znajdzie. Nigdy nie da wam spokoju.
Jacek nic nie powiedział. Piotrek zastanawiał się, czy przyjaciel go zrozumiał, więc spytał, co zamierza z tym zrobić.
— Niech tylko spróbuje… Zatłukę go. – Powiedział to zupełnie beznamiętnie, jakby czytał instrukcję obsługi jakiegoś urządzenia. Ton głosu, zupełnie nowy w jego ustach, miał w sobie coś złowrogiego. Zamilkł i nad czymś intensywnie myślał. Odwrócił się do Piotrka, położył dłoń na jego ramieniu i swoim zwykłym, ciepłym głosem powiedział: – Musisz, po prostu musisz spotkać się dzisiaj z Magdą i opowiedzieć jej wszystko. Jesteś mi to winien.
Piotrek skinął głową.
— Wiem. Jestem winien.
*
Przed Domem Kultury zebrał się spory tłumek. Piotrek od razu zauważył brak Zawiłów. Zdziwiło go to, natomiast Jacka ucieszyło. Autokar zjawił się z niewielkim opóźnieniem. Pierwszy wyszedł z niego dyrektor. Był rozdrażniony. Wymachiwał rękami, gdy rozmawiał z ludźmi, którzy wyszli mu na spotkanie. Jacek i Piotrek niecierpliwie wyglądali Magdy. Nie zobaczyli jej w żadnym oknie, z których młodzi ludzie, pchając się na siebie, wymachiwali rękami. Po kilku minutach autokar był zupełnie pusty. Członkowie zespołu na parkingu witali się z krewnymi i przyjaciółmi. Brakowało tylko Magdy. Piotrek stał się niespokojny, a Jacek przerażony. Podbiegli do dyrektora. Kiedy usłyszał pytanie o Magdę, poczerwieniał i nie od razu odpowiedział:
— Nie chcę już o niej słyszeć! Oszukała mnie lafirynda! Została we Francji.
Obraz: Claude Monet „Heavy Sea at Pourville”