Pogoda dla szczęściarzy: Uzasadniona wątpliwość

Autor: Stanisław Wawrzyszkiewicz
Blog1860Słowa
19 lis 2024
Brak komentarzy

Drzwi zaskrzypiały i został sam w ciasnym pomieszczeniu. Trzeba drzwi naoliwić, bo skóra cierpnie, pomyślał Jacek, choć w tej chwili miał większe zmartwienie. „Niech nikt się nie waży mu pomóc” – usłyszał głos ojca. Wiedział, że nikt nie sprzeciwi się jego ojcu, nawet mama. Zaremba budził lęk. Wszyscy mówili o nim źle, ale wszyscy usiłowali żyć z nim dobrze. Nikt we wsi nie był tak bogaty jak on i nikt nie miał tak wielu ważnych znajomych. Sześć szklarni długich na kilkadziesiąt metrów przynosiło duży dochód, który pomnażał budując kolejne szklarnie. Krążyły o nim legendy. Mówiono, że bez słów zmusza innych do posłuszeństwa. Niewiele mówił, a jeśli już to tak jakby wydawał rozkazy. Nie znosił sprzeciwu. Zawsze delegował jednego ze swoich pracowników do plewienia bruku na podjeździe do domu. Podjazd był jego obsesją. Ani jedna trawka nie mogła pojawić się na nim. Niejeden stracił pracę z powodu jednej trawki. Lęk wobec ojca mieszał się u Jacka z podziwem. Chciał być taki jak on.

Jacek usiadł na taborecie przed ziemniaczaną górą.  Nawet w wojsku obierał za karę znaczniej mniej ziemniaków. To nie dzieje się naprawdę, myślał, choć wybuchy śmiechu, dochodzące przez ścianę, brzmiały bardzo realnie. Pani Hania uciszała rozbawione towarzystwo: „Ciszej! Jeszcze usłyszy”. Słyszał każde słowo. Śmiali się z niego. Nikt jeszcze nie widział, by pan młody bez niczyjej pomocy obierał ziemniaki na własne wesele, a miało to być od niepamiętnych czasów największe wesele we wsi. Kucharki założyły się o litr wiśniówki, czy zdąży na czas. Jak on będzie wyglądał przy ołtarzu? Pewnie z uszu i nie tylko będą mu wychodziły obierki, domyślały się ze śmiechem. Tylko pani Hania była optymistką. Twierdziła, że jeśli już skądś Jackowi będą wychodziły obierki, to na pewno nie z uszu. 

Góra ziemniaków malała, głosy za ścianą uciszały się i w końcu zamilkły zupełnie. Kucharki zrobiły swoje, poszły do domu, a Jacek został sam w remizie. 

Obierał ziemniaki jak automat i coraz niecierpliwiej zerkał na zegarek. Magda już dawno powinna do niego przyjść. Dlaczego jeszcze jej nie ma? Ostatnia przymiarka u krawcowej? W sukni ślubnej zobaczy ją dopiero po południu, w kościele. Podobno mieliby pecha, gdyby zrobił to wcześniej. Akurat w ten przesąd nie wierzył, lecz Magda wierzyła, więc jej nie drażnił. Na to będzie miał dużo czasu po ślubie. Nie miała takich skrupułów, gdy przymierzała sukienkę, w której miała wystąpić w Urzędzie Stanu Cywilnego. Według niej nie groziło to zgubnymi konsekwencjami, gdyż cywilny nie jest ślubem, choć tak się nazywa, tak jak zimne ognie nie są zimne, a ciepłe lody wcale nie są lodami. Prawdziwy czy nieprawdziwy, wyglądała wspaniale. Chabrowy kolor sukienki idealnie komponował się z jej wielkimi oczami. 

Rozżalony na ojca, wyżywał się na ziemniakach. Nie obierał je, lecz ociosywał z szaloną prędkością. Skupiony na ziemniakach do granic możliwości, nie zauważył, że ktoś wszedł do kantorka. Przestraszył się. Podniósł głowę i odetchnął z ulgą. To była Magda.  Przypomniał sobie, że powinien być zły na nią, gdyż zbyt długo kazała na siebie czekać. Wstał, spojrzał w jej chabrowe oczy i zapomniał o pretensjach. 

— Płaczesz? – spytał zdumiony.

Rozpłakała się w głos. 

— Babcia…   

— Co się stało? – spytał, przytulając ją do siebie. – Przecież widziałem ją dzisiaj. Wyglądała na okaz zdrowia. 

Magda rozryczała się na całego. Próbowała mówić, ale nic z tego nie wychodziło. Wreszcie zdołała wyrzucić z siebie:

— Babcia powiedziała, że… nie będzie ślubu.

— Że co?! – Jacek chciał z jej oczu odczytać coś więcej, lecz były zamknięte. — Wiem, że mnie nie lubi i nie mam zielonego pojęcia z jakiego powodu! Ludzie zawsze znajdą jakiś powód, by kogoś nienawidzić. Robiłem co mogłem. Naprawdę! Nawet kilka razy podwiozłem ją samochodem. Ale im bardziej się starałem, tym bardziej była dla mnie złośliwa. Kiedy się zaręczyliśmy stała się nie do wytrzymania. Nie mówiłem ci tego, by cię nie denerwować, ale kazała mi się wynieść z wioski, a przynajmniej z twojego życia. Myślałem, że jej przejdzie. Nie przeszło. Taka święta, a wcale nie jest dobrym człowiekiem.

— Nie mów tak o mojej babci. Twój tata wcale nie jest lepszy!

— Przecież nie mówię, że jest lepszy. Nawet dzisiaj się pokłóciliśmy. Nie wiem z czego wzięła się ta kłótnia, ale znowu powiedział mi, że lecisz na mój, to znaczy jego majątek. Ja na to, że nic od niego nie chcę. A on wtedy: „Naprawdę?! Zapomniałeś, że wasze wesele jest tylko dzięki mnie? Co dałbyś gościom do jedzenia? Przynajmniej obierz ziemniaki na swój weselny obiad”. Kucharki do wieczora śmiały się ze mnie. Ale to nic. Poradzimy sobie. Po ślubie wyjedziemy stąd. Wyjedziemy najdalej jak się da, na drugi koniec Polski. Zamieszkamy w hotelu robotniczym. Podobno małżeństwom przydzielają większe mieszkania. 

Magda odsunęła się od Jacka i przetarła oczy. 

— Nie będziemy małżeństwem – szepnęła.

— No co ty! Z powodu twojej babci i mojego ojca? Kiedyś będziemy się z tego śmiali.

— Nie będziemy. Tego nie da się zmienić…

— Nie da się?! Gdzie podział się twój optymizm? Wszystko się da!

— Nie to, że jesteś…. moim bratem!

Jacek patrzył na Magdę z otwartymi ustami. Wiedział, że lubiła żartować i przed laty właśnie to go w niej urzekło. Ale ten żart zupełnie jej się nie udał. Mimo to zmusił się do śmiechu.

— Bratem? Jakim bratem? Takim w Chrystusie? 

— Takim rzeczywistym – odpowiedziała zrezygnowana.

— Co cię opętało? To wcale nie jest śmieszne.

— Bo nie jest. To jest straszne! To nie mieści mi się w głowie… Babcia mi o tym powiedziała… A ona zawsze mówi prawdę. Twój tata i moja mama byli ze sobą. 

— Oni?! Niemożliwe! Mój ojciec był już wtedy żonaty i miał troje dzieci, między innymi mnie.

— I co z tego? Może miał czwarte? 

Zaszumiało. Wiatr się zerwał? Mózg Jacka rzęził z wysiłku. Magda mogła mieć rację. Przecież jej mama nigdy nie wyszła za mąż. Zmarła, gdy Magda miała sześć lat, a jej wychowaniem zajęli się dziadkowie. Trzeba to sprawdzić. Ale jak? Badanie krwi mogło wykluczyć ojcostwo, ale na pewno nie mogło go potwierdzić. Zresztą ojciec nigdy by się na to nie zgodził. A co wtedy zrobiłaby mama? Wyobraził to sobie i przeszedł go dreszcz. 

— Wiesz co? – powiedział wreszcie. –  Nie ma czym się przejmować.

— Jak to nie ma!? – Magda spojrzała na Jacka ze zdumieniem i nadzieją.

  — Bo nie ma! Dopóki nikt o tym się nie dowie. Przecież babcia nikomu o tym nie powie. Wyobrażasz sobie, jaki wybuchłby skandal? Ona boi się skandalu bardziej niż własnej śmierci. Ty to powiedziałaś.

Magda westchnęła.

— Powiedziałam. Ale moja babcia boi się nie tylko skandalu. Wiesz, jaka ona jest religijna. – Wszyscy we wsi znali religijność pani Zawiły. Codziennie chodziła do kościoła, najchętniej rano, a w czasie każdej procesji zawsze pierwsza niosła zapaloną świecę. –  Powiedziała proboszczowi.

— Co?

— Wszystko! 

— Wszystko?! A on co na to?

— Że ślubu nie będzie.

 Rozszlochała się. Jacek bezradnie rozłożył ręce.

— Ale przecież… tu nie ma żadnej pewności!

— Ale proboszcz powiedział, że jest uzasadniona wątpliwość. 

— I co z tego?! Z powodu wątpliwości mają nas unieszczęśliwić?! Nie! Nie pozwolę na to!

— Nie pozwolisz? Jak? I co zrobisz?

— Weźmiemy ślub cywilny.

—  Och! A już myślałam, że… – westchnęła. – Tego nie zrobię. Nie mogę. Dla mojej babci, dziadka zresztą też, ślub cywilny to jak pogrzeb. Liczy się tylko ten w kościele. Wyrzuciłaby mnie z domu.

— No co ty! Nie zrobiłaby tego. Ma przecież tylko ciebie.

— Zrobiłaby. Pewnie by płakała, ale zrobiłaby. Nie znasz jej. Obiecała mi to dzisiaj.  Nie tylko ty pomyślałeś o ślubie cywilnym.

— No co ty! – Jacek nerwowo chodził po kantorku tam i z powrotem, zagryzając wargi i pocierając głowę. Wreszcie zatrzymał się tuż przed Magdą. –  Skoro i tak wyrzuci ciebie z domu, to wyjedźmy! Tu nie ma dla nas miejsca. Ucieknijmy stąd!

Magda ścisnęła dłoń Jacka. Zdziwił się, że w tak drobnej dłoni jest tyle siły.

— Nie mogę… Wszystko zawdzięczam moim dziadkom. Mam tylko ich…

— A ja? Masz przecież jeszcze mnie! – żarliwie zapewnił Jacek. Naszła go myśl, która wydała mu się genialna. —  Jest jeszcze jedno wyjście. Że od razu o tym nie pomyślałem! Niech twoja babcia przekona proboszcza do zmiany zdania. Powiedział, że ma uzasadnione wątpliwości… Wątpliwość powinna przemawiać na korzyść oskarżonego. Przede wszystkim niewłaściwe osoby zostały tu oskarżone. Przecież nic złego nikomu nie zrobiliśmy! Jeśli babcia kocha ciebie tak jak ty ją, pójdzie jeszcze raz do proboszcza i powie mu to.  Za dużo zawdzięcza twoim dziadkom, by nie liczył się z ich zdaniem. Ile razy mi mówiłaś, że gdy babcia pracowała w spożywczym, to zostawiała co lepsze wędliny dla proboszcza i wieczorem zanosiła na plebanię, a dziadek traktorem obrabiał proboszczowe pole i zawsze za „Bóg zapłać”.

— Sama nie wiem…. Może… – Dziewczyna gwałtownie wyprostowała się. – Wiem, co zrobię! Powiem, że ucieknę z domu. 

— Naprawdę to zrobisz?! – ucieszył się Jacek.

— Jasne, że nie zrobię, ale tak im powiem. Wtedy babcia się zgodzi. Sama mi powiedziała, że zrobiłaby wszystko, by było inaczej.

Jacek objął Magdę. Mocnym uściskiem chciał dodać odwagi dziewczynie i sobie.

— Będzie dobrze. Wszystko się jakoś ułoży…. Zobaczysz.

Magda wyszła. Jacek, wciąż oszołomiony, otworzył okno na oścież i wychylił się na zewnątrz. Potrzebował powietrza. Głęboko oddychał i wsłuchiwał się w szybkie kroki swojej narzeczonej. Śpieszyła się. To dobrze. Poczuł ukłucie w szyję. Odruchowo uderzył. Na dłoni zobaczył plamkę krwi i zmiażdżonego komara. Zatrzasnął okno i na parapet posypała się stara farba. Chmara owadów brzęczała wokół niego. Nad Żylicą nigdy ich nie brakowało. 

Jacek szybkim krokiem przemierzał kantorek tam i z powrotem. Im bardziej uświadamiał sobie własną bezradność tym większą odczuwał wściekłość. Na kogo? Na co? Na wszystko, a najbardziej na komary. Jakby one były odpowiedzialne za to, co właśnie mu się przytrafiło. Wytłukł wszystkie zmoczoną ścierką. Kiedy zabił ostatniego komara, zaczął myśleć. A jeśli babcia nie pójdzie do proboszcza? A jeśli pójdzie i nie zdoła go przekonać? Przypomniał mu się wieczór, gdy spacerował z Magdą po wale przy jeziorze. Kobieta, którą nazywano Kiwaczką, bo ciągle się kiwała, a najbardziej w kościele, krzyknęła: „Jaka piękna z was para!” To było miłe, że ktoś wreszcie zauważył oczywistość. Później spytała: „Jesteście rodzeństwem?” Zaprzeczyli ze śmiechem. „Jesteście tacy podobni do siebie” – dodała Kiwaczka. Byli zachwyceni, że pod każdym względem, nawet wyglądem, pasują do siebie. A jeśli Kiwaczka ma rację i rzeczywiście są rodzeństwem?  Tylko ojciec może odpowiedzieć na to pytanie. Ale czy odpowie?

W korytarzu rozległy się kroki. Magda wraca? Coś się stało? Nie, to nie ona. Ona tak nie człapie. Drzwi się otworzyły. 

— Piotrek? – ucieszył się Jacek. – Jesteś prawdziwym przyjacielem! Przyszedłeś pomóc mi obierać ziemniaki?  

Piotrek Matyja skrzywił się z obrzydzeniem. Chciał coś powiedzieć, ale zbyt wiele wysiłku wkładał w utrzymanie się na nogach. 

— Jesteś pijany?  

— Wcale nie – wybełkotał Piotrek, opierając się plecami o ścianę – Jestem całkiem trzeźwy. Muszę z tobą pogadać.

Wszyscy chcą dzisiaj ze mną rozmawiać, pomyślał Jacek. Piotrek był jego najlepszym przyjacielem od dzieciństwa. Zawsze uczciwy. Nigdy nie odpisywał zadań, choć ledwie przechodził z klasy do klasy. Nigdy też nie wziął do ust ani kropli alkoholu, choć na wszelkie sposoby próbowano go skusić. Tylko coś strasznego mogło wywołać tak wielką zmianę.  

— Wal śmiało, przyjacielu – powiedział Jacek. 

— Przyjacielu?! Proszę, proszę – Piotrek roześmiał się chrapliwie. – A czy wiesz, przyjacielu, że ja ciebie serdecznie…. nienawidzę?

— Nienawidzisz?! – Jacek zastygł w bezruchu. Tego się nie spodziewał. Po pijaku człowiek mówi prawdę czy byle co? Czego on się napił, że takie rzeczy wygaduje? – Myślę, że alkohol jest twoim wrogiem, mój przyjacielu. Dlaczego mnie nienawidzisz?

— Przestań z tym przyjacielem! Dlaczego nie na wi dzę? Tobie wszystko przychodzi taaak łatwo, a na wet za darmo. Masz za duuuużo szczęścia. Jesteś cholernym szczę ściarzem! Takich się nie nawidzi. Wiesz o tym? – Jacek bez mrugnięcia okiem przyglądał się przyjacielowi, który z trudem artykułował kolejne słowa. – Magda też wo lała ciebie. To taaaakie nie sprawie dliwe! Przez całą podstawówkę nosiłem jej torni ster do szkoły, a ona i tak wy brała ciebie.

— Nie przez całą podstawówkę, tylko od piątej do ósmej klasy – poprawił Jacek. – Natomiast ja nosiłem jej tornister ze szkoły. Chyba nie zaprzeczysz?

— Ale tylko wtedy, kiedy nikt nie widział! – wypalił Piotrek, który nagle odzyskał płynność w mowie

Jacek wzruszył ramionami.

— To chyba normalne. Byliśmy bardzo młodzi. Wstydziłem się.

  — A ja się nie wstydziłem. Nigdy! To niesprawiedliwe. Dlaczego akurat ty jesteś takim szczęściarzem? A nie ja? Biedakowi zawsze wiatr w oczy – wysapał i oparł się na drzwiach. 

Jacek słuchał osłupiały. Piotrek też kochał się w Magdzie? Dobrze to ukrywał. A on ma szczęście? Jakie szczęście?! Zezowate i garbate! Wiedział, że we wsi zazdroszczą mu nowego malucha, ale jakoś nie widzą tego, że całymi dniami haruje w szklarni i wyjeżdża na targ przed świtem, gdy wszyscy jeszcze leżą w łóżku i co najwyżej drapią się po podbrzuszu. Tego nikt mu nie zazdrości. Chciał powiedzieć przyjacielowi, co właśnie go spotkało, gdy jarzeniówka zaczęła migotać i pomyślał, że pijakowi nie warto. 

— Powiedziałeś, co miałeś powiedzieć. Teraz idź spać. 

Chwycił go pod ramię i sprowadził po schodach. Na tych schodach już niejeden pijak połamał się w czasie wiejskiego wesela. Piotrek początkowo stawiał opór, ale gdy znalazł się przed remizą, ruszył we właściwym kierunku, tylko od czasu do czasu zataczając się. 

Jacek skończył obieranie ziemniaków o piątej rano. Słońce wzeszło, a jego gniew sięgnął zenitu. Czuł, że eksploduje, jeśli natychmiast nie dowie się od ojca prawdy. Był gotowy stawić mu czoła. Po raz pierwszy w życiu.  

Ojciec siedział w kuchni z papierosem w ustach, opierając głowę na ręce tuż nad dymiącą filiżanką. Zawsze w ten sposób zaczynał swój dzień i zawsze, skoro świt.

— Skończyłeś? – spytał ostro, wypuszczając dym nosem. Nie zauważył, że popiół z papierosa wpadł mu do kawy. Coś mu dolegało, lecz syn tego nie zauważył.

Wygląda jak smok, pomyślał Jacek, a powiedział:

— Jeśli pytasz o ziemniaki, to skończyłem. Teraz najwyższy czas zacząć z tobą.

Każde kolejne słowo wypowiadał głośniej, zbliżając twarz do twarzy ojca, nienaturalnie czerwonej. Ojciec zakrztusił się i wytrzeszczył oczy.

— Zwariowałeś, czy jesteś tylko pijany? Zapominasz się! Wiesz z kim rozmawiasz?!

— Z oszustem!

— Coś powiedział?! Jak śmiesz?! Milcz, smarkaczu! – Ojciec zamknął oczy i chwycił się za głowę. –  Co jest?! Głowa mi pęka. To przez ciebie! 

— A może jednak przez ciebie? Biedaczek! Główka go boli. Mam ci współczuć? Wszystko już wiem. Magda też. 

— Magda? Co ty wygadujesz? Co jej do tego? – pytał ojciec z trudem otwierając oczy.

— Może wszystko? W końcu jesteś jej ojcem. Właściwie byłeś nim tylko w jednym momencie. Jak się kogoś takiego nazywa?

— Co takiego?! 

— Jesteś taki mądry, wszystko wiesz najlepiej, a zapomniałeś o babci Magdy. Ona wie co zrobiłeś. Powiedziała to Magdzie. Proboszczowi zresztą też. Niestety! Ślubu nie będzie. To wszystko przez ciebie. Tylko przez cie-bie.

— Co ta ta kie go?! – bełkotał ojciec. Warga mu opadła i pociekła z niej ślina, a całe ciało przechyliło się na prawą stronę.

— Co ty wyprawiasz?! Nie nabierzesz mnie… Co ci jest? 

Ojciec poruszał ustami. Wydobywał się z nich niezrozumiały bełkot. Jacek pobiegł do sypialni. Mama już siedziała na łóżku. Była blada i oddychała jak astmatyczka, którą nie była. Poruszała głową jak bokser po nokaucie. Na pytanie Jacka, czy jej też coś dolega, nic nie powiedziała tylko natychmiast zeszła z łóżka. Przeciągnęli ojca na kanapę. Dziwili się, że jest tak ciężki. Mama stopniowo odzyskiwała swoją zwykłą werwę i wezwała pogotowie. Dysząc z wysiłku, krzyczała do telefonu, by się pośpieszyli. Przyjechali na sygnale po piętnastu minutach. Młody lekarz przebadał ojca i powiedział, że wszystko wskazuje na paraliż prawej strony ciała, lecz i tak trzeba zrobić dokładne badania w szpitalu. Wsadzili ojca do karetki i odjechali. Razem z nimi pojechała mama.

Jacek usiadł na krześle, na którym przed chwilą siedział ojciec. Zawiesił wzrok na jego kubku z niedopitą kawą. Zaremba był dumny, że w jego domu nigdy nie brakowało kawy. Co miesiąc kupował kilogram w Pewex-ie. 

Usłyszał szmer. Podniósł głowę. Przed nim stała Magda.

— Wchodzisz jak duch – powiedział.

— Nie dzwoniłam. Drzwi były otwarte. Widziałam karetkę. 

— Zabrali ojca. 

— Co mu dolega?

— Prawda. Wreszcie ją usłyszał.

 — Że…. 

— Właśnie to. 

— I? 

— I właśnie tak zareagował.

— Czyli jednak on jest moim… – szepnęła Magda i opadła na krzesło.

Jacek wziął jej dłoń w obie ręce.

— A babcia? Była u proboszcza?

— Była.

— I co?

— I nic. – Westchnęła. – Błagała go i zaklinała, by się zlitował. Powiedział, że mogła nic mu nie mówić. Teraz sumienie go nie puszcza. Sumienie! Jakoś w innych sprawach sumienie go puszcza. Ale się narobiło… A my? Co teraz zrobimy?

Obraz: Claude Monet „Intérieur, Après dîner”

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *