O wartościach alternatywnych
Są takie wieczory, kiedy człowiek siedzi w półmroku i nagle orientuje się, że wszystkie te wielkie, popularne wartości – ambicja, sukces, efektywność – leżą na podłodze jak skarpetki, które miały trafić do kosza, lecz po drodze straciły motywację. I wtedy, w tej ciszy, podchodzą do nas inne wartości. Te, które za dnia boją się wyjść, bo świat jest dla nich zbyt głośny. Wartości alternatywne. Ciche, nieśmiałe i trochę jak kot: przychodzą do nas tylko wtedy, kiedy same tego chcą.
Pierwsza z nich to Nieśpieszność. Gdyby była człowiekiem, nosiłaby sweter pamiętający czasy, kiedy telewizor był skrzynką i chodziłaby tak wolno, że nawet ślimak zastanowiłby się, czy nie zaproponować jej podwózki. Nieśpieszność nie lubi pośpiechu, bo uważa go za formę przemocy wobec duszy. Kiedy idziesz z nią przez miasto, nagle okazuje się, że świat ma więcej szczegółów niż przewidywałeś: ktoś zostawił na ławce książkę, pies śpi pod ławką, a niebo – o dziwo – nie spada na głowę, choć wielu twierdzi, że zaraz spadnie. To wszystko razem jest tak fascynujące!
Z nieśpieszności wyrasta Drobna Przyjemność. Pojawia się jak kot, który nie wiadomo skąd przyszedł, ale już się rozgościł. Mruczy przy tobie, gdy patrzysz przez okno na deszcz i zachowuje się tak, jakby była z tobą zawsze. Drobna Przyjemność nie ma ambicji. Nie chce być wielka ani przełomowa. Jej jedynym celem jest przypominać, że życie składa się z chwil, które nie muszą być spektakularne, żeby były dobre. I że czasem wystarczy ciepły koc, żeby świat przestał wyglądać jak zagadka logiczna nie do rozwiązania.
A kiedy człowiek pozwoli sobie na tę drobną, cichą radość, pojawia się Nieudolność. Nie wchodzi, raczej wpada, potyka się o własne nogi i przeprasza za to, że żyje. Ale jest w niej coś ludzkiego i trudno jej nie wpuścić. Nieudolność przypomina, że nie trzeba być doskonałym, żeby zasługiwać na czułość. Że można coś zrobić krzywo, źle, nie tak i mimo wszystko nadal być wystarczającym, gdyż człowiek bez historii jest jak kubek bez ucha – niby działa, ale jakoś tak niewygodnie.
Z nieudolności wyrasta Nieprzystosowanie, która wygląda jak roślina doniczkowa rosnąca w bok, gdyż tak jest jej wygodniej. Nieprzystosowanie nie próbuje udawać, że do czegoś pasuje. Ono nawet nie próbuje udawać, że rozumie zasady gry. Po prostu jest. I w tej swojej niepasującej obecności mówi coś bardzo ważnego: że czasem najuczciwszą formą życia jest przyznanie, że nie wszystko da się dopasować i że to w porządku, a nawet lepiej. Bo kto chciałby być idealnie dopasowany do świata, który sam nie wie co robi i dokąd zmierza? Bo czy świat zawsze wierzy w to, co jest prawdziwe? Owszem, czasem wierzy. Ale chyba częściej uznaje za prawdziwe to, w co już wierzy lub pragnie uwierzyć.
I w tym miejscu, gdzie człowiek zaczyna godzić się z własną krzywizną, pojawia się Absurd. Siada blisko, może nawet za blisko i uśmiecha się tak, jakby wiedział coś, czego ty jeszcze nie wiesz. Absurd nie wyśmiewa – on rozbraja. Pokazuje, że świat jest trochę krzywy, a człowiek trochę bardziej. I że może właśnie dlatego to wszystko jeszcze jakoś działa. Albo przynajmniej nie rozpada się od razu. Przypomina mi się tutaj pewna studentka, która po wielu latach w towarzystwie narzeczonego odwiedziła swojego ojca, który porzucił ją i jej mamę dla innej. Spotkanie okazało się katastrofą. Dziewczyna wyszła wstrząśnięta z domu swojego ojca. Mówiła: „Myślałam, że płaskoziemcy występują tylko w żartach. Okazało się, że jest nim mój ojciec. Przekonywał mojego chłopaka, który jest lotnikiem, że na pewno złożył przysięgę, iż nikomu nie powie o płaskiej Ziemi, którą widzi, gdy lata.”
To właśnie Absurd przypomina nam czasem słowa Mrożkowskiego „Wiecznego kretyna”, który z rozbrajającą pewnością siebie twierdził, że „nie ma ludzi ani mądrzejszych, ani głupszych – wszyscy jesteśmy tak samo wyposażeni w prawo do własnych bzdur”. I choć brzmi to jak żart, jest w tym coś kojącego. Bo jeśli wszystkie opinie, zarówno małych ignorantów jak i wielkich noblistów, są równo warte, to może nie trzeba tak bardzo bać się własnej. Wtedy łatwiej oswoić własne życie. Vonnegut zauważył, że „trzeba umieć cieszyć się małymi rzeczami, bo może okazać się, że to były te duże”. I nagle wszystko zaczyna się układać: drobne przyjemności, nieudolność, nieprzystosowanie – to nie są dodatki do życia. To jest jego rdzeń.
Wartości alternatywne nie tworzą systemu. One budują coś bardziej intymnego – coś w rodzaju cichego kręgu, który zbiera się wokół człowieka wtedy, kiedy tego najbardziej potrzebuje. Nie mówią, co robić, nie poprawiają, nie oceniają. Są. I wystarcza.
Bo w gruncie rzeczy nie chodzi o to, żeby żyć zgodnie z jakąś wielką ideą. Chodzi o to, żeby żyć tak, by nie zgubić siebie po drodze. A jeśli ktoś zapyta, dlaczego wybieram te ciche, niepozorne wartości, można odpowiedzieć szeptem i z lekkim uśmiechem: „Bo one nie chcą mnie naprawić, lecz ocalić i jeszcze, przy okazji, trochę rozśmieszyć.”
Obraz: Gaetano Previati „La danza delle ore”