Amazończyk: Historia mojego życia (6)

Autor: Stanisław Wawrzyszkiewicz
Słowa
30 lip 2024
Brak komentarzy

Burza przesunęła się nocą w dół rzeki, ale w dzień zawróciła. Dogoniła mnie, choć uciekałem przed nią ślizgaczem. Ciemne chmury były prawie na wyciągnięcie ręki. Wiatr i fale wściekle atakowały moją łódź. Ślizgacz nabierał wody i coraz mozolniej pokonywał kolejne fale. Czarna Rzeka, czarniejsza niż zwykle, bawiła się mną. Raz rzucała mną do brzegu, grożąc rozbiciem, a zaraz potem odrzucała w wodne odmęty.
Wypatrzyłem korzeń drzewa, który wystawał z brzegu jak macka ogromnej ośmiornicy. Po kilku próbach udało mi się go złapać. Wciągnąłem łódź na błotnistą ziemię i przywiązałem do pnia.

Ukryłem się pod drzewem potężnym jak wieża cieśnień na Montmartre. Było tam sucho. Po chwili zaczęły spadać na mnie pojedyncze krople deszczu. Przeszedł mnie dreszcz. Pomyślałem, że wraz z burzą wróciła do mnie malaria. Zebrałem suche gałęzie i ułożyłem z nich mały stosik. Wyjąłem z kieszeni zapałki. Były rozmoczone. Siedziałem przy stosie suchych gałęzi i drżąc z zimna wyobrażałem sobie, że jest ogniskiem.
Z chmur przestało padać dokładnie wtedy, gdy woda zaczęła zlewać się na mnie z liści drzew. Wróciłem do łodzi. Czarne chmury zniknęły, ale słońca też nie było widać. Wszystko stało się szare, włącznie z niebem.

Liczyłem na to, że przed wieczorem opuszczę archipelag wysp. Wiedziałem jednak, że poszukiwanie osady, której od wielu lat nikt nie odwiedził, kłóci się z rozsądkiem. Niektórzy moi parafianie w Novo Airao obawiali się, że osada już nie istnieje. W Amazonii wszystko szybko rozwija się i starzeje, powstaje i znika. Chciałem sprawdzić, jak się rzeczy mają naprawdę, choć wielu twierdziło, że porywam się na rzeczy niemożliwe. Co powiedzieć na takie słowa? Choćby to: „kto to nie dąży do rzeczy niemożliwych, na pewno ich nie osiągnie”. Trzeba spróbować, by się przekonać, czy na pewno to jest niemożliwe.

Płynąłem już wiele godzin. Nie zobaczyłem żadnego człowieka ani na wodzie, ani na lądzie. Zapas paliwa skurczył się dramatycznie.

Słońce przedarło się przez chmury tuż nad linią horyzontu. Dało mi znać, że płynę we właściwym kierunku.
Ogarniało mnie coraz mocniejsze wrażenie, że ktoś lub coś mnie obserwuje. Rozglądałem się na wszystkie strony. Nic groźnego nie zauważyłem. Wreszcie spojrzałem w dół. Tuż obok mojego ślizgacza płynęło coś znacznie większego niż moja łódź. Pomyślałem, że mam przywidzenia. Wtedy wychylił się z wody masywny, czarny łeb. Utkwił we mnie małe, złowrogo błyszczące oczy. Co to było? Nie wiem. Po raz pierwszy widziałem takiego stwora. Nie przyjrzałem mu się dokładnie. Dodałem gazu i popłynąłem z maksymalną prędkością.

Sprawdziłem kanistry. Wszystkie były puste. Miałem tyle paliwa, ile zostało w baku. Nie dało się na tym daleko popłynąć. Co mogłem zrobić? Zredukowałem prędkość i rozglądałem się za miejscem, gdzie mógłbym przenocować.

Kolorowe ary, najpiękniejsze ptaki jakie w życiu widziałem, objadały się brązową gliną. Zerwały się do lotu i skrzeczały tuż nad moją głową. Były wściekłe, że im przeszkadzam. Nie zważając na ich protesty, próbowałem przybić do brzegu. Nie udało się. Był zbyt wysoki i stromy jak ściana. Gdy oddaliłem się od brzegu, ptaki natychmiast uciszyły się i wróciły do swojej gliniastej apteki. Leczyły swoje trawienne dolegliwości. Niektóre odlatywały z bryłkami gliny w dziobach.

Wypłynąłem z wyspiarskiego labiryntu i zobaczyłem ostatni skrawek słońca znikającego za horyzontem. Wiedziałem, że płynę we właściwym kierunku. Chwilę później pochłonęły mnie ciemności tak gęste, że nie widziałem najbliższych przedmiotów w łodzi. Nie widziałem nawet własnej dłoni, którą drapałem się po nosie. Niezależnie od tego, czy miałem otwarte czy zamknięte oczy, efekt był ten sam: nieprzenikniona ciemność. Pojawiły się gwiazdy. Po chwili zniknęły za chmurami. Modliłem się, by burza tym razem mnie ominęła.

Do życia obudzili się nocni łowcy. Ryk jaguara wyróżniał się spośród nich jak solista w chórze. Przypomniałem sobie, że w Bengalu tygrysy potrafią pływać. Bywa, że w nocy atakują ludzi śpiących na łodziach lub tratwach. Wytężałem zmysły aż do bólu. Wydało mi się całkiem prawdopodobne, iż miejscowe koty również potrafią pływać, skoro w Amazonii jest znacznie więcej wody niż w Indiach. Ciemność pogrążyła mnie w niepewności. Wyłączyłem silnik i wsłuchiwałem się w odgłosy nocy. Łódź, pozbawiona napędu, coraz mocniej kołysała się na falach. Woda chlustała mi w twarz. Coś z impetem uderzyło w moją łódź. Straciłem równowagę i upadłem na dno łodzi. Byłem pewny, że potwór, przed którym uciekałem, właśnie dogonił mnie. W wyobraźni widziałem jego zimne, złośliwe oczy. Od wytężonego nasłuchiwania rozbolała mnie głowa. Zresztą wszystko mnie bolało. Czas zwolnił swój bieg i każda sekunda trwała minutę. Uderzenie w burtę omal nie przewróciło mojej łodzi. Potężna siła popchnęła mojego ślizgacza. Potem znowu nic się nie działo. Czekanie na kolejne uderzenie było gorsze od samego uderzenia. Potwór chciał przewrócić moją łódź. Popełniłem fatalny błąd wyłączając silnik. Dryfowałem na falach jak kawałek drewna. Obracam się wokół własnej osi i nie miałem pojęcia, w którą stronę należy płynąć. Włączenie silnika przypominałoby rosyjską ruletkę. Niekoniecznie musiałem dotrzeć do brzegu. Równie dobrze mogłem roztrzaskać się na podwodnej skale lub płynąć równolegle do niewidocznego lądu, aż do zupełnego zużycia resztek paliwa. I jeszcze ten potwór…

Pojawiło się światło. Nie było ani gwiazdą, ani błyskawicą. Musiało być dziełem człowieka. Widziałem już w nocy świetliste, barwne obłoki owadów, migoczące jak neony wielkich miast, ale żadne zwierzę nie zamienia nocy w dzień. Światło tańczyło, pojawiało się i znikało. Włączyłem silnik i zaraz go wyłączyłem. Sparaliżował mnie strach. Jak mogłem nie pomyśleć o tym wcześniej? Przecież w odciętych od świata miejscach piraci mają swoje kryjówki! Wielu poszukiwaczy skarbów, a częściej wrażeń lub spokoju, znalazło własną zgubę spotykając piratów. A jeśli to byli Indianie? Wielu całkiem zasłużenie nienawidziło białych. Uważałem się za przyjaciela Indian. Chciałem im pomagać. Ale skąd mieliby to wiedzieć i dlaczego mieliby mi wierzyć? Przecież płynąłem nocą. Wróg, w przeciwieństwie do przyjaciół, dobrze czuje się w nocy. Światło zgasło.

Klęcząc, czekałem na powrót tańczącego światła. Uderzenie w łódź przewróciło mnie na silnik. Dotknąłem obolałych żeber i pod palcami poczułem coś lepkiego. Gdy światło zabłysło, natychmiast uruchomiłem silnik i ruszyłem w jego stronę. Było mi już wszystko jedno, jakie przyjęcie zostanie mi zgotowane. Łódź nabierała wody, a w ciemnościach nie mogłem znaleźć dziury, by ją czymś zatkać. I tak nie miałem na to czasu. Musiałem się śpieszyć, póki światło tańczyło w ciemności.

Płynąłem na oparach paliwa. Silnik rzęził, kichał, w końcu zgasł. Światło było już bardzo blisko. W ciemności wydawało się na wyciągnięcie ręki. Chwyciłem sznur, by nie stracić łodzi i wskoczyłem do wody. Liczyłem na to, że potwór widzi tyle co ja. Płynąłem bezszelestnie. Od czasu do czasu nogami sprawdzałem głębokość wody. Kiedy poczułem grunt, tańczące światło zgasło. Pogrążony w nieprzeniknionych ciemnościach, robiłem ostrożne kroki w stronę światła, którego nie było widać. Noga ugrzęzła mi w mule. Próbowałem ją wyciągnąć i zapadła mi się druga noga. Przestałem się szarpać. Z każdym gwałtownym ruchem muł pochłaniał mnie. Pomyślałem, że to jest mój koniec. Powinienem był zobaczyć całe moje życie jak w przyśpieszonym filmie. Nic takiego nie widziałem. Poczułem natomiast uderzenie w tył głowy. Usłyszałem potężny szum i znalazłem się w ciemnej windzie, poruszającej się z ogromną prędkością. Ostatnią moją myślą było pytanie: jadę w dół czy do góry?

*

Otworzyłem oczy i zobaczyłem kolorowe kwiaty na tle błękitnego nieba. Byłem w niebie? Usłyszałem głosy. Chciałem zobaczyć, kto mówi. Odwróciłem się. Jakby włożono mi w głowę rozpalony pręt. Nie byłem w niebie. Czułem piekielny ból.

Otaczała mnie grupa mężczyzn. Przyglądali mi się z zaciekawieniem. Większość miała na sobie zachodnią, mocno zużytą garderobę, niektórzy – przepaski z trawy na biodrach, a wszyscy – naszyjniki z muszelek. To byli najbardziej indiańscy kabokle jakich kiedykolwiek widziałem. W głowie huczały mi helikoptery. Spytałem, kim są i jak się wśród nich znalazłem. Nie odpowiedzieli. Wzburzeni, wymachiwali rękami. Niektórzy wyglądali na zagniewanych. Nie rozumiałem ich języka, ale zrozumiałem, że mówili o mnie. Patrzyli w moją stronę i wskazywali mnie palcami. Nie wyglądało to dobrze. Co zamierzali ze mną zrobić? Leżałem na twardej, trzcinowej macie pod wielkim drzewem pokrytym bladoróżowymi kwiatami. Śmierć w jego cieniu byłaby ładniejsza niż w bagnie, choć umierać zawsze nieprzyjemnie. Wracała mi pamięć. Przypomniałem sobie, że coś uderzyło mnie w głowę. Ktoś musiał wyciągnąć mnie na brzeg. W jakim celu zadał sobie tyle trudu? Mężczyźni zamilkli i zrobili dla kogoś przejście. Przede mną stanął chudy mężczyzna w podkoszulku i wytartych dżinsach, wyróżniający się wysokim wzrostem. Wyglądał na wodza i rzeczywiście nim był. Po portugalsku mówił o osadzie i wydarzeniach ostatniej nocy. Nie od razu zrozumiałem, że dotarłem do osady, której poszukiwałem. Stało się to za sprawą światła latarki. Młoda matka przyświecała swojemu chorującemu dziecku. Tej nocy uratowała nie tylko swoje dziecko. Kiedy usłyszała mój krzyk, skierowała światło na mnie, zaalarmowała mężczyzn, a oni wyciągnęli mnie na brzeg. Ucieszyła mnie ich radość, gdy powiedziałem im, że jestem misjonarzem.

Wielokrotnie rozmyślałem o tym wydarzeniu. Gdyby dziecko nie chorowało, matka nie musiałaby doglądać go w nocy. Nie byłoby światła, a mnie nie byłoby już na tym świecie. Ktoś powie, że to przypadek, że miałem zwykłe szczęście. Może tak powiedzieć, skoro wierzy w przypadek. To musi być bardzo mocna wiara. A ja powiem, że szczęście nigdy nie jest zwykłe. Pan Bóg naprawdę potrafi pisać prosto na krzywych liniach życia.

Przy ognisku podano mi jakiś wywar do picia. Wszyscy go pili i prowadzili ożywioną rozmowę. Spytałem wodza, co ich tak ekscytuje. Odpowiedzi udzielił mi mężczyzna, siedzący tuż obok mnie.
— Opowiadamy swoje sny. Przywiązujemy do nich wielką wagę. Po przebudzeniu zawsze wspólnie próbujemy odczytać ich znaczenie.

W ten sposób odkryłem, że wszyscy mieszkańcy osady rozumieją język portugalski i mniej więcej nim się posługują. Czyli w sam raz dla mnie. Między sobą rozmawiali jednak stworzonym przez siebie językiem, mieszanką języków indiańskich i portugalskiego.

Jadłem maniokowy placek i patrzyłem na rzekę. Nie było widać wody. Wszystko szczelnie zakryła ogromna hałda drzew splątanych ze sobą koronami i korzeniami. Tworzyły stożkowatą, monstrualnie wielką tratwę, znacznie niebezpieczniejszą dla ludzi niż potwór z zimnymi oczkami. Każdą łódź mogła zmielić na miazgę.
Wieczorem znowu spotkaliśmy się przy ognisku. Wódz bez słowa, gestami, zachęcał mnie do jedzenia. Wszyscy jedli z wielkim apetytem małe rybki. Były ościste, lecz smaczne. Spytałem, co to za ryby? Wódz spojrzał na mnie rozbawiony. Dostrzegłem w jego oczach figlarne ogniki. Poinformował mnie, że jemy piranie. Dodał, że kiedy są żywe potrafią w kilka minut ogołocić do kości nawet największego mężczyznę, lecz usmażone zadowolą każdego jeszcze szybciej. W jednej chwili straciłem apetyt. W wyobraźni widziałem piranie śrutujące jakieś wielkie, ludzkie ciało. Byłem przekonany, że właśnie stałem się kanibalem. Chyba zbladłem.

— Już się najadłem – powiedziałem zbyt szybko i za głośno.
— Dziwne. Przecież biali mają wielkie apetyty na wszystko – zauważył wódz.
— Ale dzięki malarii jestem teraz żółty – odpowiedziałem i zgodnie wybuchliśmy śmiechem.
Kobieta podała nam gliniane kubki napełnione białym płynem. Nie wyglądał apetycznie. Miał jednak zasadniczą zaletę: nie był z piranii. Mężczyzna bez słowa łapczywie go wypił i spojrzał na mnie. Co miałem zrobić? Wypiłem napój jednym haustem. Nie żeby mi smakował, bo w ustach był mdły i glutowaty, ale żeby było szybciej. Wyczuwalny w nim alkohol sprawił, że udało mi się go wypić bez skrzywienia twarzy. Z ulgą odłożyłem kubek i spytałem, co to za niezwykły napój? Wodzowi rozwiązał się język.
— To cudowny eliksir Amazonii sporządzony z manioku. Trzeba go starannie zmiażdżyć w kamiennym moździerzu, a następnie stare kobiety długo i dokładnie go przeżuwają.
Co takiego? Nie mogłem uwierzyć. Myślałem, że to żart. Wódz spojrzał na mnie z taką miną, jakby mówił: „teraz pokaż co umiesz” i powtórzył dokładnie to samo. Po chwili namysłu dodał:
— Nie może być inaczej. Tylko stare kobiety mają w ustach to co trzeba. Czym starsza tym lepsza! Spluwają do naczynia, w którym następuje fermentacja wyczarowująca boski napój, rozweselający męskie serca umęczone całodzienną harówką.

Mężczyzna dolewał sobie do kubka i popijał niemal każde zdanie. Czym więcej pił, tym szybciej mówił. Spojrzałem na jego żonę. Nie była jeszcze bardzo stara. Odpowiedziała mi szerokim, przyjacielskim uśmiechem, odsłaniając swoje zęby. Nie było ich wiele i nie były białe. Odwróciłem się w stronę rzeki. Musiałem poskromić rewolucję żołądkową. Udało się. Pokazałem wodzowi, że umiem. Jaki ja byłem z tego powodu dumny. Ale co z tego, skoro nikomu nie mogłem tym się pochwalić?

*

Żaden misjonarz nie przebywał w tej osadzie tak długo jak ja. Zadomowiłem się. Minęło kilka miesięcy zanim udało mi się nabyć trochę paliwa od grupy naukowców, którzy dotarli do nas w poszukiwaniu jakichś rzadkich owadów. Czego jak czego, ale owadów w Amazonii nie brakuje.

W dzień wszyscy pracowali. Starałem się na coś przydać. Pomagałem przy łowieniu ryb i żółwi oraz naprawie domów. Pracowitością i pomysłowością nadrabiałem to, że nie miałem zbyt wielu rzeczy, które mógłbym im ofiarować. Stolarka i ciesielka wychodziły mi najlepiej. Wtedy też mówiłem im o Bogu, o Jezusie, który przez większość swojego życia był cieślą i o jego matce Maryi. Spytali mnie, kiedy ostatnio widziałem się z Jezusem i Maryją. Byłem zdumiony pytaniem, a oni rozczarowani, gdy wyznałem, że nigdy ich nie widziałem. Widząc ich miny, zaraz dodałem, że mimo to zawsze czuję ich obecność. Zdziwili się. Jak mogę czuć obecność kogoś, kogo nigdy nie widziałem? Spytałem:
— A widział kto z was powietrze?
Roześmiali się.
— Jak można widzieć powietrze?
— A czujecie je?
Chyba wtedy tak naprawdę zainteresowali się tym, co im opowiadałem.
Zbudowaliśmy salę lekcyjną, która wprawdzie miała dach chroniący przed słońcem i deszczem, ale nie miała ścian. Była jednak wystarczająco dobra, by uczyć w niej czytania, pisania i rachowania. Tak powstała pierwsza szkoła nad górnym biegiem Czarnej Rzeki, w której byłem jedynym nauczycielem.

*

Mój powrót do Novo Airao wywołał zamieszanie. Ludzie reagowali na mnie jakby zobaczyli ducha, czyli dość gwałtownie. Okazało się, że znaleziono roztrzaskany ślizgacz, który wyglądał tak jak mój. A ponieważ od dawna nikt mnie nigdzie nie wiedział, uznano mnie za zmarłego. Odprawiono nawet msze o spokój mojej duszy nie tylko w Brazylii, ale również w Polsce.

Przez kilka dni pławiłem się w radości wywołanej moim powrotem. Nigdy wcześniej ani później czegoś takiego nie doświadczyłem. Wzruszałem się, gdy mi opowiadano, że ten czy ów mnie opłakiwał, a później płakał z radości, gdy mnie zobaczył żywego. Chcieli, abym żył. To naprawdę uszczęśliwia.

Obraz: Paul Gauguin „Paysage de Te vaa”

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *