Hotel Room
Tekst zgłoszony do nas we Wiosennym konkursie na opowiadanie
Jako pierwszą widzę ścianę w kolorze ochry, na przeciwległym do mnie krańcu pokoju. Pod ścianą fotel – butelkowo zielony, schowany za łóżkiem, wyłaniający się za niego do połowy. Na fotelu biały płaszcz w granatowe kwiaty, choć może jest to szalik? Nie, nie szalik – jeśli już to szal, ozdobna chusta, taka, którą zakłada się do teatru albo na przyjęcie w ambasadzie. Nie, skąd w tym pokoju miałaby znaleźć się tego rodzaju chusta? Nie wygląda mi na hotel graniczący z operą, raczej przydrożny motel, no dobrze może coś więcej niż motel – miejsce, w którym zapewne zatrzymywał się Humbert Humbert w towarzystwie Dolores Haze. Pod fotelem dwie walizki, zaraz obok czarny kapelusz rzucony niedbale na drewnianą komodę. Czarne pantofelki, wyściełane w środku białą skórą.
Na łóżku – wciąż jeszcze pościelonym, siedzi kobieta. Do połowy naga kobieta. Ubrana w zaledwie strój do pływania albo coś, co do złudzenia ten strój przypomina. Zgarbiona w ramionach, z upiętymi wysoko włosami i zastygłą w doskonałej obojętności twarzą spogląda na świstek papieru, ściskany kurczowo obiema dłońmi. Co takiego widzi przed sobą? Żona malarza mówiła, że kobieta czyta rozkład jazdy autobusów. Ale ja nie wierzę żonie malarza, nie wierzę jej nawet wtedy, gdy twierdzi, że to ona była tą kobietą.
Z reguły nie dowierzam ludziom, przeważnie nie dostrzegają tego co kryje się w tym drugim, często nie widzą tego, co sami skrywają w sobie. Co ukrywa kobieta, której z uporem się przyglądam?
Kartka papieru nie jest wcale rozkładem odjazdów autobusów z najbliższego dworca. Tego rodzaju przedmioty rzadko wprawiają w głęboki smutek. Chyba, że to nie one są ich powodem. Kobieta już wie, zdaje sobie sprawę, z tego co przede mną wciąż jest zakryte. On tu więcej nie przyjdzie i ona też więcej nie przyjdzie. Już nigdy jej nie odwiedzą. Nie dlatego, że nie mogą tego zrobić; nie nawet dlatego, że bardzo tego nie chcą; nie zrobią tego – bo ona im na to nie pozwoli. Dawno już postanowiła. Przyjazd do tego bezimiennego hotelu, miejsca dokładnie pośrodku niczego, był przez nią od dawna starannie przygotowywany.
Wyszła z domu jak zwykle w sobotę – o dziewiątej. Zamiast płóciennej torby na zakupy miała ze sobą dwie poręczne walizki – jedną z bydlęcej, a drugą z owczej skóry. Obdarzając mijanych sąsiadów przesadnym uśmiechem i rytualnym pytaniem o samopoczucie, udała się prosto na dworzec. Nie będę opisywał dworca, ani tego jak długo trwała podróż, nie zamierzam też demaskować miejsca początku, ani końca tej przejażdżki. Nie ma to najmniejszego sensu, a bliskim kobiety przyniosłoby jedynie smutek. Niezręcznie mi pisać o niej jako o kobiecie, a przez wzgląd na szacunek, który do niej żywię, nie chcę posługiwać się jej prawdziwym imieniem. Przyjmijmy więc, że nazywała się Elsa.
Odmalowanie zbyt wielu szczegółów z życia Elsy, pokazanie szkoły, do której chodziła jako dziewczynka albo kasztanowca, w cieniu którego po raz pierwszy się całowała w tamte pamiętne wakacje, byłoby formą zdradzenia Elsy, nadaniem jej bezimiennej sylwetce właściwości, rekonstrukcją okruchów historii, które umożliwiają identyfikację; zdemaskowaniem jej. Nie będę tego robił – nie jestem pewien czy z szacunku do niej, czy też z uwagi na niepisaną umowę, którą my wszyscy podróżujący donikąd zawieramy ze sobą.
Niech wystarczy tyle, że przyjechała tu – to znaczy do hotelowego pokoju – z południa. Rozpalonego i słodko lepkiego południa, w którego nigdy nie gasnącym słońcu jej samotność była nie do zniesienia. Przyjechała tu – na północ, skrycie licząc, że jej chłód pozwoli wyostrzyć kontury rzeczywistości i nauczy zmysły odczuwać cokolwiek poza zmęczeniem. Jako nastolatka czytała przecież, że ludzie z północy są ciągle czujni i nawet na chwilę nie tracą z oczu wyznaczonego celu. Chciała być taka jak oni, przestać w końcu wpatrywać się ślepo w gnijące, z powodu nadmiaru słońca i towarzystwa owadów, kwiaty stojące w wazonie na jej biurku w pokoju, którego od lat nie opuszczała na dłużej niż kilka godzin w soboty.
Podróż – ile razy wcześniej ją sobie wyobrażała, rzadko przecież udawało się jej wymknąć poza obręb swojego osiedla, ile razy śniła o niej albo marzyła na jawie o kolorach, których doświadczy, patrząc przez okno pędzącego na północ pociągu – nie wzbudziła w niej niczego poza mdłościami. Pociąg nie przyjechał na czas, a w zatłoczonym wagonie nie znalazło się dla niej ani jedno wolne miejsce. Stała więc w środku między tłumem spoconych mężczyzn, marząc o tym, by w końcu znaleźć się z powrotem na dworcu. Na szczęście udało się jej wepchnąć walizki na półkę ponad głowami siedzących pasażerów, choć odniosła nieprzyjemne wrażenie, że podczas gdy to robiła, wzrok kilku spoconych mężczyzn oblepiał jej wypięte pośladki, zarysowujące się nieznacznie spod białej sukienki wizytowej, którą na sobie miała. Najlepsza sukienka w jej szafie, nadzieja na rozpoczęcie nowego życia, z dala od miasta, w którym nie było niczego poza rechotem ogorzałych w słońcu robotników, gryzącego w podniebienie swądu popękanej ziemi i zawrotów głowy, które nie pozwalały jej zasnąć.
Z dworca czekała ją jeszcze długa droga do hotelu, który zarezerwowała przez telefon, z domu, bez uprzedniego sprawdzenia jego lokalizacji. Nie zamawiała nigdy wcześniej noclegu poza domem, nie miała pojęcia, że należy zwracać uwagę na takie sprawy. Nawet gdyby miała, zabrakłoby jej pewnie odwagi, by pytać.
Mężczyzna w recepcji obdarzył ją spojrzeniem, które ofiarowuje się tylko pewnego rodzaju kategorii kobietom.
– Będzie pani miała towarzystwo?
– Towarzystwo? – zapytała, nic nie rozumiejąc.
– Gościa, gości – podkreślił znacząco – czy ktoś panią odwiedzi?
– Nie – powiedziała cicho – będę sama.
– Ach, sama – uśmiechnął się.
Pokój, ten mały rozświetlony żarówiastym światłem pokój hotelowy, również nie okazał się tym, na co liczyła. Czy jednak kiedykolwiek rzeczywistość sprostała wymogom jej wyobraźni? Zaraz po tym, jak mężczyzna z recepcji zostawił ją samą, zatrzaskując za sobą absurdalnie ciężkie i zupełnie nie pasujące do wystroju tego taniego hoteliku drzwi, weszła do łazienki i zrzuciła z siebie wilgotną od potu sukienkę. Nie miała siły się myć. Nie, to może przecież poczekać. Nie będzie się z nikim widzieć, nie musi być wiecznie świeża, naprawdę nie musi, nawet jeśli właśnie tego zawsze oczekiwała jej matka. Założyła na siebie pomarańczowy strój do kąpieli i usiadła na łóżku.
To właśnie w tej pozie jej postać przejdzie do historii – zupełnie tak jakby nie było żadnego przed, ani żadnego po. Mam ochotę wykrzyczeć, że to absurdalne, ale wiem, że mój protest byłby bezcelowy. W żadnym wypadku krzyk nie pasuje do konwencji tego przedstawienia.
Dramat Elsy rozgrywa się w milczeniu, w niedopowiedzeniach. Nie wiem czy zwróciliście na to uwagę, ale Elsa nie mówi zbyt wiele; prawdę mówiąc, o ile to możliwe stroni od otwierania ust. Dźwięk jej głosu, głosu którego tak bardzo nie lubi (drażni ją jego chwiejność, przeradzająca się w chwilach wzruszenia w dziecięcą piskliwość), upewnia ją o jej własnym istnieniu. Póki milczy, może przecież udawać, że jej nie ma. W tym celu stara się też oddychać jak najlżej, jak najrzadziej. Opanowała do perfekcji sztukę spokojnego oddechu. Z jej ust nigdy nie dobywa się świst człowieka zmęczonego wspinaczką po schodach albo sapiącego w chwilach wzburzenia. Elsa burzy się i wspina po cichu.
Po co tu przyjechała? Przed kim ucieka? Nie wiem. Nie wie tego także i Elsa. Co będzie robiła? Może pójdzie na basen. Chyba po to wzięła ze sobą stój do kąpieli. Od lat nie pływała. Na południu, o basen można potknąć się częściej niż o nierówną płytę chodnika. Może dlatego Elsa nigdy tam nie pływała. Rzeczy występujące w nadmiarze, z samej swej istoty budzą w niej nieufność, niemal niepokój. Niepokój o co? Niepokój dlaczego? Gdyby bliżej się temu przyjrzeć, myśli Elsa, niepokój wynika z obawy o bycie wchłoniętą, zatrzaśniętą w schemacie, dusznym pomieszczeniu, z którego nie da się uciec. Czy z tego powodu omijała imprezy, nie chodziła na tańce z przyjaciółkami, nie miała przyjaciółek, nie całowała się już nigdy po tamtych pamiętnych wakacjach, kiedy zrobiła to po raz pierwszy w cieniu kasztanowca?
Co czuła? Nie pytam o to co czuła w ogóle, ale wtedy, w tym konkretnym momencie, w tym brzydkim pokoju, w hotelu, którego nazwy nikt nie pamięta. Czy czuła smutek, a jeśli tak, to co było jego przyczyną? Elsa przeczytała wiele o smutku. Jako dziecko łudziła się jeszcze, że poznając losy czujących podobnie, dotrze do istoty problemu i zdemaskuje tkwiący w niej defekt. Nie dotarła.
Przez lata przyglądania się sobie dowiedziała się tylko tego, że czasem smutek nie wynika z szerokiej znajomości życia i wiedzy o świecie, nie ma on w sobie nic z faustowskiego znudzenia albo melancholii Wertera; nie przypomina w niczym zawiedzionych nadziei albo poczucia bezsensu zrodzonego w konfrontacji z milczącą pustką wszechświata. Smutek Elsy był pierwotny wobec tych wszystkich uczuć narosłych w głowach zbyt wiele myślących kobiet i mężczyzn. W tym sensie jej rozpacz, choć nie poprzedzona wywołującym ją wywodem logicznym, była najgłębsza i najczystsza w swej postaci. Nie przypominała żadnego znanego mi uczucia i nie była następstwem jakiegokolwiek dającego się zdefiniować powodu, nie zmierzała ku niczemu i znikąd się nie wywodziła; po prostu trwała, ściśle złączona z istotą Elsy.
Ale to już koniec smutku. Koniec rozpaczy. Nie będzie nigdy więcej leżeć przez tydzień z nieumytą głową i śledzić trajektorię lotu much, chroniących się w jej pokoju przed morderczym słońcem. Nie! Postanowiła, że zacznie od nowa. Wyjdzie do ludzi, zacznie chodzić na basen, będzie codziennie rano się ubierała i wychodziła na spacer. Pojedzie może nawet do Toronto albo zobaczy Niagara Falls. Wszystko jeszcze przed nią, wciąż jest przecież młoda, tak bardzo młoda. Zacznie jednak od jutra, nie od dziś. Dziś, podróż była dla niej wystarczającym przeżyciem, szczególnie gdy zaczyna przypominać sobie te spojrzenia, wzrok tak wielu mężczyzn, patrzących na nią jedynie jak na ciało. A może jednak? Może jednak powinna wykorzystać to, że jest kobietą. Nie zawsze będzie przecież wzbudzać takie zainteresowanie. Może właśnie na tym polega życie? Na uleganiu pragnieniom. Problem tylko w tym, że Elsa niczego nie pragnie. Nie czuje zupełnie niczego. Niagara Falls, jak to wspaniale brzmi – przekonuje samą siebie. Ale nie brzmi. Jako dwudziestolatka stała na szczycie Grand Canyon. Nie pamięta stamtąd niczego poza przesyconym cebulą oddechem przewodnika i brunatnym pyłem, który na trwale zafarbował jej białe trampki. Buty przeznaczone dotąd na wyjątkowe okazje.
Muszę się wziąć w garść, przestać w końcu się nad sobą użalać, powtarza w myślach, coraz mocniej zaciskając palce na skrawku trzymanego w dłoniach papieru. Nie wolno mi wracać do wspomnień, nie wolno mi wybiegać w przyszłość, nie wolno mi pytać się siebie co czuję. Nie wolno. Nie wolno. Nie wolno.
Mam w walizkach tak piękne ubrania, tak wiele świata do zobaczenia, tak wielu ludzi do spotkania, tak wiele miejsc do odkrycia, tak wiele dni do przeżycia, godzin, minut, sekund. Wskazówka wędrującą po żółtej tarczy zegara przesuwa się wolno, tak bardzo wolno. Zaraz, ona stoi w miejscu, chyba się zepsuła, będę musiała zadzwonić po tego faceta, żeby ją naprawił. Potrzebuję przecież znać czas. Nie, jednak drgnęła. Z jedynki przeniosła się na dwójkę. Zostało raptem pięćdziesiąt osiem minut do następnej godziny. Czy każda minuta będzie płynąć tak samo wolno? Czy to się nigdy nie skończy? Czy czas nigdy nie zacznie uciekać? Przecież tak mówią o nim inni, ci wszyscy ludzie narzekający na jego nieubłagany pośpiech. Co rozumieją jako pośpiech? Czy, aby nie próbują mnie pocieszyć, mówiąc o uciekającym czasie?
Pójdę na basen. Tak, pójdę na basen! Przecież po to ubrałam się w strój do kąpieli. Szkoda byłoby nie wykorzystać tego, że już jestem ubrana. Kto wie kiedy kolejny raz uda mi się go założyć. Tak, pójdę na basen! Tylko gdzie w tym mieście jest basen? Mogę zejść na dół i wyjść przez drzwi hotelu na zewnątrz. W końcu przecież powinnam się na niego natknąć. Nie jest to znowu takie duże miasto, miasteczko raczej, osada. Nie, to zbyt męczące, a może i niebezpieczne. Kto wie gdzie się zapuszczę, sama włócząc się bez celu tymi obcymi uliczkami. Nie, to z pewnością nie jest dobry pomysł. Dodatkowo robi się ciemno. W pokoju pali się przecież to okropne światło. Na zewnątrz jest już noc. Noc? Nie, nie noc, raczej wieczór. Może zapytam recepcjonisty. Będę musiał zejść na dół do niego i poprosić go o wskazanie mi drogi na basen. Nie, najpierw będę musiała dowiedzieć się, czy w ogóle mają tu basen. Nawet jeśli mają, to czy nie jest już zamknięty. Jest już przecież ciemno. Jakie są godziny otwarcia basenu, zapytam. Tak. Nie, nie mogę przecież zejść tam do niego w takim stroju. Spojrzy na mnie z jeszcze gorszym uśmiechem niż poprzednio. Nie, muszę założyć coś przyzwoitego. Tylko co? Nie pamiętam co mam w walizce. Będę musiała więc najpierw ją rozpakować. Wyłożyć z niej wszystkie ubrania i schować do szafy. Ułożyć w komodzie bieliznę i powiesić sukienki i płaszcz. Nie, to może zaczekać. Nie czuję bym miała na tyle siły, by zajmować się teraz walizką. Spakowanie jej było tak bardzo męczące, czy z jej opróżnieniem nie będzie podobnie? Może po prostu pójdę na spacer. Może zostanę. Może jutro rozstrzygnę tę kwestię. Może dziś.
***
Skrawek papieru ściskany w pobielałych od napięcia palcach Elsy nie jest rozkładem jazdy autobusu. To ulotka, na której zapisano dopuszczalną dawkę środków nasennych i wytłuszczono czerwonym drukiem ostrzeżenia przed następstwem przekroczenia tych limitów.
Obraz: Raoul Dufy „Window Opening on Nice”