Kalka
Tekst zgłoszony do nas we Wiosennym konkursie na opowiadanie
Dwóch braci stoi w gabinecie martwego ojca. To bliźniacy. Jeden z nich trzyma pistolet. Broń jest naładowana i skierowana w skroń strzelającego.
…
Baltazar Bergmann zasłynął w Londynie jako najbardziej surowy i zdeterminowany prawnik. Ludzie, którzy mieli z nim do czynienia, zawsze mówili jedno, czasem w różnych formach, ale z tym samym przesłaniem: „Jeśli miałby być moim obrońcą, chyba nie zdołałbym dziękować niebiosom. Jeżeli jednak szukałby winy we mnie, nie znalazłbym nawet odwagi na błaganie o litość”. Bergmann cieszył się ogromnym szacunkiem na salach sądowych, ulicach, a nawet gdy przechadzał się targiem. Taksował wzrokiem każdego i oceniał w głowie, jak wiele wykroczeń mogł mieć dany delikwent na swoim koncie.
Nie był jednak człowiekiem samotnym. Ożenił się z panną z wysokiego rodu Wellblacków, których uważano za arystokratyczne papugi. Obnosili się ze swym bogactwem jak kolorowe ptaki, mimo że jako właściciele banku mieli nawet nie dostateczny majątek. Panna Ophelia była urodziwa, lecz do wybrania właśnie jej nie skłoniły Baltazara jedynie porcelanowa twarz i perfekcyjna sylwetka opięta gorsetem. Dostrzegał w niej wyważenie, harmonię. Była kobietą nad wyraz skrupulatną w swych zajęciach. Posługiwała się wieloma językami, grała na instrumentach. Jej mowa i czyny plotły wręcz swoisty rodzaj poezji, który odpowiadał Baltazarowi.
Niedługo po wystawnym ślubie Ophelia zaszła w ciążę. Wraz z mężem wyczekiwali cierpliwie dziecka. Baltazar rozmyślał nad imionami dla potomka w czasie wolnym od pracy. Przy piciu herbaty wraz z małżonką czytywał spisy imion. Robił to tak często, że czasami Ophelia odważała się zwracać mu uwagę.
– Zdecydujmy się w końcu, mój drogi – wtrącała, gładząc dłonią swój krągły brzuch – Już niedługo.
Baltazar zaciskał wtedy palce na kartkach i mrużył oczy.
– Moje dziecko nie może nazywać się jak większość dzieci pałętających się po Londynie – mawiał – Powinno nosić godne imię.
W końcu zatrzymał się na jednym. Staroperskie imię symbolizujące króla i władcę – Kian.
Jakież zdziwienie spotkało Bergmanna, gdy nadszedł dzień porodu. Czekając w oddzielnym pokoju, przechodził to w prawo, to w lewo, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Słyszał stłumione stękania Ophelii i pragnął, by jak najszybciej cała ta sytuacja dobiegła końca. Gdy ukazał się przed nim lekarz, nie zdążył nawet spytać o stan małżonki, ponieważ doktor rzekł:
– Gratuluję, to bliźnięta. Dwójka pięknych chłopców.
Wchodząc do komnaty żony, ujrzał ich. Dwoje niemowląt, trzymanych przez wykończoną panią Bergmann. Przyglądał się swym synom z uznaniem, wręcz jakby oglądał niezwykłe okazy, skarby. Nie wyciągnął dłoni w ich stronę, nie okazał ojcowskiej sympatii, którą zdawało się, że zbierał w sobie przez ostatnie miesiące. Prostując się jeszcze bardziej i delikatnie krzywiąc ciemne brwi, oznajmił:
– Niech starszy nazywa się Kian, młodszy zostanie Kenjim.
Kenji – imię, które przyszło mu do głowy w tej chwili. Imię z japońskimi korzeniami oznaczające drugiego syna. To niby bez znaczenia, lecz na życiu chłopców odcisnęło piętno.
Już w ich wczesnym dzieciństwie Baltazar zadbał o najlepsze opiekunki, później o najwybitniejszych nauczycieli. Pragnął, by jego synowie chłonęli wiedzę, aby zostali tak cenionymi jak on, skoro nosili jego nazwisko, a w ich żyłach płynęła jego krew. Mieli wszystko, czego było im trzeba. Opiekę, bogactwa, kochaną matkę i ojca, który stanowił autorytet. Gdy Baltazar wyznaczał polecenie, chłopcy mieli je wykonać z największą starannością.
Kian zgodnie ze swym imieniem wyrastał na silnego młodzieńca. Wiedział, czego chce oraz do jakich czynów zamierza dojść. Kenji natomiast był po prostu drugim synem. Stanowił przeciwieństwo starszego brata. Jako mały chłopiec biegał po ogrodach, nie bacząc na brudzenie swoich ubrań. Ciekawiła go sztuka. To właśnie na tym skupiał się całym sercem. Matematyka, filozofia i najzwyklejsze logiczne myślenie nie leżały w jego naturze. Nie potrafił odpowiadać na pytania nauczycieli, bardzo często bujał w obłokach. Gniewało to ojca niemiłosiernie. Młodziutki Bergmann nie mógł ukazywać rodziny w tak nieodpowiednim świetle, dlatego Baltazar go chłostał. Z różnych powodów. Czasem za brak wiedzy, czasem za folgowanie sobie. Przez lata ten rytuał przybrał nieco inny wymiar. Jakby Kenji dostawał za to, iż jest, nie za to, co robił.
Kian był wzorem. Perfekcyjna wiedza, mądrość. To w nim Baltazar widział nadzieję na przyszłość rodziny. Wiedział, iż to starszy brat zapewni dobry byt sobie, a następnie swojej żonie i potomkom.
W dniu dziewiętnastych urodzin bliźniąt, odbyła się duża rodzinna uczta. Zjechało się wielu krewnych. Ciotki poubierane w barwne suknie, wujowie dyskutujący o narastającym kapitalizmie. Rozmowy trwały, ale Kenji nie zabierał głosu. Oddał go Kianowi, który opowiadał o strukturach państwa. Tłumaczył rodzinie konstrukcję społeczeństwa, odwoływał się do filozofii i badań naukowych. Krewni zachwycali się jego elokwencją. Kenji także chciałby móc się nią karmić, lecz niewiele z tego wszystkiego rozumiał. Czując się jak mucha w pięknym złotym od miodu ulu, udał się do ogrodu, tłumacząc się zawrotami głowy.
Zdumiało go, że brat po chwili za nim ruszył.
– Czy to aby na pewno twój stan zdrowotny cię tu ściągnął? – spytał.
Na twarzy Kenjego wymalował się wymuszony uśmiech.
– Nie powinienem tam być.
– To także twoje urodziny.
Spojrzał na brata. Byli tak podobni. Ten sam zadarty nos i jasne oczy po matce, ciemne i grube pukle włosów po ojcu. Wyglądaliby jak jedna i ta sama osoba, gdyby nie blizna przecinająca brew Kenjego. Zyskał ją podczas jednej ze swoich zabaw w ogrodzie, gdy był jeszcze chłopcem.
Byli prawie identyczni na zewnątrz, w środku żyły dwa oddzielne światy. Mimo to bracia dbali o siebie, a przynajmniej zachowywali się tak, by drugie nie odczuło kłębiących się w głębi serca negatywnych odczuć.
– Nie pasuję do wymogów naszego ojca – ciągnął Kenji – Sam to dostrzegasz.
– Jesteś inny. Jesteś moim bratem – rzekł.
Po kilku dniach Kenji opuścił dom. Zniknął szybko. Zabrał ze sobą część pieniędzy, by móc się w jakikolwiek sposób utrzymać przez najbliższy czas. Później planował zdobyć pracę. Jakąś prostą i niewymagającą pracę.
Słowa brata wyryły się w jego umyśle. Szlifowały tok myślenia, wpływały na poczynania. Był inny, nie był jak idealny Kian. Był gorszy, nieużyteczny, pusty. Brat. Cóż to miało znaczyć? W ustach Kiana brzmiało to jak określenie tworu wyprodukowanego na wzór pierwotnej wersji. Wyglądał jak on, ale miał wady, był uszkodzony. Nie potrafił posługiwać się skomplikowanymi sformułowaniami, miał gorszą pamięć, nie radził sobie z życiem.
Był w końcu jedynie Kenjim, drugim synem. Kian w tym czasie szybko zmężniał. Zajął się nauką, a polityka interesowała go coraz bardziej. Nie myślał za wiele o bliźniaku, zapewne przez ojca, który powtarzał stale: „Zostawił nas. Jest tchórzem, łamagą. Nie zawiedź mnie i nie idź w jego ślady”. Słowa
autorytetu były przecież najcenniejsze, a stałe karmienie się nimi sprawiło, iż Kian z czasem
zaczął trzymać się tego samego zdania.
W czasach, w których pieniądze odgrywały większą rolę niż miłość, Kian nie myślał zbyt długo nad wyborem żony. Związał się z Margaret Selly, tym samym z jej wysokim posagiem. Zainwestował w naukę. Pochłaniał wiedzę jak gąbka i zatracał się w pracy jeszcze mocniej niż ojciec. W niedługim czasie objął stanowisko w Izbie Gmin. Stał się rozpoznawalny, a nazwisko Bergmann powtarzano z respektem w całym Londynie. Rzadko przebywał w domu. Żona nie okazała się tak ciepła w stosunku do niego, jak matka, ale i on nie okazywał jej zbytniej troski. Tworzyli umiarkowanie zżyty, partnerski związek i każde z nich pilnowało własnego nosa.
Sytuacja zmieniła się, gdy narodziły się dzieci. Kolejni potomkowie obudzili jakąś nieznaną czułość w Margaret. Myślała tylko o nich i żałowała, iż jej mąż nie podziela tej samej sympatii.
– Mógłbyś powiedzieć im czasem coś miłego – stwierdzała obrażona – Bastian stara się jak tylko może, by zabłysnąć w twych oczach, a Tina…
– Muszę pracować, Margaret – mawiał – Tylko tak zapewnię im dogodne życie. To ty, matka, powinnaś zająć się ich uczuciami.
Te słowa były mu dobrze znajome, lecz to nie sprawiało, aby się niepokoił. Jego autorytet obserwował wszystko. Stary Baltazar pracował coraz mniej, a sił w nogach mu brakło. Przyglądał się dorastającym wnukom oraz sukcesom syna. Często powtarzał:
– Jestem dumny, że mnie nie zawodzisz.
Kian tylko czekał, aż ojciec dokończy kiedyś to zdanie słowami: „nie to co Kenji”, ale nigdy się tego nie doczekał. Widać stary Bergmann całkowicie wyparł ze swojej głowy myśl o drugim synu.
Pewnego razu, gdy Kian szedł do pracy, zatrzymał go nieznajomy mężczyzna. Energicznie złapał go za ramię i wykrzyknął w jego kierunku nieznane nazwisko:
– Weltwall! – natychmiast się zmieszał i puścił go – Drogi pan wybaczy! Pomyłka! Sądziłem, że… że widzę dawnego przyjaciela.
Kian był zdumiony. Taksował wzrokiem mężczyznę. Jego beżowy płaszcz, równo przystrzyżone, jasne wąsy i ciepłe oczy, którymi na niego patrzył. Bergmann nie wiedział, dlaczego, ale gdy przyglądał mu się, w jego ciele narastała słodka ekstaza.
– W porządku, proszę pana – odrzekł – Radzę jednak być ostrożniejszym na przyszłość.
Nieznajomy skinął głową, po czym subtelnie się uśmiechnął. Miał pełne wargi.
Zapewne również bardzo miękkie.
– Jeszcze raz przepraszam drogiego pana – oznajmił, a następnie poszedł.
Kian obejrzał się za tym zakręconym człowiekiem. Stawiał pewne kroki, chwilami tak
płynne, jakby tańczył. Dziwny mężczyzna.
Po tym niby niewielkim incydencie wpadł w jeszcze większy wir pracy. Gdy wracał do domu, unikał spojrzenia żony. Czuł od niej falę wyrzutów i zawodu. Ponownie stała się oschła, jak przed narodzinami dzieci, lecz teraz jeszcze bardziej mu to odpowiadało. Mógł zająć się swoimi obowiązkami i odetchnąć od kotłujących się myśli.
Jego stanem jednakże niepokoiła się matka. Najcieplejsza osoba w jego życiu.
– Och, kochanie, wyglądasz jak śmierć – stwierdziła, gdy odwiedził ją pewnego razu – Lilianna zaraz zaparzy ci herbaty. Lilianna! – zawołała służącą.
Chwilę później trzymał już w dłoni porcelanę obmalowaną kwiatami. Upił łyk ciepłego naparu.
– Co się dzieje? – spytała matka.
– Mam dużo pracy – rzekł.
Zmrużyła powieki.
– Margaret twierdzi, że sam sobie jej dokładasz – powiedziała – I mawia, iż nie obchodzą cię dzieci, a to…
Przerwała głośnym kaszlnięciem. Wykrztuszała powietrze, zasłaniając usta dłonią, ale trzęsła się przy tym niemiłosiernie.
– Zdrowa jesteś, matko? – spytał.
– Tak, tak – odparła – To nic takiego… Kontynuując, dlaczego się tak zachowujesz? Nie obchodzą cię twoje pociechy?
– Obchodzą, pracuję, by żyły w dostatku.
Ophelia smutno się uśmiechnęła.
– Jak ojciec… – westchnęła – Dokładnie taki jak ojciec.
Te słowa wywołały w nim zadowolenie. Baltazar w końcu tego pragnął, by jego syn był idealny, czyli taki jak on. W takim przeświadczeniu Kian został wychowany, tego trzymał się w dorosłym życiu.
Niepokoiły go jednak niesforne myśli, które ukazywały się w jego głowie odkąd wpadł na niego tamten obcy mężczyzna. Były brudne, pełne niewyjaśnionego przyciągania. Coraz częściej łapał się na przyglądaniu się innym pracownikom. Tak jakby szukał w ich twarzach cech nietuzinkowego nieznajomego. Spojrzenia, które im kierował były krótkie, urywane.
Nikt nie powinien o tym wiedzieć.
Fala nieszczęść przyćmiła jego obserwacje. Kaszel matki okazał się zapowiedzią śmierci. Choroba okrutnie odebrała jej życie. Gdy ją ostatni raz zobaczył, była blada, sztywna, odziana w czarną suknię. Leżała w trumnie, którą opuszczano do ziemi.
Cała rodzina rozpaczała, ale najbardziej odbiło się to na Baltazarze. Nie minął miesiąc, a ojciec także zmarł.
Posępny nastrój panował wśród Bergmannów. Mało kiedy ktokolwiek się odzywał. Nawet służba zaczęła nosić ciemne barwy. Każdy w końcu znał wielkiego prawnika Baltazara Bergmanna. Najwspanialszego, najwybitniejszego w całym kręgu kancelaryjnym. Taka strata była ogromnym ciosem.
Na łożu śmierci ojciec odbył ostatnią rozmowę z synem. Była to oschła wymiana zdań.
– Umrę niebawem – rzekł.
Kian zacisnął wargi.
– Wiem, ojcze – kucnął przy jego łóżku.
– Obiecaj mi coś – spojrzał surowo na niego, tak jak przez te wszystkie lata – Nie przestawaj być idealny. Będę patrzeć na twe sukcesy tam, z góry i będę napawał się dumą.
Kian odpowiedział na to jedynie:
– Obiecuję, ojcze.
Czas mijał. Dzieci dorastały. Kian wraz z małżonką odczuli upływ czasu na swych skórach. Ostatnie miesiące niekorzystnie się na nich odbiły. Margaret zajęła się dziećmi i jeszcze bardziej odsunęła się od męża. Nie naciskała już prawie w ogóle na to, by był dobrym ojcem. Wiedziała, że nic nie wskóra. Dzieci same omijały go szerokim łukiem. Czuły chłód, który od niego bił. Był to chłód ich dziadka, ale działający ze zdwojoną siłą.
Kiana w tym czasie męczyła złożona obietnica. Przez całe życie nigdy nie zawiódł ojca, a teraz czuł, że jego perfekcja zmierza do upadku. Nie dopatrywał się błędów, był coraz bardziej wykończony, a jednocześnie targała nim jakaś nieznana nadpobudliwość. Przepełniła go „brudna żądza”.
I właśnie wtedy w najmniej niespodziewanym momencie do Londynu przyjechał dawno już zapomniany człowiek. Nowocześnie odziany, uśmiechnięty Kenji Bergmann. Jakież zdumienie wywołał, przychodząc do domu starszego brata. Zdezorientowany lokaj zdecydował się go wpuścić. Kian widząc młodszego bliźniaka, wpadł w furię.
Dostrzegł swoje odbicie. Obecnie jaśniejsze, pełne zapału, żywotności.
– Po coś tu wrócił, zdrajco? – wykrzyknął wściekły – Tyle lat! Jak śmiesz teraz przychodzić do mojego domu i witać mnie, jakby nic się nie stało?
Kenji się zmieszał.
– Usłyszałem o śmierci ojca – wyznał zaciskając palce na swym granatowym kaszkiecie – Chciałem odwiedzić grób.
– Wynoś się! – ryknął – Skoro wyparłeś się swej rodziny nie masz prawa prosić jej o wybaczenie!
Kenji nie walczył z nim. Posłusznie opuścił dom Kiana, który wpadł w jeszcze większą wściekłość po tym spotkaniu. Nie rozmawiał na ten temat z żoną, znającą tylko skrawek historii dotyczącej młodszego brata. Wrócił do pracy, ale nie mógł odegnać myśli o tym zdradzieckim człowieku.
Tak wiele razy miał szansę pokazać, że jest godny swego nazwiska, ale uciekł. Stchórzył, bo to było najprostsze. Był głupcem, nie mógł przemyśleć tego, jak mężczyzna. Udowodnił, że ojciec miał rację, że był jedynie drugim synem.
Kian targany tą złością nie myślał zbyt wiele nad swoim postępowaniem. Chciał jedynie wyrzucić z siebie negatywne emocje. Postąpić tak, by jakikolwiek pierwiastek spokoju do niego powrócił. Jeszcze do niedawna był tak stoicki, a teraz przemienił się w bulgoczący wulkan. Musiał znaleźć ukojenie.
Otrzymał je w swojej „brudnej żądzy”.
Zatopił się w niej, dał się jej pokierować.
Nie wiedział, kim był ten mężczyzna, którego spotkał na obrzeżach miasta. Mógł jedynie dostrzec jego nędzę. Wszystko przebiegło szybko. Zapłacił mu i kazał zrobić to, czego oczekiwał. Chwila rozkoszy, wspaniała, niczym dojrzałe wino przelała się przez jego ciało.
Poczuł ulgę, stan lekkości.
Wszystko to jednak minęło, gdy wrócił do pracy. Obietnica dana ojcu wwierciła się w jego świadomość na nowo. Miał wrażenie, że ojciec był świadkiem całej sytuacji, albo gorzej, był prawnikiem oskarżającym go o jego haniebne czyny. Zwizualizował sobie w głowie jego rozzłoszczoną twarz, jego ciemne, ściągnięte brwi. Wyparłby się go, gdyby mógł. Gdyby tylko wiedział o tym zajściu.
Któż wie, gdzie tak właściwie znajduje się Niebo. Czy jest ono nad nami, a chmury to tylko zasłona ukrywająca gromady zbawionych dusz? Może Raj tak naprawdę jest połączony z naszym światem? Może zmarli obserwują wszystko? Widzą, słyszą.
Ciarki przechodziły po jego ciele, gdy o tym myślał.
Sytuacja się nie poprawiała. Tamta chwila odbiła się na nim jeszcze większym pragnieniem. Patrzył już teraz na większość mężczyzn jak na drogę prowadzącą do ukojenia. Targały nim okrutne emocje. W domu zdarzało mu się krzyczeć na Margaret i dzieci. Pewnego razu nie wytrzymał i wychłostał syna. Pamiętał z tamtej chwili tylko trzy rzeczy: swoją złość, płacz Bastiana i krzyk Margaret.
Coraz bardziej zagłębiał się w powłokę Baltazara Bergmanna. Wchodził w jego skórę. Wypowiadał się jak on, traktował innych jak on, był surowy jak on, a mimo to nie był idealny. Ta złość kierowała nim jak kukiełką. Niezaspokojone potrzeby odzywały się, ale nie potrafił znów oddać się w ramiona „brudnej żądzy”. Popełnił grzech, ba, popełniał je codziennie, taksując wzrokiem pracowników i mężczyzn napotkanych na ulicy.
Zawiódł ojca.
Chyba nawet bardziej niż Kenji. Młodszy brat przynajmniej nie dawał nadziei na poprawę. Kian zrujnował cały obraz, na który tak zapracował. Wykształcenie, rodzinę, to, że ludzie go cenili. Wszystko przepadło przez tą żądzę, której nie mógł uciszyć.
Tak jak zwykle opuścił pracę niczym cień. Zamiast do domu pokierował się jednak do budynku, w którym się wychował. Stał on pusty od paru miesięcy, ale Kian wraz z żoną i dziećmi nie zamierzał się do niego wprowadzać.
Przekroczył duże drewniane drzwi, z których schodziła czerwona farba. Stawiał kroki na schodach. Kurz pokrywał stopnie niczym dywan.
Szedł powoli i ociężale. Z każdym nowym ruchem przypominał sobie lata dzieciństwa i młodości. Jak przemierzał korytarze w towarzystwie opiekunki, jak słuchał wykładów profesorów wraz z Kenjim. Kian zawsze słuchał, a brat wiercił się i rozglądał dookoła. W umyśle wizualizował sobie głosy matki, ojca, nawet służby. Krzyki, kojące słowa, śmiechy – teraz to wszystko krążyło w jego głowie.
Wstąpił do gabinetu ojca. Duże pomieszczenie obstawione było półkami z książkami. Na środku stało solidne, drewniane biurko, przy którym Bergmann pracował do późna. Światło wpadające przez okno podkreślało ilość kurzu oraz opustoszenie tego miejsca. Na bocznej ścianie wisiał jedyny obraz – autoportret Baltazara. Kian wpatrywał się w jego poważny wyraz twarzy, ciemne brwi, bokobrody, oczy pałające surowością. Ojciec oddany w każdym calu. Zdawało się chwilami, że jego wizerunek ożyje i spojrzy na syna z irytacją oraz zawodem, a przynajmniej to ukazywał umysł Kiana.
Drżącą dłonią sięgnął wewnątrz swej marynarki. Powoli, nie odrywając spojrzenia od obrazu, wyciągnął pistolet. Chłodny metal sprawił, że krew zaczęła w nim szybciej krążyć. Naładował broń jedynym nabojem, jaki posiadał, a potem przystawił lufę do swej skroni.
Wszystko to robił machinalnie.
– Wybacz mi ojcze, że cię zawiodłem – wydusił.
Już miał pociągnąć za spust, ale usłyszał kroki. Zesztywniał i spojrzał w kierunku drzwi, w których ujrzał Kenjego. Ten patrzył na niego z szeroko otwartymi oczami.
– Bracie? – wytykał – Co ty wyprawiasz?
– Odejdź – syknął.
– Nie pozwolę ci tak postąpić!
Postawił krok do przodu, ale Kian zatrzymał go słowami:
– Stój, bo strzelę!
Kenji ani drgnął. Zapanowała cisza przepełniona napięciem. Pot wstąpił na czoła bliźniaków. Jeden drżał o życie brata, drugi o to, że ten go nakrył.
– Czym go zawiodłeś? – spytał niepewnie, wskazując na obraz.
Kian zacisnął wargi. Minęła chwila nim odpowiedział.
– Stałem się gorszym od najgorszego.
Kenji ściągnął brwi w uwadze.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – dopytał.
Z dezaprobatą pokręcił głową.
– Nawet tego nie rozumiesz – warknął – Jesteś głupcem!
– Prawda, iż nie należę do inteligentów – rzekł.
– I jeszcze się do tego przyznaje! – prychnął.
Był coraz bardziej rozbity. Chciał krzyczeć, a jednocześnie się śmiać. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu obawiał się pociągnięcia za spust. Mógłby to uczynić, był gotów, ale nie przy tym idiotycznym człowieku. Nie rozumiał tej blokady, ale nie potrafił uczynić nic, by ją przekroczyć.
– Wiesz, gdzie byłem przez te lata? – ciągnął po chwili Kenji.
– Nie.
– Wyjechałem do Paryża – wyznał – Z początku byłem zagubiony, ale po jakimś czasie stanąłem na nogi. Odnalazłem się wśród kręgu artystów. Zakupiłem pierwsze farby i płótna, a potem zacząłem tworzyć. Nie wiesz nawet, jakiej wolności zaznałem. Poczułem, iż w końcu jestem na swoim miejscu.
– Po cóż mi o tym mówisz? – fuknął.
– Bo widzę, że ty nie masz takiego miejsca.
– Nic o mnie nie wiesz. Nie było cię tutaj tak wiele lat!
Kenji miał przyjazne spojrzenie.
– Gdybyś był na swym miejscu, nie celowałbyś sobie bronią w czaszkę – stwierdził – Wybitny nie jestem i mam tę świadomość, ale dostrzegam, że coś jest nie w porządku, a jako twój brat…
– I ty masz czelność nazywać się moim bratem? – warknął Kian – Porzuciłeś rodzinę, nie zasługujesz na nazwisko ojca!
– Postąpiłem niemoralnie – przyznał – Jednak dusiłem się tu. Byłem jak ryba na lądzie. Pragnąłem jedynie odnaleźć swoje własne miejsce na ziemi i udało mi się.
Kian ściągnął brwi.
– To wracaj tam, skąd przyszedłeś!
– Nie dostrzegasz, że chcę ci pomóc? – westchnął – Ojciec był okrutny. Traktował nas jak marionetki. Zależało mu jedynie na naszych wynikach, sukcesach, a przecież życie ludzkie nie jest usłane różami.
W tamtym momencie Kian nie zamierzał potwierdzić, że zgadza się z bratem. Pragnął jedynie, by ten opuścił gabinet i pozwolił mu strzelić.
– Odejdź stąd – syknął znów.
– Mam pozwolić, byś odebrał sobie życie? – uniósł brwi do góry – Boże Przenajświętszy, Kian, uważasz, że naprawę na to pozwolę?
Starszy brat poczerwieniał ze wściekłości. Nie wytrzymał natłoku emocji, zaczął
wykrzykiwać:
– Jestem obrzydliwym człowiekiem! Zawiodłem ojca w najgorszy sposób! Nigdy mi tego nie wybaczy i pewnie przewraca się teraz w grobie! Nic mi już nie pomoże, dlatego wynoś się stąd i daj mi odejść!
Kenji patrzył na niego z niepokojem i troską.
– Cóż takiego zrobiłeś, że tak źle o sobie mówisz? – jego głos był cichy.
Kian uronił łzy. Cały drżał. Zawiódł. Nic już nie zmieni.
Nie spostrzegł nawet, jak blisko niego znalazł się bliźniak. Nie dostrzegł tego zapewne przez oczy pełne łez. Brakło mu sił, dyszał, a ręce mu się pociły. Dotychczas miał wszystko. Był wspaniały, idealny. Skreślił to jednym czynem.
To on był rozczarowaniem.
Bracia stali w gabinecie martwego ojca. Kian trzymał pistolet, ale teraz znalazł się on w dłoni Kenjego, który oddał strzał w obraz Baltazara Bergmanna.
Obraz: Ferdinand Hodler, „Die Heilige Stunde”