Pogoda dla szczęściarzy: Ogrodnicy

Autor: Stanisław Wawrzyszkiewicz
Słowa
30 gru 2024
Brak komentarzy

Lekarz prowadzący powiedział, że najgorsze minęło. Zaremba będzie żył, ale jeszcze nie było wiadome, jakie to będzie życie. Pani Hania codziennie odwiedzała męża w szpitalu.  W pierwszym tygodniu Zaremba leżał bez ruchu z szeroko otwartymi ustami i półotwartymi oczami, które nic nie wyrażały, jak oczy posągu. Brak jakichkolwiek emocji w spojrzeniu niepokoił. W drugim tygodniu, na widok żony, w jego oczach pojawiły się łzy. Od tego dnia, ile razy ją widział, tyle razy płakał. W trzecim tygodniu powiedział pierwsze słowo: „tak”, gdy pani Hania spytała go czy chce napić się wody. Nic więcej nie mógł powiedzieć, chociaż rozpaczliwie próbował. Jedynie niezrozumiały bełkot oraz ślina płynęły z jego ust. Każda nieudana próba wysłowienia się wywoływała u niego płacz. Pani Hania płakała razem z nim w szpitalu, a gdy później to wspominała, na jej twarzy mokrej od łez pojawiał się uśmiech. Czuła się potrzebna. Po raz pierwszy w ich wspólnym życiu jej mąż był zupełnie bezsilny i skazany na jej pomoc. Codziennie była w szpitalu. Co parę dni goliła go i myła. Próbowała również go karmić, ale pielęgniarkom lepiej to wychodziło. Kiedy po raz pierwszy pomagała pielęgniarce zmienić mu pieluchę, nie wytrzymała jego spojrzenia i wyszła z pokoju. Zastanawiała się, co bardziej go męczy: niezdolność komunikowania się czy raczej całkowite uzależnienie od innych. 

— Czuje się upokorzony. Biedaczek – mówiła. 

Pierwsze zdanie, które wypowiedział, było krótkie. Skierował je do Jacka lub Magdy, gdy akurat razem byli u niego. Powiedział całkiem wyraźnie:

— Odejdź stąd! 

Było to wtedy, kiedy pielęgniarka ponownie musiała go przewinąć, gdyż pacjent dzielący pokój z Zarembą skarżył się, że już nie może znieść smrodu. Jacek i Magda wyszli natychmiast, a Hania po chwili zrobiła to samo. Ponownie mąż wyprosił ją wzrokiem. 

Jacek zaglądał do ojca kilka razy w tygodniu. Częściej nie mógł, bo ktoś musiał pilnować rodzinnego interesu, a poza tym codziennie spotykał się z Magdą. Czuł taką potrzebę, chociaż miał wrażenie, że dziewczyna jej nie podziela. W każdym związku którejś ze stron bardziej zależy. Od dnia ślubu, którego nie było, ani razu nie rozmawiał z Piotrkiem, choć trzy razy widział go na ulicy, za każdym razem w towarzystwie Tomka Goryczki. Wiedział, że się znają, ale dziwił się, że aż tak dobrze. Raz wyraźnie usłyszał, że Goryczka mówi do niego, obejmując go za szyję, „mój Pajączku”. Wyglądało na to, że świetnie się bawią w swoim towarzystwie. Nie lubił Tomka. Choć wyglądał jak zły pirat z filmów o piratach, to miał duże powodzenie u kobiet. Niektóre kobiety lubią złych chłopców. Szczególnie skutecznie uwodził starsze panie. Nawet jego mama ulegała czarowi Goryczki. Najbardziej drażniące były jego przechwałki erotycznymi podbojami. Robił to często i wulgarnie. Jacek raz nie wytrzymał i powiedział: „Dziwne, że ci jeszcze nie odpadł.” Koledzy ryknęli śmiechem. Tomek nie dał się zbić z tropu i zapewnił, że jeszcze trzyma się dobrze, a po chwili dodał, że rozumie zazdrość Jacka, bo jemu nie ma co odpaść. To znowu wywołało wesołość towarzystwa. Jacek spytał: „Naprawdę jesteś tak prymitywny czy tylko udajesz?” Doszłoby do rękoczynu, ale akurat zjawiła się mama. Na jej widok Goryczka błyskawicznie zmienił wyraz twarzy i uśmiechnął się promiennie. Mama powiedziała: „Tylko Tomaszek umie cieszyć się życiem.” Od tego dnia Tomek i Jacek unikali się. Kilka dni przed weselem, którego nie było i udarem Zaremby, który był zamiast wesela, Goryczka pojechał z transportem warzyw do jakiegoś miasta na Śląsku. Został tam na noc, chociaż obiecał odstawić ciężarówkę do bazy jeszcze tego samego dnia. Później okazało się, że nocował u pewne kobiety. Biedaczce obiecał małżeństwo. Nie pierwszej zresztą. Po powrocie do bazy został zwolniony. Zaremba zwalniał z pracy za mniejsze przewinienia.  Tomek, wybiegając z biura i przeklinając szefa, wpadł na Jacka.

— A nie pomyślałeś, że twoje zwolnienie jest nie tylko decyzją ojca? – spytał Jacek. Chciał zasugerować, że mama miała z tym coś wspólnego. Wyszło inaczej.

Goryczka zaniemówił na moment i rzucił Jackowi nienawistne spojrzenie.

— Pożałujesz tego – powiedział i odszedł. 

Agata, jedyna córka Zarembów, przyjechała z Krakowa odwiedzić chorego ojca. Brakowało tylko najstarszego syna, Witka. Tłumaczył się mamie, że na razie nie ma czasu. Nigdy go nie miał dla żadnej rodziny, również tej, którą założył w Warszawie. Pracował w TVP i wyglądało na to, że telewizja wypełniła całe jego życie, choć program telewizyjny, oprócz niedziel i wolnych sobót, czyli co drugiej, zaczynał się późnym popołudniem i kończył przed północą. Na wesele Jacka również nie przyjechał, choć nie mógł wiedzieć, że zostanie odwołane. Znowu tłumaczył się natłokiem zajęć w telewizji. Wysłał bratu telegram z życzeniami następującej treści: „Małżeństwo jest wielką beczką miodu. Miód wyliżesz za miesiąc, a z beczką będziesz męczył się przez całe życie. Wszystkiego najlepszego!” On sam męczył się ze swoim niecałe trzy lata.

Po miesiącu Zaremba mówił już pełnym zdaniami, chociaż bełkotliwie i notorycznie myliły mu się słowa. Mylił jajka z jabłkami, zupę z kupą, a gdy chciało mu się kawy, mówił do żony, by mu zrobiła tego czegoś czarnego. Przynosiła mu gorącą kawę w termosie. Wypijał ją jak zimną wodę w upalny dzień. Najbardziej zdumiewające było to, że stał się miły. 

—  Mówi do mnie Agatko. Nigdy tak nie mówił! – dziwiła się Agata. 

— A mnie nazywa złotym chłopcem! 

— Nie ciesz się tak bardzo. Może zapomniał, jak masz na imię. – Agata drażniła się z bratem i starym zwyczajem dotknęła jego nosa. Robiła tak, gdy mu sugerowała, że z jakiegoś powodu trzeba go utrzeć.

— Może tak być. Zawsze byłaś bystrzejsza ode mnie – roześmiał się Jacek, marszcząc nos.

— A ty nigdy nie doceniałeś siebie.

Jacek i Agata zawsze dobrze się rozumieli i uwielbiali się droczyć ze sobą, ale tak, by drugiego nie krzywdzić. Od dzieciństwa pomagali sobie i wzajemnie kryli się przed rodzicami, gdy była taka potrzeba, czyli przynajmniej raz w tygodniu, zwykle w sobotę. Nastolatkowie tak już mają, że wiele rzeczy ukrywają przed rodzicami, którzy żyją w błogiej niewiedzy i tylko od czasu do czasu doświadczają szoku, gdy coś wyjdzie na jaw. Witek był znacznie starszy od swojego rodzeństwa. Interesował się nimi tylko wtedy, gdy mu w czymś przeszkadzali. Po wyprowadzeniu się z domu rzadko dawał znaki życia. „Nie rozpieszcza nas sobą” – skarżyła się mama. Agata, po maturze w renomowanym liceum, studiowała fizykę w Krakowie. Przez pierwszy rok co tydzień wracała do domu. Przez drugi rok – co dwa tygodnie, a później już tylko raz w miesiącu – po pieniądze od rodziców. Na czwartym roku, cała w pąsach, przyznała się w domu, że ma kogoś i chce zostać jego żoną. Rodzice oponowali i przekonywali, by przynajmniej skończyła studia. Kiedy powiedziała im o ciąży, błyskawicznie zmienili zdanie i w ekspresowym tempie zorganizowali huczne wesele. Agata została żoną młodego wykładowcy fizyki i chociaż obroniła pracę magisterską z wyróżnieniem, zajęła się domem, który szybko zapełnił się dziećmi. Własnych mieli troje, spodziewali się czwartego, a dzieci sąsiadów, w liczbie zmiennej, ale zawsze wysokiej, chętnie spędzały u nich popołudnia i wieczory. Nic nie robiły sobie z tego, że Andrzej, mąż Agaty, pracuje nad habilitacją. W trzypokojowym mieszkaniu wypełnionym żywiołowymi dziećmi praca szła mu opornie. Po jakimś czasie, gdy już był na skraju załamania nerwowego, sąsiad z bloku zaproponował mu udostępnienie własnej kawalerki mieszczącej się trzy piętra niżej. W sam razy, by nie słyszeć hałasujących dzieci i móc wrócić do siebie w sytuacji kryzysowej. „Skoro wy tak wiele robicie dla dzieci z naszego bloku, to ja mogę coś zrobić dla was” – powiedział mężczyzna. Był starym kawalerem, często jeździł w delegacje po całej Polsce, a poza tym miał jeszcze jedno mieszkanie po swoich rodzicach piętro wyżej.  

To był ostatni dzień pobytu Agaty w rodzinnym domu. Musiała wracać do Krakowa, skąd Andrzej wzywał ją na pomoc do dzieci. Po wizycie u ojca, który chwalił się, że bez niczyjej pomocy potrafi już przejść przez cały szpitalny korytarz oraz obiedzie u mamy, nikt nie robił mielonych takich jak ona, Jacek wyciągnął siostrę do ogrodu pod pretekstem zebrania ostatnich jesiennych malin. Mama, jak nigdy, również chciała wyjść z nimi, ale syn jej przypomniał, że przecież nie lubi ogrodu. 

Pracownicy, na ich widok, natychmiast rozeszli się do swoich zajęć. Ucinane rozmowy, porozumiewawcze spojrzenia, ostatnio bardzo częste, niepokoiły i drażniły Jacka. Najchętniej wysłałby wszystkich do diabła.

— Obiecałeś mi maliny. To, gdzie one są? – spytała rozczarowana Agata, rozsuwając pożółkłe krzaczki.  – Nie dla malin wyciągnąłeś mnie tutaj, prawda?

— Prawda – przyznał Jacek, zaskoczony przenikliwością siostry. 

— O czym chcesz pogadać?

Jacek nie wiedział od czego zacząć: od tego, że nie będzie jego ślubu czy raczej od tego, że ojciec ma nieślubne dziecko. Agata zawsze miała wysokie mniemanie o ludziach, a o ojcu szczególnie. Nie wiedział, jak powiedzieć jej to, co naprawdę spowodowało odwołanie jego ślubu. Nigdy nie ma dobrej chwili na złe wiadomości, więc spytał: 

— To jak się czujesz?

Agata wydęła wargi i wybuchła śmiechem. Śmiała się aż do łez.

— Tym się martwisz?! Ciekawi cię to, jak to jest być w ciąży? Każdy mężczyzna powinien być w ciąży przynajmniej przez miesiąc, najlepiej ten ostatni. Mówię ci, że to nic w porównaniu z porodem. Przekonasz się, a raczej Magda się przekona. Dlaczego pytasz? – zniżyła głos: – Magda jest… 

— Nie jest! – wtrącił pośpiesznie. Po chwili dodał z lekkim wahaniem: – Przynajmniej nic o tym nie wiem.

— Jasne! – Agata porozumiewawczo mrugnęła. – Nie martw się. Przechodziłam to już trzy razy i jak widzisz nadal żyję. Najciekawiej było za pierwszym razem. Pamiętam dreszcz emocji, gdy kładłam dłoń na brzuchu. Wyczuwałam twardą, krągłą główkę mojego dziecka. Andrzej przykładał ucho do tego miejsca i całował je. W czasie badania ultrasonografem dowiedziałam się, że wzruszaliśmy się dotykając pupy Miłoszka! Rozwiązanie miało nastąpić za kilkanaście dni i bałam się, że wtedy będę sama. Myślałam tylko o tym, by zdążyć do szpitala. Nasz syn pchał się na ten świat trochę przed terminem. Zadzwoniłam do Andrzeja i zaczęłam pakować moje osobiste rzeczy do torby. Andrzej zjawił się po dziesięciu minutach. Wziął torbę i podał mi swoje ramię. Był wystraszony. Co chwilę pytał mnie o samopoczucie. To było takie irytujące! Nie pytaj o to Magdy, zwłaszcza wtedy! W szpitalu weszliśmy do pomieszczenia, gdzie miałam się przebrać. Dałam buziaka Andrzejowi i kazałam mu wyjść. Krótko byłam sama. Przyszła pielęgniarka, bardzo niesympatyczna kobieta. Ewidentnie pomyliła zawód. Kiedyś przerażała mnie myśl, że obcy ludzie będą robili mi lewatywę, patrzyli na moje nagie ciało, gdy będę niezdolna do samodzielnego załatwienia potrzeb fizjologicznych. Tak mnie bolało, że było mi wszystko jedno, kto i na co patrzy. W czasie porodu tylko raz odezwałam się do lekarza. Powiedziałam: „Już nie wytrzymam”. Młody i bardzo przystojny lekarz uśmiechnął się i spytał: „Co w takim razie pani proponuje? Czekam na jakieś propozycje.” Przystojny dowcipniś! Przystojni i dowcipni mężczyźni nie powinni odbierać porodów. Chciałam mu powiedzieć, by zajął moje miejsce, lecz ból odebrał mi zdolność artykułowania dźwięków. Lekarz krzyknął: „Nożyczki!” Dotarło do mnie, że to ja będę krojona. Bluzgał: „Do kurwy nędzy! Cholery nie chcą ciąć!” Słyszałam jeszcze inne soczyste przekleństwa, których nie będę powtarzała, bo mi wstyd. Najdziwniejsze, że nie czułam żadnego cięcia. W ogóle, to straciłem czucie i poczucie czasu.

— Dobrze, że tego nie słyszy Magda – powiedział Jacek z wymuszonym uśmiechem.

— No co ty! Już słyszała. 

— Żartujesz?!

Agata rozłożyła ręce.

— Zapytała, więc odpowiedziałam. Ale to nie koniec! Najlepsze było później. Kiedy zobaczyłam mojego synka, pomyślałam, że nastąpiła pomyłka. Wyglądał jak maleńka Chinka. Był żółty i miał długie, czarne włosy. Przez cały dzień przychodziły kobiety z sąsiednich oddziałów, by obejrzeć chłopczyka, który ma tak dużo włosów. Jedna z nich powiedziała: „Prawdziwy, mały książę!” Od razu ją polubiłam. Później nastąpiła koszmarna noc. Miłosz wył bez przerwy. Sąsiadki, które za dnia zachwycały się nim, w nocy złorzeczyły nam i żądały, abym go uspokoiła. Im bardziej starałam się uciszyć go, tym głośniej wrzeszczał. 

— Raczej nie dodałaś jej otuchy.

— Tak myślisz? No nie wiem. W każdym razie śmiała się. A najbardziej z tego, gdy następnego dnia, tuż po obiedzie, pielęgniarka przyszła do mnie z wiadomością, że jakiś przystojny pan z kwiatami chce mnie odwiedzić. Ucieszyłam się, że Andrzej postarał się i szybko wrócił, by zobaczyć swojego syna. Podniosłam się na łokciu i opadłam z wrażenia. W drzwiach, z wielkim bukietem róż, stałeś ty. Miała rację. Mam bardzo przystojnego brata. 

Agata znowu dotknęła nosa Jacka, lecz tym razem odsunął jej dłoń.

— Super… Wiesz… Muszę z tobą porozmawiać o naszym starym…

— Starym?! Jak ty się wyrażasz?! Tak mówisz o naszym tacie?! To do ciebie nie pasuje!

— Tu nic nie pasuje…

— Co ci nie pasuje?! Znowu narzekasz? Przecież tu jestem. Mam troje małych dzieci, czwarte w drodze, a mimo wszystko przyjechałam do taty. Witek się nie pofatygował. Ale przecież nie mogę tu być cały czas! Moje życie jest gdzie indziej. Chyba rozumiesz? 

— Rozumiem, ale…

— Wiesz, co mówią o zdaniach z „ale”? Wszystko przed „ale” nic nie jest warte. Tata powiedział, że to ty masz przejąć po nim szklarnie. Tak powiedział!

— Kto by mu się sprzeciwił? Zresztą nikt inny nie chciał. Dowiedziałem się o tym ostatni – przyznał z goryczą Jacek. – Nikt mnie nie pytał o zdanie, czy chcę iść do technikum ogrodniczego, choć wcale mnie to nie interesowało.  

— To moja wina?! Miałeś pecha! Urodziłeś się ostatni. Nie mogliśmy wszyscy iść na studia. Jesteś nieszczęśliwy z tego powodu? – spytała z przekąsem Agata.

— Oj, tak! Jestem nieszczęśliwy! Ale nie z tego powodu.

Jacek chciał już powiedzieć, co go tak unieszczęśliwia, ale Agata mówiła szybciej niż on myślał. Nikt nie mówił tak szybko jak ona.

— Ręce opadają. Co cię tak unieszczęśliwia? Brak studiów? Wyrzuć to wreszcie z siebie.

— Nie mogę ożenić się z Magdą.

— Co?! Dlaczego?! Z powodu udaru taty?! Rozumiem, że musiałeś odwołać ślub. Dobrze zrobiłeś! Wszyscy to zrozumieli, chociaż niektórzy przyjechali z daleka. Ale tata wraca już do zdrowia. Będzie jeszcze tańczył na twoim weselu. Pamiętasz, jak się bawił na moim? Nie ma lepszego tancerza. Obtańczył wszystkie kobiety. 

— Nie tylko obtańczył.

— Co takiego?! Co sugerujesz? Co niby jeszcze robił tata? A ty?! Powiedz wreszcie, dlaczego nie chcesz się żenić z Magdą? Masz kogoś innego? – Jacek bezradnie kręcił głową. – Czyli ona?! Nie spodziewałam się tego po niej!

— Zamknij się wreszcie i posłuchaj! – huknął Jacek.

Agata zamilkła, zaszokowana. Brat po raz pierwszy tak ją uciszył.

— Dobrze – zgodziła się nadąsana. – Cały czas słucham, ale ty nic nie mówisz.

— Wszystko wskazuje na to, że Magda jest naszą siostrą, córką naszego ojca. To, dlatego nie było ślubu – jednym tchem wyrzucił z siebie Jacek. Następnie opowiedział szczegółowo o nocy przed planowanym ślubem. Agata bladła i coraz mocniej zagryzała wargę. Milczała. Po raz pierwszy tak długo.

— Nic na to nie powiesz? – zniecierpliwił się Jacek.

— A co mam powiedzieć?! Uwierzyłeś w to?! Ty?! Nie wierzę. Przecież to absurd! Ktoś to wymyślił, by zaszkodzić naszej rodzinie, a przede wszystkim naszemu tacie. 

— Co?! Z jakiego powodu?

— Z zazdrości. Po prostu. Wszyscy zazdroszczą ogrodnikom. Niby dlaczego nazywają nas badylarzami? 

— Ale po co?!

— Nie bądź głupi! Jak to po co? Żeby zaszkodzić. 

— Ale po co?

— By nam było gorzej. Nie widzisz tego?! 

— No nie wiem. Może masz rację…

— Może?! Na pewno.

— No nie wiem. To co powinienem zrobić?

— To, co powinien zrobić każdy prawdziwy mężczyzna!

 Tego samego dnia siostra wyjechała do Krakowa z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Czuła, że ma wpływ na swojego młodszego brata i nie myliła się. Poza tym Jacek miał niepokonalną skłonność do zgadzania się z swoim ostatnim rozmówcą. Jeszcze tego samego dnia poszedł do Magdy. Zamknęli się w jej pokoju. 

—  Martwię się – powiedziała. 

Jacek objął ją i uśmiechnął się. Magda spojrzała na niego rozdrażniona.

— To cię bawi?

— Nie. Ale już się nie martwię.

— Naprawdę?!

Rozległo się pukanie do drzwi i bez zaproszenia weszła Zawiłowa. 

— To musi się skończyć! – oświadczyła gniewnie.

Jacek udał, że nie rozumie o czym mówi.

— Skończy się. Ślub będzie już niedługo.

Babcia poczerwieniała.

— Chłopcze! Czyś ty rozum stracił?! To nie może być! Ksiądz proboszcz nie da wam ślubu, a ja swojego błogosławieństwa. Macie zerwać ze sobą.

Jacek wstał i z góry spojrzał na starą, roztrzęsioną kobietą. Wydawało się, że za chwilę się rozsypie. Budziła raczej litość niż gniew. 

— Powiedziała pani co powinno być, a teraz powiem, jak będzie: zaraz po wyjściu ojca ze szpitala będzie nasz ślub, z proboszczem lub bez, z waszym błogosławieństwem lub bez. Tak zdecydowaliśmy. Reszta zależy od was.

Musnął wargami policzek osłupiałej Magdy i wybiegł z domu na ulicę. Był roztrzęsiony i zadowolony z siebie.

Zapowiadał się pierwszy przymrozek tej jesieni, więc wieczorem Jacek starannie sprawdził, czy wszystkie szklarnie są właściwie ogrzewane. Na koniec zajrzał do kotłowni i wrócił do domu. Przy furtce stała wysoka dziewczyna. Czekała na niego. Znał ją z widzenia, zresztą jak wszystkich we wsi. Wiedział, że ma na imię Ewa i mieszka z mamą w małym domku przy dworze zwanym we wsi zamkiem, zdewastowanym przez ulokowaną w nim szkołę rolniczą.

— Czy to prawda, że Tomek rozmawiał z tobą przedwczoraj późnym wieczorem? — spytała, pociągając nosem.  

Jacek zatrzymał się zdumiony.

— Nie wiem o czym mówisz. Jaki Tomek?

— Tomek Goryczka. Przecież pracuje u was. Jest waszym kierowcą!

— Od dawna u nas już nie pracuje i od tego czasu z nim nie rozmawiałem. 

— Naprawdę nie rozmawialiście? – dopytywała Ewa.

— A o czym mielibyśmy rozmawiać?

 — Za miesiąc mamy ślub. Jestem z nim w ciąży – Odchrząknęła. Nie musiała tego mówić, bo było to widoczne.  –  Szósty miesiąc – dodała.

— Ach tak. O waszym ślubie miał ze mną rozmawiać? – spytał zdumiony Jacek. Było mu żal dziewczyny. Podobają jej się źli chłopcy? Wprawdzie o gustach i kolorach nie dyskutuje się, ale wyjątkowo źle trafiła. Już otwierał usta, by jej powiedzieć, co słyszał od Tomka i o Tomku, ale rozmyślił się. Skoro on ma prawo do swojej tajemnicy, to nie powinien go pozbawiać innych. A może ona już wszystko wie i zgadza się na to? 

—  Nie było go u mnie – powiedział z naciskiem.

— A mnie powiedział, że nie przyszedł do mnie, bo rozmawiał z tobą do późna w nocy. 

— Ze mną?! – Przerzucił w myśli listę tematów prawdopodobnej rozmowy z Goryczką i żaden nie był dla niego ciekawy. – Powtórzę: nie rozmawialiśmy ze sobą, bo nie mamy o czym. Może warto to przemyśleć?

— Ale co?

— Czy warto żyć z człowiekiem, który ciągle kłamie? 

— Ciągle?! Pierwszy raz mu się zdarzyło, że mnie okłamał. 

— Na pewno?

— Na pewno! 

Pewność dziewczyny zdumiała Jacka. Jak to się dzieje, że im mniej ludzie wiedzą, tym większą mają pewność? Czuł się zakłopotany.

— Dziwne rzeczy mi opowiadasz. 

— Co w tym dziwnego?

— Dziwne, że go bronisz. On jest nieuczciwy z tobą. 

— I co z tego?! Jak sobie poradzę bez niego? 

— Przecież już sobie radzisz. A jak będzie gorzej, to… możesz na mnie liczyć. Wracaj do domu i powiedz to mamie. – Chwycił ją mocno za ramiona i spojrzał w jej zapłakane oczy. – Będzie dobrze! Ale lepiej będzie, jak nikt nie dowie się o tym, co ci obiecałem. Nie chcę, by o mnie plotkowano.

Dziewczyna roześmiała się, ocierając łzy z policzków.

— Dzięki! Ale już plotkują – powiedziała.

Jacek chciał dowiedzieć się czegoś więcej o tych plotkach, ale bał się, że, jak w każdej plotce, usłyszy trochę prawdy, więc jeszcze raz pośpiesznie uścisnął dziewczynę i poszedł do domu. 

Mama zasypała go pytaniami o dziewczynę, z którą tak długo rozmawiał przy furtce. Wymijające odpowiedzi wzbudziły jej podejrzliwość, a następnie gniew.

— Zawsze za tobą latały baby i nic nie mówiłam.

— Nie mówiłaś?! Chyba żartujesz!

  — Nieważne! Teraz masz narzeczoną, prawie żonę. Opamiętaj się! Kolacja jest na piecu. Nie mogłam się doczekać na ciebie. O czym z nią tak dyskutowałeś?! Ona jest w ciąży. Chyba nie…

— Mamo! Przestań! Fakt, jest w ciąży, ale nie ze mną. Nie mogę ci nic więcej powiedzieć. Uwierz mi, że nie chcesz wiedzieć. Nie martw się!

— Matka zawsze się martwi.  Odgrzej sobie kolację. Idę na telewizję. – W drzwiach się odwróciła. – Zapomniałam. Po południu listonosz przyniósł list do ciebie. Z Kalisza. Kogo znasz w Kaliszu?

Mama nie czekała na odpowiedź. Właśnie zaczynał się kolejny odcinek brazylijskiego serialu „Niewolnica Izaura”. Przygody niewolnicy, która była całkiem biała, choć miała być czarna, pasjonowały większość Polaków płci obojga. W porze emisji serialu ulice kraju wyludniały się, a następnego dnia, w kolejkach do sklepów (oprócz octu i dość obrzydliwej herbaty popularnej wszystko nabywano po znajomości lub po długotrwałym staniu w kolejce) ludzie analizowali postępowanie bohaterów, a następnie przewidywali ich losy, które musiały, rzecz jasna, potoczyć się z powszechnym oczekiwaniem, że cnota będzie nagrodzona, a niecnota ukarana. 

Jacek przetarł zmęczone oczy. Marzył o gorącej kąpieli i łóżku. Jak dobrze, że dzień wreszcie się kończy. Rozerwał kopertę i wyjął z niej kartkę. Podnosił ją i odkładał, jakby niedowidział, albo nie rozumiał tego, co czyta. Jego oczy stawały się coraz większe, a oddech szybszy. Ukrył twarz w dłoniach. Kartka wylądowała na podłodze. Gdyby ktoś wszedł wtedy do kuchni, przeczytałby takie słowa napisane drukowanymi, koślawymi literami:

WIEMY, ŻE CHCESZ WZIĄĆ ZA ŻONĘ SWOJĄ RODZONĄ SIOSTRĘ. OBRZYDLIWOŚĆ! JEŚLI NATYCHMIAST NIE ZERWIESZ Z NIĄ, CAŁA WIOSKA POZNA PRAWDĘ. JESTEŚMY ZORGANIZOWANĄ GRUPĄ I ŚLEDZIMY KAŻDY TWÓJ KROK. TO JEST JEDYNE OSTRZEŻENIE. WYRWIEMY Z NASZEJ ZIEMI PLUGAWE CHWASTY.

OGRODNICY

Nikt nie wszedł do kuchni. „Niewolnica Izaura” na jedną godzinę zatrzymała świat.

Obraz: Claude Monet „Jean-Pierre Hoschedé and Michel Monet on the Bank of the Epte”

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *