Teczka z dokonaniami

Autor: Lucyna Sterniuk-Gronek
Słowa
09 lip 2024
Brak komentarzy

Tekst zgłoszony do nas we Wiosennym konkursie na opowiadanie.

Klaus miał odrażające hobby. Kiedy dowiedział się, że ma guza wielkości śliwki (nie prawdziwej, zgrabnej węgierki, lecz straganowego kundla o sześciu centymetrach długości i pestce nieodchodzącej od miąższu) odwiedzał wciąż nowych, prywatnych lekarzy, aby postawić ich w niekomfortowej sytuacji.

Ktoś mógłby pomyśleć, że nie może się pogodzić z diagnozą i dlatego obsesyjnie szuka lekarza który powie mu, że poprzednicy się mylili. Ale nie. Klaus bawił się zakłopotaniem doktorów. Obserwował ich minę podczas wykonywania USG. Z lubością patrzył na ich rozszerzające się źrenice, słuchał mimowolnie wypowiadanego „oho”, albo chrząknięcia, które nie wróżyło niczego dobrego, kątem oka widział dłonie, które kładli na myszce, aby przybliżyć na monitorze badany obszar i oddalić w czasie rozmowę z pacjentem. Za chwilę mieli oświadczyć temu miłemu człowiekowi, który przyszedł z lekkim bólem, że… umiera. Jak to zrobią? Czy użyją łaciny? Czy poproszą, aby przyszedł na kolejną wizytę z kimś bliskim i powiedzą mu dopiero wtedy? Patrzył na nich ufnie i pytał: i co? Coś widać? I obserwował reakcje. Sadystycznie i masochistycznie zarazem. Oczywiście były bardzo różne. Wielu lekarzy nie przejawiało żadnych emocji, ale większości było przykro. Klaus już na wejściu chwalił muzykę w poczekalni, ich kolczyki – jeśli byli kobietami i je nosili, albo ilość powieszonych na ścianie dyplomów. Nie skarżył się na poślizg, był uśmiechnięty i czysty. Gdy w końcu padało straszne słowo nowotwór – z trudem powstrzymywał wybuch śmiechu. Dobrze wiem, doktorku! Przyszedłem zrobić ci stresujący dzień w pracy!

Klaus czerpał ze swojego hobby nie tylko radość, ale też siłę, rodzaj poczucia, że „bierze to wszystko na klatę”, śmieje się śliwce w nos i jest gotowy. Dlatego nie protestowałam, gdy umawiał się na kolejne wizyty.

– Mógłbyś chociaż zrobić jakiś ranking – skomentowałam to tylko raz – Mógłbyś polecać innym lekarzy, którzy „umrze pan/pani” oznajmiają w sposób najbardziej sympatyczny.

Pierwszy raz spotkaliśmy się w bibliotece. Miał szparę między zębami szerokości dwóch kart kredytowych (a trzech, bo cieńsze, bibliotecznych). Eksplorował półkę z literaturą erotyczną, usytuowaną dokładnie naprzeciw biurka bibliotekarza. Czerwony na twarzy wertował nieliczne, skądinąd, tytuły, aż w końcu zdobył się na odwagę, podszedł do bibliotekarza i zapytał: czy może pan na chwilę wyjść?

Obserwowałam to z działu chorwackiego, bo wybierając się na urlop, zawsze czytałam coś z literatury gospodarzy, choć rzadko udawało mi się tym błysnąć w pensjonacie.

– Nie mogę wyjść – odparł mu bibliotekarz – ale mogę sobie przejrzeć komórkę.
Klaus, wtedy jeszcze „ten śmieszny facet”, wyjął z półki odpowiednią książkę, przewrócił kartki na ostatnią stronę i zaczął robić jej zdjęcia. Potem wyszedł.

Zaintrygowana przeszłam na dział erotyki i sięgnęłam po obfotografowaną książkę. Był to jakiś stary podręcznik ars amandi, na którego końcu wklejona została kartka z odręcznym napisem: Drodzy współczytelnicy! Jeśli tak jak ja, chcielibyście coś dodać do rozdziału piątego, od siebie dla innych, to śmiało!

Pod spodem rzeczywiście widniało wiele, również odręcznych komentarzy i rysunków, prawdopodobnie pomocnych, czego jednak moje ówczesne doświadczenie nie pozwalało mi właściwie ocenić.

Co prawda najnowsze wpisy zredukowane były do podania adresów sprośnych blogów, ale trzeba przyznać, że z uzupełnień na wklejonej kartce przebijała autentyczna chęć bezinteresownego dzielenia się wiedzą i pomysłami, a nierzadko też talent plastyczny.

Potem wpadliśmy na siebie z Klausem w szatni. Ubierał płaszcz (idealny do rozchylania w parku – pomyślałam) i zobaczył, że trzymam „jego” książkę.

– To ja wymyśliłem internet! – oświadczył wyrywając mi ją i wskazując na ostatnią stronę – O, tu proszę, jest forum, forum dyskusyjne z lat osiemdziesiątych! Rozwijane przez kolejnych czytelników, dostępne na wieczność, nie to co listy czytelników w tygodniku, który ląduje na dnie kosza na śmieci, jako wyściółka, a wtedy mieliśmy tylko to.

– Zawsze uważnie czytam to, czym wyścielam – powiedziałam zgodnie z prawdą, bo niosąc starą gazetę do kosza na dno, zazwyczaj odkrywałam, że jej nie doczytałam.

– Nie było internetu, gdy dałem ludziom tę ostatnią stronę! – kontynuował – Zachęcam, aby skorzystała z niej i pani, biernie i czynnie. Mimo internetu.

Gdy to mówił nie przejawiał ani krztyny skrępowania, za to ja zaczerwieniłam się za nas oboje.
– No a… zdjęcia?
– Wklejaj pani zdrowo!
– Pana zdjęcia! – uściśliłam. Nie miałam najmniejszego zamiaru (jak i potrzebnego doświadczenia), aby czymkolwiek wzbogacać podręcznik
– Mam subtelną, ale zauważalną otyłość brzuszną. – odparł
– Pana zdjęcia zrobione przez pana przed chwilą ostatniej stronie.
– Aaa. – nareszcie się zrozumieliśmy – To tak tylko… Dokumentuję moje największe dokonania. Podsumowuję życie. Umieram. – poczynił niespodziewane wyznanie. – Tylko proszę nic nie mówić bibliotekarzowi! – dodał pospiesznie.
A potem wskazał na wiszący na plastikowej, brzydkiej planszy, zakaz bazgrania po książkach. To dlatego czerwienił się przy regale!
Gdy wychodziliśmy szatniarka rzuciła wieszakiem o ziemię. „Mam już dość! Dość bycia przeźroczystą!” wykrzyknęła.

Potem mieliśmy romans z wykorzystaniem podręcznika oraz uwag od czytelników, ale to wcale nie przez współczucie. Klaus miał po prostu nieodparty urok, ja zaś ujęłam go wcale nie dwukrotnie mniej zaawansowanym wiekiem, jak sugerowali złośliwcy, ale tym, że nie stosuję nieekologicznych worków na śmieci. Było dla mnie wielką przygodą i zaszczytem, że mogłam mu towarzyszyć w walce z chorobą i w dokumentowaniu dokonań życia. Poza tym odrażającym hobby z doktorami, był to jego drugi sposób na opanowanie nieopanowanego: strachu przed śmiercią, lęku, co dalej, siebie. Obnosił swoją teczkę jak dowód na to, że osiągnąwszy tyle – może spokojnie odejść. Nie wyobrażałam sobie siebie w podobnej sytuacji, ale podejrzewałam, że rozsypałabym się w drobny mak i że byłoby to bardziej ludzkie. Ale Klaus to był Klaus!

Kiedy już skompletował swoje dokonania okazało się, że forum wklejone w podręczniku, dyplomy szkół, które ukończył z wyróżnieniem i wyciągi z kont bankowych – potwierdzenia męskiej zaradności w PDF, złożyły się, koniec końców, na niewielką w gruncie rzeczy teczkę.

– Zobacz, to całe moje życie. Wszystko, z czego jestem dumny… – rzekł smutno.
– To kwestia formatu zdjęć! – pocieszyłam go, lecz w głębi duszy zdawałam sobie sprawę, że życie przecieka przez palce i poczucie osiągnięcia czegokolwiek jest złudne.
Potem jednak zajrzałam do środka i stało się dla mnie jasne, że Klaus, skupiając się na chwilach zawodowej, wynalazczej (internet!) i finansowej chwały, pominął większość rzeczy naprawdę istotnych, na moje oko ze czterdzieści stron.
– A dzieci masz? – spytałam
– Nie.
– Pomogłeś komuś zrobić zakupy?
– Noooo, przez pół zawodowego życia! – dobył z teczki świadectwo pracy z jakiejś spółki handlowej
– A obdarzyłeś szczerą, głęboką i wierną miłością jakąś kobietę przede mną? – zapytałam i byłam prawdopodobnie pierwszą kochanką w historii, która miała nadzieję usłyszeć na to pytanie odpowiedź twierdzącą
– O tak! Tysiące! – rozpromienił się, a potem zdziwił, że niczego nie notuję.
– Na pewno masz na koncie mnóstwo wspaniałych uczynków – nie poddawałam się. – Zbierzemy je i zrobimy im zdjęcia na A4.

Jeden z nich przydarzył się niedługo po naszej rozmowie, ale już po umieszczeniu tam wspomnień jego starszej siostry, która nie zapomniała mu nigdy, że jako dwunastolatek wziął na siebie występek jej ówczesnego chłopaka (było to wypicie jakiejś tysiącletniej whisky z barku ojca). Poszłam z Klausem na rezonans, ponieważ był już po operacji usunięcia swojej śliwki i trzeba było sprawdzić, czy nie odrodziła się jak chwast – z niczego, na wyjałowionym gruncie i przy wszelkich prognozach na nie. W zatłoczonej, wiecznie niedogrzanej przychodni zastaliśmy płaczącą recepcjonistkę.

– Proszę nie płakać. – Klaus zwrócił się do niej – My tutaj wszyscy mamy powód do wycia na cały głos, lecz… – zapowiadała się jakaś dłuższa przemowa. Struchlałam. Nastraszyłam się, że zaraz umniejszy jej kłopotom, a potem zwróci się do mnie z czymś w rodzaju „babskie histerie” i będę musiała zakończyć nasz romans. Choć zaczęliśmy od pornopodręcznika, ciężkiej choroby, operacji, rekonwalescencji i mojego solidaryzowania się z nim w odstawieniu na ten czas używek, – nigdy w naszej relacji nie pojawiły się łzy. Nie miałam pojęcia jak na nie reaguje.
-…lecz nie robimy tego, bo wielkie wsparcie daje nam profesjonalizm personalu medycznego. Wasze chłodne opanowanie, poczucie, że jesteśmy w dobrych rękach. Tylko to nam zostało!
Recepcjonistka natychmiast się uspokoiła. Przybrała formę chłodnego opanowania i wydała mu numerek.
Potem, gdy wszedł do gabinetu i nad drzwiami zapaliła się ostrzegawcza lampka, podsłuchałam, jak rozmawia przez telefon: „Pimpuś odszedł dziś rano, ale jestem personelem medycznym, daję ludziom wsparcie moim chłodem, więc się nie rozklejam”.
Podeszłam do niej i wyłuszczyłam sprawę.
– Przepraszam, ale mój przyjaciel sądzi, że umiera i robi sobie księgę dokonań życia, choć to oczywiście wcale nie czas…
– Oczywiście, że nie czas! – skwapliwie się zgodziła – Oni potem żyją jeszcze sto lat! – wskazała głową całą kartotekę pacjentów do kontroli po wyleczeniu.
– …i umieszcza tam dobre uczynki. Oczywiście ma tam też dyplom inżyniera i wymyślił internet.
– Oczywiście.
– Czy mogę zrobić pani zdjęcie komórką i podpisać, że pomógł pani się uspokoić po stracie pieska?
– Tylko poprawię oko – rzekła, rzeczywiście, była całkiem rozmazana – ale to nie piesek odszedł, tylko mąż.
– Ogromnie mi przykro! – przeraziłam się – Na pewno trafił, wszyscy trafimy, to nieuniknione, tak mi bardzo przykro, do lepszego miejsca…
– Aa, w to nie wątpię. Wrócił do tej swojej rudej żonki, z zakaźnego. – i złość natychmiast przerodziła się w ponowny płacz, ale zdjęcie podpisałam potem: „pocieszenie po odejściu męża”, bo w zasadzie się to zgadzało.
Zdjęcie umieściłam w teczce, ale było dla mnie jasne, że do aktów dobra Klaus nie przywiązuje takiej wagi, jak do osiągnięć zawodowych. Nie znałam jego przyjaciół, tylko raz spotkaliśmy się wspólnie z jednym z nich. Na pytanie, „co z twoim zdrowiem?” przedłożył mu swoją księgę i zauważyłam, że pominął większość zebranych z moją pomocą wspomnień. Początkowo zrobiło mi się przykro, później jednak zrozumiałam, że to bardzo miłe, iż – choć wcale mu nie zależy – zbiera te świstki dla mojej satysfakcji.

Zarówno w poczekalni przychodni z rezonansem, jak i tej na oddziale onkologicznym miejskiego szpitala między nami – osobami towarzyszącymi pacjentom – nawiązywała się nić porozumienia. Mężowie, żony, dorosłe dzieci i przyjaciele umilali swym bliskim czas w poczekalniach, odciągali ich od złych myśli podsuwając im do rozwiązania hasła z trudnych krzyżówek i biegali dla nich po drożdżówki , pokazywali im w komórkach zabawne filmiki z domowymi zwierzętami, a potem, gdy wywołani nareszcie pacjenci znikali za drzwiami gabinetów, wychodzili z roli pogodnych coachów i natychmiast pogrążali się w trwodze, porzucając krzyżówki i telefony; zbierając siły na drugą część całej wyprawy, o której nigdy nie było wiadomo, jak bardzo okaże się trudna. Przygotowywali się na wspólne wyciąganie z koperty wyników, na wysłuchanie, co powiedział lekarz. Na okrzyk – „a nie mówiłem, że wszystko będzie dobrze!” – zdradzający, że wcale się tak nie myślało i na dziękowanie Bogu, wypadające jeszcze gorzej (to przy okazji pozytywnych diagnoz i pod warunkiem dostatecznej znajomości łaciny).

Jeśli trafiło się do systemu uzdrawiania w podobnym czasie, z dużym prawdopodobieństwem spotykało się w poczekalniach te same osoby. Zapamiętałam zwłaszcza jedną, zatroskaną matkę, która przychodziła z około dwudziestoletnim synem. Oprócz pełnych współczucia spojrzeń wymieniałyśmy się też papierosami, które paliłyśmy przed wejściem, pod obstrzałem spojrzeń zgorszonych przechodniów. W takim miejscu! – zdawały się mówić. Ale my byłyśmy jeszcze zdrowe i ogromnie zestresowane. Nawet nie wiem, jak miała na imię. Wiem za to, że jądro jej syna było dwukrotnie powiększone, że na to samo pochowała już męża i syn fatalnie znosił całą sprawę psychicznie. Minęły lata, medycyna poszła na przód, lecz on – zwierzała się – ma w pamięci tamten czas, z ojcem… Jest całkiem rozbity. Nie jest w stanie się opanować, a co tu dopiero mówić o pozytywnym nastawieniu i wierze w wyleczenie!

Kiedy spotkałam ją w warzywniaku – uściskałyśmy się serdecznie jak przyjaciółki. Ale nie zdradziłam jej sposobów Klausa na opanowanie siebie. Nie zadziałałyby przy tak skąpej teczce… o ile rzeczywiście działały na Klausa.

Choć swymi kwiecistymi spódnicami wytarłam już wiele siedzeń, wciąż czułam się w poczekalniach jak oszustka. Lubiłam Klausa i serdecznie mu kibicowałam, ale znaliśmy się dopiero trzy miesiące i nie miałam prawa porównywać swej troski o bliskiego z troską innych współtowarzyszy pacjentów. Ich życie ważyło się na moich oczach, a moje? Moje wzbogacało się o doświadczenie. Było rodzajem treningu, okazją do przyjrzenia się roli bliskiego osoby zmagającej się z chorobą, z bezpiecznej odległości, na wypadek, gdyby przytrafiło się to i mi.

Pewnego razu, po wejściu do gabinetu jednej z kobiet, jej mąż, który siedział obok mnie, powiedział: niech się to skończy… W te lub wewte. Nie wytrzymam jeszcze jednego roku ciągłej niepewności, badań, uwięzienia. Tego nieustannego stresu. Tego zawieszenia.

Wtedy uświadomiłam sobie, że nie wiem o tym wszystkim kompletnie nic.

Klaus miał czekać na sms z recepcji z informacją, że wynik rezonansu jest już do odebrania. Trochę żartował, że odebrano mu zabawkę (bez swojej śliwki nie mógł kontynuować swego hobby, trzeba jednak powiedzieć jasno, że i tak wyczerpał pulę gabinetów i na kolejne happeningi musiałby się wyprawiać w dalsze rejony powiatu), ale tak naprawdę, nawet w swym opanowaniu, drżał przed wynikiem, jak każdy. Wspierałam go, ale i ja zaczęłam trochę panikować, bo gdy w jego teczce z dokonaniami życia odkryłam swoje zdjęcie, które wkleił na ostatniej stronie i podpisał „poderwałem superlaskę” – zaczęłam widzieć w nas związek z przyszłością.
– Też sobie znalazłaś mena! – dogryzali mi znajomi.
– Odwalcie się. – powiedziałam im i to były ostatnie słowa, jakie ode mnie usłyszeli. Klaus bił ich na głowę we wszystkim. Cała nasza znajomość zaczęła się w momencie, gdy przygotowywał się na śmierć. Nasze randki w poczekalniach były jej naturalną i oryginalną konsekwencją. Dla mnie czymś nowym, czymś dobrym. Czymś, co wkleiłabym do swojej księgi dokonań życia.
W końcu przyszedł sms. „Proszę przyjść po wynik. Jest dobry! 😀 Pozdrawiam cieplutko, a raczej chłodno – pański personel Medyczny”

– Dzięki Bogu! – wykrzyknęłam, gdy przeczytał. Dopiero potem, zerknąwszy na treść, zrobiłam uwagę do Medyczny wielką literą i spoufalania się tej niestabilnej recepcjonistki z cudzym Pimpusiem, tylko dlatego, że zapełniła kartę w księdze dokonań jego życia.
– …to one tak mogą? W smsie? – Klaus trochę powątpiewał.
– Widocznie tak! Pewnie same wkładają wyniki do kopert. Wszystko widzą…
– …a jeśli tam pisze: wynik pozytywny, co oznacza, że śliwka jest, a ona myśli, że jak pozytywny to dobrze?
– Klaus, to personel medyczny przez wielkie M. Już ona wie, co pisze.
Rzeczywiście! Wynik był dobry, Klaus wyzdrowiał, miał przed sobą kawał życia, wiele przygód i odkryć internetu.
Był tak wesoły, że zagaił syna mojej znajomej matki, tego z jądrem, gdy wychodząc spotkaliśmy go w drzwiach.
– Co młody? Dziś bez mamy?
– Taaak – odparł – Na badanie to ja sobie mogę sam. Gorzej z odebraniem wyników. To zawsze strach. To otwieranie koperty… Przeraża mnie.
– Nie bój żaby! Oni już smsem dają znać, że jest OK!

Opuściliśmy system zdrowienia i poszliśmy dalej w świat. Początkowo wspólnie, potem już osobno, gdy każde z nas odkryło, że to, co nas trzymało razem, to braterstwo broni w walce z chorobą. Bez niej rozpadliśmy się na dwa, zdrowe byty.

Po wielu miesiącach, znów w sklepie z warzywami, spotkałam swoją przyjaciółkę z przychodni – matkę chłopca z jądrem, jak mówiłam o niej w myślach. Nie poznałam jej. Była poszarzała ze zgryzoty, w niezmienionym od tygodni ubraniu. Domyśliłam się, że jej syn znalazł się w tym nieszczęśliwym, kurczącym się wprawdzie, lecz wciąż znacznym procencie tych, którym się nie udało żyć jeszcze owych sto lat. Przytuliłam ją.

– Choroba jest okrutna, bije na oślep, ale trzeba to przyjąć. Trzeba żyć, bo ci których zabrała, chcieliby tego dla nas. – powiedziałam bez sensu.
– To nie choroba! – odparła – On się powiesił zanim jeszcze odebrał wyniki. Dostał sms, że ma przyjść i… już nie poszedł. A były dobre! Były dobre…

Obraz: August Macke: „Lesender Mann im Park”

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *