Ten, kto opanowuje siebie samego, więcej znaczy niż zdobywca miasta

Autor: Jutrzenka Rakowska
Słowa
01 lip 2024
Brak komentarzy

Tekst zgłoszony do nas we Wiosennym konkursie na opowiadanie.

Małgorzata Piziur pierwszą filiżankę zaparzała jeszcze przed świtem. Gęsta ciemność rozrzedzała się tworząc szare smugi, księżyc bladł, w oddali czasem migały reflektory zagubionych samochodów. Miała na sobie kwiecisty, satynowy szlafrok, który zakładała wyłącznie w sobotnie poranki od wiosny do późnego lata. To był święty czas: tylko ona i czarna kawa. W kuchni unosił się zapach ziemi z cynamonem.

Wiosna na nadmorskim wzgórzu wybuchała niczym rozdrażniony wulkan. Pomiędzy wysokimi blokami z wielkiej płyty i betonowymi garażami przypominającymi podnóżki olbrzymów prześcigały się w kwitnięciu wierzby płaczące, buki, lipy, brzozy, śliwy oraz dzikie jabłonie. Krzaki buzowały od wiercących się wróbli. Białoróżowe kwiecie wieczorami pachniało tak upojnie, że ludzie zatrzymywali się i zamykali oczy.

Widząc srokę budującą gniazdo, Małgorzata zachwyciła się cudem odradzającego się życia. Fala słońca musnęła firanki i zaczęła wlewać się do kuchni. Ciepły dotyk promieni pogładził jej skórę. Gdyby kwiaty na satynowym szlafroku mogły rosnąć, Małgorzata Piziur sięgnęłaby skłębionych brzuchów białych chmur i wlazłaby do upragnionego nieba.

Nagle zdało się jej, że słyszy w sobie głos. Zlękła się w pierwszej chwili i zadrżała. Głos był męski, niski, przepełniony spokojem. To głos Boga – wymamrotała do siebie w niedowierzaniu, a na te słowa światło uderzyło mocniej i kuchnia wypełniła się złotem. Małgorzata przypomniała sobie ekstazę świętej Teresy, którą widziała na pielgrzymce w Rzymie. Uderzyła ją pobożność i erotyzm zaklęty w marmurowym ciele. Chciała tak samo. Rozchyliła usta, skierowała twarz w sufit (który służył za niebo), pozwoliła włosom rozlać się po plecach. Szlafrok opadł, jak ciężka teatralna kotara. Małgorzata zacisnęła mocniej uda.

Wsłuchiwała się w skupieniu, nic jednak nie potrafiła pojąć. Język boski był jej niezrozumiały, obcy, do niczego nie podobny. Dźwięk nie ograniczał się do ucha, płynął po całym ciele, jak fala, podróżował z krwią i płynami, które człowiek nosi w swoim brzuchu. Głos Boga wypełniał całą Małgorzatę, od pięt po czubek głowy. Mijały długie, pełne skupienia, minuty. Zrobiło jej się nieprzyjemnie. Złość rozgrzała ją znienacka. Nawiedzenie, które miało być łaską, stało się drwiną, boskie światło uwidoczniło jej braki, jak niechciane włoski rosnące tylko pod białą jarzeniówką. Bóg szydził. Oblał ją pot na czole i dłoniach. Zmarszczyła brwi próbując wyłowić chociaż jedno słowo, jedno przez które wszystko się stanie. Ale słowa sklejały się w coraz większe fraktale, oplatały ją, tworzyły grzybnię obcej mowy. Spięła całe ciało. Wytężyła zmysły. Na próżno. Zaczęła drapać się nerwowo z poirytowania, zostawiając różowe pręgi na skórze. Obcojęzyczny Bóg rozbrzmiewał w trąbce Eustachiusza, obojętny na jej starania. Jego opowieść rosła jak drożdżowe ciasto, zatykała wewnętrzne jamy, drażniła narządy, poruszała cienkie błony i galaretowate struktury. Wzgórek łonowy nabrzmiał boleśnie niczym wiosenny pąk. Poczuła, że coś rozpycha ją od środka, prze, napręża, rozdyma. Może to szatan! – wykrzyknęła! Na te słowa otworzyła z przerażeniem oczy i wytrzepała się jak pies po zimnej kąpieli w jeziorze. Idź precz! – wydarła się, próbując przekrzyczeć głos ze środka ciała.

Mężczyzna taktownie zamilkł, zostawiając Małgorzatę w ciszy. Cisza zdała się jej nagle niezręczna, niechciana. Nie umiała wrócić już do stanu przed tym dziwnym zdarzeniem. Dzień stał się wybrakowany i niekompletny, a ona sama bardziej samotna niż zwykle. Wybuchła gorzkimi łzami.

I tyle z poranka – fuknęła z niezadowoleniem. Rzeka frustracji, błądząca w niej od lat, wylała się na kwiecisty, satynowy szlafrok. Kwiaty zmarniały w oczach, a na domiar złego – fala słońca wycofała się, pozostawiając kuchnię pełną dziwnych cieni. Kawa wystygła i zmętniała, stając się błotną kałużą. Za oknem pan sroka gładził metaliczne piórka pracowitej małżonce. Wydał się nagle Małgorzacie obrzydliwym ptaszyskiem. Tylko będą srały, powiedziała do siebie. Pełna wewnętrznej ciężkości położyła się do łóżka.

Nieszczęsna sobota przypomniała jej się w środę. Jadła akurat śledzia z cebulką, bo był czas drugiego śniadania. Surowa cebulka drażniła nosy pracownic, ale żadna nie śmiała się odezwać. Jej napady złości, na przemian z gorącem, wystarczająco terroryzowały ciasną przestrzeń biura, nieroztropnie byłoby się narażać. Małgorzacie wstyd było przyznać, że po każdym wybuchu czuła się dużo lepiej, wręcz doskonale (nigdy się z tego nie wyspowiadała). Gdy zobaczyła za oknem srokę z gałązką w dziobie, mina jej zrzedła, a śledź przestał smakować (choć przyznała wcześniej, że był wyborny, przepis podała do publicznej wiadomości*). Kpina – bąknęła pod nosem, upatrując celowości w tym, że zamiast białej gołębicy, niebiosa zsyłają jej srokę złodziejkę. Męczył ją też ciągle powidok koszmarnego snu. Śniło jej się dzisiaj ucho gnijące od spodu. Pełno w nim było robaków, wyrastały jedne na drugich, ukazując flaki i fioletową maź. Obudziła się z niepokojem. Nocne poty zaplamiły jej świeżo zmienioną pościel w tropiki. Kiepski mam dziś dzień, westchnęła. Wymacała ucho upewniając się, że przez cienką błonę, która oddziela sen od życia, nic nie przepełzło. Serca pracownic biły teraz nierówno, jak serca lękliwych sarniaków zostawionych w trawie. Wyjdę dziś szybciej – zadecydowała. Kiedy jest kierowniczką Małgorzatą Piziur, zadziera brodę wyżej. Straszy wtedy czarną myszką na podgardlu i trzema wrośniętymi w nią włoskami. Strzela z nich w swoje ofiary, zasadzając korzenie lęku prosto pod powieki. Lubi myśl, że ma władzę. Czasem wyobraża sobie, że jej pracownice są jak szklarniane warzywa. Może je nadepnąć, zerwać lub rozkwasić, pozostawiając wnętrzności innym ku przestrodze.

[*Robisz tak: bierzesz śledzie z beczki, takie co leżały w grubej soli. Wkładasz do miski z zimną wodą i płuczesz, wodę wymieniasz, aż śledź nie będzie taki słony. Wlewasz ocet, obtaczasz i kroisz. Cebulkę musisz sparzyć, kilka kropel soku z cytryny i drobno, w kosteczkę. Wkładasz do słoika śledzie, cebulkę, ziela angielskiego, pieprz, liść laurowy. Układasz warstwami, podlewasz olejem. Niedużo kosztuje, lepiej się opłaca samemu robić niż z marketu brać. Chyba, że promocja dwa plus jeden lub cztery w cenie trzech, to wtedy można kupić i mieć na zaś, bo to szybko się nie popsuje.]

Opuściła biuro chwilę po dwunastej. Świat na zewnątrz okazał się być przyjemny, ciepły wiatr podwiewał sukienki, ptaki radośnie śpiewały, słońce ocieplało twarze zza białych chmur. Po jej wyjściu kobiety wciśnięte w grzędy oddzielone pleksą, rozluźniły spięte ramiona, pierwszy raz od rana. Odmuchały sparzone ze stresu dekolty i pozdejmowały wydeptane obcasy. Pulsujące z napięcia oczy oderwały się od tabelek, zestawień, cudzych faktur i długów. Obgryzione skórki, odsłaniające kawałki różowego mięsa, zaczęły się zasklepiać.

Są rzeczy, o których nie mówi się głośno. Pracownice biura kontroli nie mówią głośno o tym, że zawsze po wyjściu kierowniczki rozpyla się w powietrzu słodki zapach kwiatów. Biuro wypełnia się miodną lekkością, ciężkie myśli rozrzedzają się na rzecz wspomnień i tęsknot. Przypomina się nagle letnie pobrzękiwanie trzmieli, smak śmietankowych lodów z dzieciństwa, zapach kwitnącego bzu. Kobiety młodnieją, jak podlane rośliny. Spięte twarze odzyskują łagodność, oczy dostają kolorów, skrzą niczym diamenciki na tafli jeziora. Po wyjściu Małgorzaty z uśpionych korzeni płyną odżywcze soki i cukry. Idą w stronę chmur, do otwartych na oścież drzwi nieba.

Proś o to, co mam Ci dać, powiedział głos ze środka. Rozejrzała się po ławach czy nikt tego nie słyszał, ale nie – staruszka w kraciastej chustce odmawiała różaniec, a siedzący w bocznej stalli chłop gapił się w obraz wniebowziętej Marii z półotwartą gębą. Wydawało się Małgorzacie niemożliwe, że Bóg przyznał jej rację. Uklękła i zatopiła twarz w dłoniach. Proś o to, co mam Ci dać, powtórzył mężczyzna. Był stanowczy, lekko rozkazujący, jak lektor z reklamy farb do włosów. Mówił po polsku. Małgorzata podniosła oczy na ukrzyżowanego Jezusa. Wydał jej się przystojny i potężny w swym męczeństwie. Mocno zarysowana szczęka, smukłe ciało, długie, opadające na ramiona włosy. To Ty Panie? zapytała w myślach, nie wiedząc czy to dziwne łącze działa również w drugą stronę. To ja, odpowiedział głos, na co aż podskoczyła, bo poczuła go w brzuchu, tam gdzie jest środek środka. Głęboką kościelną ciszę, przerywało tylko chrząkanie staruszki.

Chciałabym być świętą – wydukała nieśmiało. Od razu pożałowała. Skuliła się w kłębek,
napięła szew marynarki na zaokrąglonych plecach. Wstyd rozszedł się po jej ciele prądem
i gorącem. Palce nerwowo nawinęły rożek koszuli, popłynęły zdrowaśki, jedna za drugą,
jak ławica ryb. Bóg milczał. Usta Małgorzaty zaczęły zaciskać się w kurzą dupkę. Cisza wydała
jej się sztuczna, a oczekiwanie nie do zniesienia. Odważyła się i spojrzała z pretensją
na ukrzyżowanego Jezusa. Nie byłabym najgorsza, pomyślała licząc, że ją słyszy. Zrobiło się
chłodno i późno. Wyjęła modlitewnik, wybrała na chybił trafił. Litania loretańska. Skupiła się
na słowach i wyschniętej plamie. Pytał, to odpowiedziałam – usprawiedliwiała się w przerwach
pomiędzy wersami. W ciele zbierały się łzy.

Mógł nie pytać. Powinien sam wiedzieć. W końcu podobno jest wszechwiedzący – mruknęła
pod nosem.

Bóg nadal milczał.
……………………………………………

Małgorzata Piziur urodziła się w rodzinie wielodzietnej. Była najmłodsza, miała trzy siostry i brata. Brat był upośledzony, więc liczyła go jako pół. Miała zatem trzy i pół rodzeństwa. Z dzieciństwa pamięta niewiele: skąpane było w ciemnościach drewnianego domu, w którym oszczędzano na wszystkim. Zimy były chłodne, dzieciom marzły stopy, pościele sztywniały, w kości wchodziła wilgoć. Zamiast bajek ojciec straszył ich opowieściami o duchach. Cieszył go widok ich przerażonych oczu, wchłaniał go, wypełniał swój dziurawy środek. Lał ich, kiedy moczyli się w nocy lub krzyczeli przez sen. Strzelał po głowie, kiedy odmawiali zejścia do piwnicy, po ciemnych schodach, w dół, do piekła. Ganiał ich do niej tylko wieczorami. Po zmroku życzył sobie nagle kiszonych ogórków lub startych buraczków. Zamykał drzwi gdy byli na dole. Posikiwali po nogach. Małgorzacie urósł wtedy w gardle węzeł wielkości piąstki niemowlęcia. Nie będą pamiętać kiedy dorosną – gasił ojciec prośby matki o danie im spokoju. Niestety, mylił się. Duchy zmarłych, strzygi, gliniane golemy, czarne psy o płonących ślepiach, błędne ognie mącące zmysły, diabły i topielice zrosną z dziećmi niczym rozgrzany plastik z poparzoną skórą. Wieczorami dziewczynki będą wodzić wzrokiem za przechadzającymi się po domu smugami cieni, ale żadna nic nie powie, nie przyzna się że widzi. Siostra będzie uspokajać Małgorzatę, że duchy co najwyżej mogą ściągnąć kołdrę lub pozrzucać wazony, nic więcej. Wszystkie trzy będą zawijać pościel szczelnie pod stopy. Na starość ich ciała będą od tego zagrzane, jak gary ziemniaków schowane w ręcznikach.

Czarna Maryja przyszła do nich w środku zimy.

Małgorzata kończyła skrobać na zamarzniętym oknie domek. Kanciasty paznokieć ożywił już płot, psa, mewy w literę em, dwa niezgrabne serduszka, jedno z inicjałami „S.L.”. Matka, na co dzień półprzezroczysta, tego dnia miała na policzkach wysuszone placki z ekscytacji. Bladoniebieskie oczy wypełniało szaleństwo. Wszędzie jej było pełno. Tarła, szorowała, odkażała. Dzieci schodziły jej z drogi, w obawie, że wrzuci je do zimnej pralki. Kazała im prać ręcznie majtki, w lodowatej wodzie z mydłem. Pocierali środek tak długo, aż zdrętwiały im palce. Wieczorem zakasała rękawy i zabrała się za lepienie pierogów. W kuchni nastał czas mąki. Biały puch pokrył stół, meblościankę, wiszące warkocze z czosnku, fartuszek oraz przyklejone do spoconego czoła loczki. Podmoknięte wnętrza talerzy skawaliły się w mącznego gluta. Dzieci na widok wałka popadły w histerię, ryczało jedno przez drugie, diabelski kanon wprawiał w drżenie suszące się na piecu kaflowym garnczki. Rozgoniła ich ścierą. Pochowały się po swoich skrytkach. Wyprują mi żyły, powtarzała pod nosem, aż mąka zalepiła jej oczy i wchłonęła strużki słonych łez.

Małgorzata miała skrytkę w przybudówce. Wcisnęła kościstą dupkę pomiędzy zimną ścianę, a skorodowaną blachę, przypominającą owrzodziałą skórę. Czuła się tam bezpiecznie, była pod kapeluszem drewnianego grzyba, który nawet pachniał tak samo: wilgocią i ziemią. Worki do śmieci wypchane letnią odzieżą świdrował wiar i mole. Nie pomagały suszone kępy lawendy. Robaczki wylatywały z kokonów, zaspane. Pod skrzynią Małgorzata trzymała swoje skarby. Miała tam dwa sekrety, polne kwiatki przygniecione do ziemi kawałkiem zbitego szkła. Jeden był w brązie, drugi w zieleni, bo ojciec lubił od święta popić sobie leszka. Był też obrazek świętego Jerzego, wymiętolony macaniem dziecięcych paluszków. Święty Jerzy na nim przebijał włócznią smoka. Był silny, uzbrojony, dosiadał białego, potężnego konia. Nikt by do niego nie podskoczył, nadziałby śmiałka na włócznie jak kiełbasę na patyk. Małgorzata modliła się całując obrazek. Chciała, aby święty ochraniał ją i bronił, głównie ode złego, którego było sporo. Wszystkie dzieci Piziurów, znały przedziwną zależność tego domu. Wiedziały, że kiedy matka nalepi pierogów, ojciec wróci pijany do domu.

Czarną Maryję zastał śnieżnobiały obrus, dwie zapalone gromnice oraz kropidło w misce, w której wcześniej pływały wyjęte z zamrażarki śledzie. Sąsiedzi przekazali obraz i wleźli brudnymi butami do sieni. Zostawili za sobą błotne rzeki oraz dym z kominów. Pożarli pierogi (wraz z całą zasmażką), tłuszcz ściekał im po brodach. Dzieci patrzyły na to ze ssaniem pod pępkami. Małgorzata pamięta tamtą noc dokładnie. Maryja siedziała obok, kiedy się przebudziła. Nie bój się – powiedziała, ale ona wcale się nie bała. Było jej ciepło i miło.

Oczy Maryi, czarne koraliki, błyszczały w ciemnościach. Musisz wytrzymać – powiedziała z troską. Dziewczynka skupiła się na śliskiej, atłasowej szacie. Wymalowane na niej kwiaty – motyle hipnotyzowały. Nigdy takich nie widziała. Zapragnęła tych kwiatów tak żarliwie jak mogą pragnąć tylko dzieci ubogie. Wyobraziła sobie, że spływa po śliskiej szacie, złotej nitce, a potem po smukłej łodydze kwiata – motyla, prosto w ręce Maryi. Chciała possać jej czarną pierś, posilić się życiem, wchłonąć ciepło w swoje puste, ptasie kości. Marzyła, aby zastygnąć z nią na obrazie, być plamą na złotej aureoli, nie mieć przeszłości ani przyszłości. Wędrowałyby razem od domu do domu, zamknięte bezpiecznie w zdobionej, mosiężnej ramie. Wtedy rozległo się walenie do drzwi. Po Czarnej Maryi nie było ani śladu.

Ojciec zlał ich prawie do nieprzytomności. Bóle, których w dalszym życiu doświadczy Małgorzata, będzie porównywać tylko do tego bicia. To będzie punkt zero. Odejdą w zapomnienie szturchnięcia, trącenia, kuksańce, muki, piekące pokrzywki, boks na żarty (po którym zostawały siniaki), zęby kobyły na udach. Grudniowa, mroźna noc wyprze pozostałe noce, zrośnie się z kręgosłupem dziecka, zapuści w nim korzenie głęboko, aż do miękkich synaps rdzenia, delikatnych i zwiewnych niczym babie lato.

Następnego dnia świt wstał krwawą kreską. Po ośnieżonym polu wałęsały się podmuchy wiatru, uderzając w cienkie ściany domu. Świszczało jak złe – powiedziałaby babka, gdyby żyła. Małgorzata nie mogła otworzyć oczu. Swędziały, piekły, ropiały, pod powiekami gryzła ją warstwa piachu. Nie miała pojęcia, że coś jej się wbiło. Kiedy dorośnie, będzie z tym latać po okulistach, wkraplać zimne płyny, sporządzać napary ze świeżo narwanego rumianku, obkładać zielem świetlika, przyklejać plastry ogórka, schładzać okładami ze zmrożonego groszku, dłubać patyczkiem lub poślinionym rogiem chusteczki. Będzie zaglądać, szukać obcego ciała, ziarnka, drzazgi, czarnej kropki, rosnącej w poprzek rzęsy, przyklejonego owadziego trupka, czegokolwiek.

Małgorzata nie wie, że to co się wbiło, nie pochodzi ze świata człowieka.

……………………………………………

Gdyby ją ktoś spytał, powiedziałaby, że jest wierząca. Regularnie przyjmuje komunię, odmawia pacierze, w piątki jada wyłącznie śledzia, daje na tacę. Przyniesie ojcom franciszkanom czasem słoik z bigosem, kiszone ogóreczki, leczo z papryki i bakłażana, smażone valbony z żurawiną lub buteleczkę wiśniówki (którą podobno chwalił nawet sam gwardian, brat Jonasz). Chodzi też na agape, a agape znaczy miłość. Małgorzata miłuję Stwórcę, Jezusa i wybranych świętych. Miłowała również mężczyznę z krwi i kości. Na imię mu było Jurek, niestety nie miał białego konia ani włóczni, którą przebiłby smoka lub każdego, kto by podpadł Małgorzacie (a takich było wielu). Jerzy Ziółek, z krwi i kości, chadzał codziennie kilka kilometrów polem, żeby wypić piwko z kumplami pod sklepem. Tamci krążyli już od rana, jak pątnicy wokół Al-Kaby, oczekujący zbawienia. Przypominali Małgorzacie chore gołębie. Śmierdzący, zaplamieni kupą, o tępym spojrzeniu. On się od nich różnił. Miał koszulę odsłaniającą kępki kręconych włosków, wyglancowane pantofle, kapelusz z piórkiem i góralską, pięknie wyrzeźbioną, laskę. Fryzura zalizana, skropiona wodą kolońską. Twarz o kolorze niewypieczonego chleba, dłonie smukłe, zadbane. Wyglądał jakby urwał się z obwoźnego kabaretu, obiecywał jej świetlaną przyszłość, przygody, podróże w nieznane. Wabił opowieściami słodkimi jak ulepek, aż zdarzało jej się mlasnąć z zadowolenia. Sprzedała mu czasem na kreskę, załatwiła papierosa, poczęstowała kanapkami z szynką. Najczęściej jednak brała w ręce miotłę i straszyła sklepowych pijaków policją. Przeganiała ich jak chore ptactwo. Uwielbiali ją w tej roli. Pogwizdywali z uznaniem za każdym razem, gdy zasadzała się na nich tą miotłą, ożywiali się wszyscy, prawie tak cudownie, jak na dźwięk drobniaków. Uciekali przed nią, trykali pod boki, czasem ją który podszczypnął, to mu zdzieliła przez łeb. Był to taniec godowy, przedziwny, pokraczny i ludzki aż do bólu. Wracała potem obrażona do sklepu. Pośladki jej falowały jak łąki na wietrze.

Kiedyś Jerzy Ziółek przyniósł jej trzy kury. Kupił je czy ukradł – wolała nie wnikać. Spały na zapleczu, gdzie ekspedientki na przerwach pociągały wódkę. Małgorzata wynosiła im kawałki gruszek i jabłek, chroniła od dzieci, które polowały na nie z procy. Pierwsze jajka zaniosła do domu, ułożyła w szeregu, jak skarby. Zamarła, gdy rozbiła je do jajecznicy. Żółtka były czarne, śmierdziały zgnilizną, śmieciami i śmiercią. Odebrała to jako ostrzeżenie. Następnego dnia rzuciła papierami, wyciągnęła z kasy zaległą wypłatę, gwizdnęła na odchodne ruskiego szampana, ostatni raz zakręciła pupą po swojej orbicie (Jerzy mlasnął z zadowoleniem) i więcej nie obejrzała się za siebie. Pojechała do miasta, szukać życia w życiu. Miłości boskie uznała za pewniejsze niż ludzkie.

Gdyby ją ktoś spytał, powiedziałaby z dumą, że imię ma królewskie, wybrane pod nią, na dobrą wróżbę. Nie jest żadną Gośką Piziur, tylko Małgorzatą – władczynią, na którą nie było stać Jurka Ziółka. W sobotnie poranki, kiedy syczy kawiarka, Małgorzata zakłada swój ciężki, karmazynowy płaszcz. Z dumą pręży się do okna, pokazując światu niewidoczny sznur pereł. Zakłada nogę na nogę, pantofle ma koloru soczystej zieleni. Na czubkach błyszczą cekiny, diamentowa ławica sardynek. Głowę trzyma sztywno, podtrzymując koronę ze złota. Kłania się słońcu, a ono oddaje jej pokłon.

…………………………………………….

Poranek wstał mokry i wietrzny, a był to dzień świętego Zenona, patrona rybaków. Świat zrobił się kapryśny. Strącone płatki jabłonki oprószyły czarne chodniki, jak łupież. Małgorzata założyła skarpety z owczej wełny, wymiętolone długą zimą. Czuła się oszukana, bo szybko przywykła do ciepła wiosennego słońca. Zdarzało jej się nagminnie, że brała coś za pewnik, a potem wylewało się z niej rozczarowanie.. Tak było i tym razem. Klęła pod nosem, ubierała się leniwie, gubiła kapcie i myśli.

Ja tego dnia śniłam o kwiatach poparzonych przez słońce. Po przebudzeniu czułam się lekka, jakby coś w końcu zeschło się na dobre i odpadło. Kawa smakowała mi wyjątkowo dobrze, dodałam kardamonu i gwiazdkę anyżku. Wiedziałam, że przyjdzie, zanim pojawiła się w drzwiach. Nasze oczy spotkały się, w zasadzie zderzyły. Pogroziła, że kociej mordy dostanę, ale się nie przejęłam. Świat, który znam, różni się od tego co widzialne. Rozpoznaję słowa wydmuszki, rzucane ze strachu. Są puste, podobne do foremek bez piasku.

Wyglądała jakby ubrała się w chmury. Gdzieniegdzie obłoki zagęszczały się, w innych miejscach rwały jak cukrowa wata. Dalej jednak coś się mechaciło, kulkowało i brzydło, tworząc grudy. Bez początku i końca, jak wąż, co zjada własny ogon. I wtedy zobaczyłam dziurę. Była okiem cyklonu, z korzeniem w głębinach, do którego nie ma dostępu świat człowieka. Przymknęłam powieki, poczułam drażniący piasek, a może to był kurz. Wydało mi się, że ktoś stamtąd woła, ale to chyba była Małgorzata, która zrugała mnie, że się znowu gapię. Popiła tabletkę odchylając głowę. Postraszyła mnie myszką na podgardlu i trzema włoskami-dzidami. Spuściłam na chwilę wzrok, a kiedy zerknęłam ponownie, obraz zniknął. Małgorzata była z powrotem ostra: ołówkowa spódnica opinała pośladki, bluzka rozchodziła w guzikach. Rzęsy posklejały się tuszem tworząc kępki czarnej, suchej trawy. W prawym kąciku było coś jeszcze, ale nie mogłam tego dojrzeć.

Małgorzata nie wie, że człowieka więzi czas. To on urywa myśli, dziurawi wspomnienia, wysusza wody. Czas każe człowiekowi zdobywać i tracić, gonić na oślep, przed siebie. Nieprawdą jest, że leczy nasze rany. Tylko człowiek może się sam z siebie wylizać.

Błogosławiony ten, który rozumie śnienie. W snach świat wywraca się na lewą stronę, mówi innym językiem, działa na opak, do góry nogami. Rzeczy są stałe i zmienne jednocześnie, mnogie i uziemione, realne i przekraczające granice wyobrażeń. W snach nie błądzi się po tym co przeszłe, nie szuka w tym, co jeszcze nie nastało. W snach świat stoi w miejscu, tak jak zawsze stał. Wiedzą o tym nieśmiertelni, spowici w ciemność, wilgoć i mgłę – grzyby. Kto uwięzi czas, błądzi i głowi się na darmo. Opanować siebie znaczy nie zdobywać.

Małgorzata wie, że Maryja jej szkodzi, ale nie chce jej wypuścić. Widzi ją w lustrze, zagniewaną, wołającą o powrót. Czuje, że kwiaty – motyle trzepoczą jej w oku. Ranią sobie skrzydła od upadków. Cierpi razem z nimi, strzela się po głowie, wyzywa od głupków. Nie pomagają pieniądze, ilość hodowanych na palikach pracownic (przesadzanych, podcinanych, krzyżowanych), gromadzone na zimę zapasy dżemów, kiszonek, miodów czy stos wytłaczanek z jajkami. Nie pomagają tuczone brzuchy ojców franciszkanów. Małgorzata przecieka. Coraz częściej przysypia, traci siły i cukry. Słyszy wtedy głos boga. Sny wołają ją do nieśmiertelności.

Małgorzata nie wie, że rzeczą ludzką jest zdobywać, rzeczą boską zaś trwać i puszczać w niepamięć. Gdyby wiedziała, już dawno zostałaby świętą. Może bym jej powiedziała, gdyby wypuściła mnie ze swojej szklarni. A może i nie, bo mądrość grzybów polega też na tym, że milczą.

Obraz: Mary Vaux Walcott: (Untitled – Study of Mushrooms)

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *