Gabinet

Autor: Monika Karpowicz
Blog
28 sty 2025
Jeden komentarz

– Nie rozumiem, czemu ludzie nie mogą być dla siebie mili. Co to nas kosztuje? Nic. Ja zawsze staram się być miła, ale co to da, człowiek może sobie krwi utoczyć, a i tak tylko razy zbierze – mówi starsza kobieta z odrostami. Siedzi na krześle pod ścianą. Rozkraczona, pochylona, opiera łokcie na kolanach. Wszystko, aby być bliżej recepcjonistki, jej biurka i jej ucha. Recepcjonistka zakrywa krosty uroczymi plasterkami w kształcie czarnych gwiazdek. Jej włosy opalizują czymś pomiędzy zielenią a purpurą. Zetka.

Wcześniej starszy pan chciał zadać jej jakieś pytanie, ale kobieta z odrostami wzięła zetkę pomiędzy kolana i wybuchła goryczą. Nie może podzielić się młodą z innymi czekającymi, to dla niej źródło życia i kielich zbawienia. Skoro młoda słucha jej z uśmiechem i nie każe jej się zamknąć, to już wygrała. Niemożliwe, żeby zyskała posłuch tu, w poczekalni, a po wejściu do gabinetu miała przegrać. To nieprawdopodobne.

Ja też chcę zapytać młodą o coś: czy jest szansa, że niedługo wejdziemy? Muszę wracać do pracy. Przyszłam jako jedna z pierwszych, a siedzimy tu już dwie godziny. Z gabinetu wciąż nikt nie wychodzi. Nie pytam, bo czuję, że kobieta z odrostami się rozpadnie. Ona jest miła, recepcjonistka jest miła, nikt więcej nie jest, a nikomu niemiłemu nie wolno przerywać tej międzypokoleniowej symbiotycznej rozmowy. Nie wolno pozbawiać jej złudzenia, że już wygrała. 

Drzwi wejściowe skrzypią i do poczekalni wchodzi wygrana. Długie włosy, haftowane kowbojki, dżinsowe dzwony. Szczupła szczupłością zwycięzców, tych, co ciało mają od niechcenia przyczepione do głowy i niezauważane przez nich. Jest lekkie, nie muszą go ciągnąć, taszczyć, dźwigać. Nie pchają się nim przed oczy innych, nie epatują fizjologią, nie mają z nim kłopotu. Po prostu unosi się pół kroku za nimi, jak jedwabny szal. Ziemi dosięga o tyle, żeby postukiwać obcasami, ściągać na siebie oczy. 

– Dzień dobry – mówi uroczym, niskim głosem, jakim dysponują wygrani. Nie musi tu być, nie potrzebuje kasy na jedzenie, jak kobieta z odrostami i suchymi końcówkami włosów, chudym obojczykiem wystającym z „seksi” swetra. Przecież to oczywiste, że jest tu, bo nie można się ograniczać do siedzenia w willi w Konstancinie i wożenia dzieci na lekcji fortepianu czy tenisa. Skoro tak serdecznie proszono, to przyjechała. Mój Boże, oczywiście, że nie dla kasy, ani dla sławy. Tyle czasu nie była w gabinecie, wpadła się przywitać.

Kobieta z odrostami przerywa swój monolog o codziennej uprzejmości, nie może pozostać obojętna na wejście wygranej. Czyli jednak nie rozpada się na kawałki, jak sądziłam. Może zmienić front, dać odpór konstancińskości i łopotaniu ciała-szala.

– W „Jeziorze łabędzim” tańczyłam, proszę panią, a w „Halce” byłam w chórkach – mówi nagle do zetki. – Zjeździliśmy kawał świata, choć to PRL był, o dewizy było trudno. W Paryżu byli mną zachwyceni – mówi, a wszystkie wypalone przez nią papierosy grzechocząc potakują w oskrzelach. 

– Nie chcę tu być – myślę.
– Przecież jak już wejdziemy, to potrwa krótko. Spróbujemy dać coś z siebie i pojedziemy w cholerę. Czy musisz tak wszystko ciężko przeżywać? – myślę.
– Nie chcę tu być – myślę. – Nie chcę patrzeć, jak odrosty walczą o kasę na leki i konserwy, nie chcę być jak ona. Nie chcę siedzieć i czekać na kogoś, kto stawia ludzi w takiej sytuacji.

– To ty?! – wygrana dostrzega w drugim rzędzie krzeseł zwykłego faceta w koszuli w kratkę, z małym chłopcem u boku. Przysiada się do niego. – Coś takiego, tyle czasu się nie widzieliśmy! Co u ciebie?
Facet się rumieni. Albo odwykł od towarzystwa pięknych kobiet, albo nigdy się nim nie cieszył, poza tą jedną tajemniczą okolicznością z wygraną. 

– Ja tylko przywiozłem syna – mówi z trudem, nic a nic dykcji. Nieśmiałość i skrępowanie blokują zęby, słyszę to aż tutaj, na drugim końcu poczekalni. – Potem już mi się tam nie udało wrócić. No to mam normalne życie. Jeżdżę uberem.
– Naprawdę? – wygrana jest zachwycona. A więc poza Konstancinem istnieje jakieś życie. Można jeździć uberem, to cudowne, takie kreatywne. Dlaczego jej to nie przyszło do głowy?
– Tak, czasem jest ciężko, bo konkurencja też duża. Ale widzisz: mam jego – wskazuje na chłopca. – Może z niego coś jeszcze będzie, więc warto się starać.
– Na pewno! Na pewno coś będzie, widzę to – czaruje głosem wygrana. Oczywiście, że w dzieci należy inwestować, ostrożnie, ale nieustępliwie, wypatrywać stopy zwrotu. To ona rozumie, sama wozi swoje dzieci na angielski i podstawy biznesu, więc pewnie oczami wyobraźni widzi tatę w kratkę, jak uberem wiezie chłopca od gabinetu, do korepetytora, od warsztatów do szkoły.


Siwy mężczyzna, dotąd nieruchomy, zaczyna ostentacyjnie ziewać. Opukuje szczękę pięścią, wysuwa język tak daleko, jak się da, rozciąga ramiona, otwierając klatkę piersiową. Ćwiczy oddech. Pewnie nie chce już słuchać o cudzym przegranym życiu. Każdy ma prawo przygotować się do wejścia, on z tego prawa korzysta, a że obok siedzą ludzie i dostają łokciem po głowie? Ich problem. On otrzymał zaproszenie, a reszta go nie interesuje. Nie wie, kim są ci ludzie, z pewnością nikim, kto miałby prawo wejść do gabinetu, gdy drzwi się już otworzą.
Drzwi do gabinetu wreszcie otwierają się i staje w nich reżyserka.
– Dzień dobry, moi państwo. Mamy jeszcze jakieś dzieci? Chłopczyk, okej. Mamy już chłopczyka, ale skoro przyjechaliście… 
Ojciec chłopca zrywa się, wichrzy dziecku włoski w ramach przygotowań, szarpie na nim sweterek. Szybko, szybko, teraz my wchodzimy! Mają już chłopca, ale przecież na pewno nie tak dobrego, jak ten. Na pewno zmienią zdanie. Trzeba tylko się pokazać, porobić minki, zauroczyć panią.
– Gosiu, przyjechałaś! – wybucha reżyserka, bo zauważyła siedzącą obok wygraną. – Myślałam sobie, że ta rola to coś specjalnie dla ciebie. Wiesz, scenariusz jest genialny i bardzo, bardzo wzruszający. Mniej typowej reklamy, więcej fabuły, typowo na święta. Tak chciał klient. My tu nie możemy dojść do siebie ze wzruszenia, musieliśmy zjeść sushi. No chodź, chodź, tylko na ciebie czekaliśmy.
– My też wchodzimy? – upewnia się tata w kratę.
– Tak, i jeszcze ze cztery-pięć osób. Wszyscy przygotowali tekst?
– Oczywiście. Lekcje interpretacji tekstu brałam w latach siedemdziesiątych u mistrza Tadeusza – grzechocze kobieta z odrostami i biegnie za reżyserką, depcząc po piętach jej i wygranej.

– Nie chcę tu być – myślę. – Nie chcę patrzeć, jak odrosty drepczą za tą, która już wygrała ten casting, zanim wzięła w nim udział. I jak tata wpycha dziecko w świat, który sam poznał i z którego sam wypadł po zaledwie jednym spocie reklamowym. Nie chcę być jak oni.
– No, chodź. Skoro już tyle wysiedziałyśmy, to pokażmy coś i pojedziemy sobie – myślę.
– Niczego nie pokażę, to absurd, to jakiś chory świat. Ludzie to potem oglądają i nasycają się tą trucizną, mówią tym, myślą, żyją.
– To tylko kilka minut. Nie jesteś ciekawa, jak odrosty się rozpadną po występie zwycięskiej Gosi?
Wstaję. Biorę swój formularz castingowy i idę w stronę gabinetu. Jestem ciekawa, jak sama się rozpadnę po jej zwycięskim występie.

Obraz: Henri de Toulouse-Lautrec „La Danse au Moulin-Rouge”

Jeden komentarz
Kamila
2025-01-30 22:09:05

Świetne. Przesłuchania - choć nie aktorskie - nie są mi obce. I choć uczestniczyłam w nich kiedy nie miałam jeszcze odrostów i balast wszelkiej opcji był dużo mniejszy to znam, wiem, rozumiem. Czego nie przeżyłam wtedy, teraz stanęło mi przed oczami. Perełeczka.

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *