Głosy dzieci, głosy ryb
Opowiadanie wyróżnione w konkursie na „Początek jest najważniejszą częścią pracy”.
Leszek Balcerowicz, dziadek Andrzej, Przemek z 2a i cała Polska powiatowa winni są śmierci mojego ukochanego, Damiana. Przez nich wszystkich albo dzięki nim siedzimy tu teraz i radzimy. Ale od początku.
Babcia i dziadek poznali się w tancbudzie przy parku Sieleckim, w mieście stołecznym Warszawa, moim ulubionym mieście na całym świecie. Babcia Grażyna była ponoć najwyższa i najładniejsza ze wszystkich dziewcząt i choć radziła sobie z każdym rodzajem tańca, od boogie-woogie po mambo, to najbardziej lubiła koślawe wygibasy do jazzu. Imponowali jej bikiniarze. Muzyka synkopowana, fryzura na mandolinę i zapach wody kolońskiej Przemysławka podziałały. Kilka miesięcy po dansingu babcia Grażyna i dziadek Andrzej
obiecali sobie, że się nie opuszczą aż do śmierci, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.
Dziadek nie miał pieniędzy, ale miał dyplom inżyniera rolnika (z odznaczeniem!), a ten zapewnił mu mieszkanie oraz posadę referenta rybaka właśnie tu, u nas, w Rybakówce, gdzie na terenie państwowego gospodarstwa rolnego powstał zakład rybacki. Dziadek był szczęśliwy, babcia mniej. Żeby ją uspokoić, obiecał, że to tylko taki początek i dodał, że nie ma co się
głupio boczyć, bo potem będzie im już tylko z górki, początek to najtrudniejsza część każdej pracy, a potem jest dobrze. Babcia, niechętnie i po wielu namowach, pożegnała się krótko z rodzicami i siostrami, zabrała walizeczkę i wsiadła do kolejki grójeckiej na Dworcu Południowym w Warszawie, najpiękniejszym moim zdaniem mieście naszego świata.
Uwiedziona, zwiedziona i zawiedziona Grażyna szybko zrozumiała, że zostawiła w Warszawie nie tylko rodziców, siostry, koleżanki i ciasne rodzinne mieszkanie, ale i ostatnie momenty swojego kruchego, panieńskiego szczęścia. Na naszej Rybakówce zajmować miała się sześcioma pegeerowskimi krowami, trzema końmi, dwiema córkami – gorszą, moją mamą i lepszą, moją ciocią – oraz trzypokojowym mieszkaniem z kuchnią i łazienką. Mieszkanie było takie powiedzmy pańskie, z boazerią, z połyskującą meblościanką, z czerwonym dywanem, z dryfującymi w wannie karpiami. Karpiami zajmował się dziadek. Babcia dodałaby, że zajmował się tylko karpiami, bo niczym innym zajmować się nie umiał, nieobecny, wiecznie z nosem w tych swoich rybach. Dziadek, bardzo wygodnie, zabrał się stąd na amen jeszcze przed moimi narodzinami, ale my tu teraz siedzimy w salonie i całą rodziną za dziadka pokutujemy.
Oskarżam Dziadka Andrzeja o to, że sprowadzając tu swoje stado, skazał nas na Rybakówkę.
Rybakówka po latach świetności i dziadkowego panowania rozwinęła się do takiego mniej więcej kształtu: cztery niskie, pociągłe bloki na planie kwadratu, w każdym bloku 4 piętra, 16 rodzin. Pośrodku kwadratu stary kasztan i dwa trzepaki – nasze podwórko, serce Rybakówki. Na podwórku kiedyś pasły się państwowe krowy i państwowe konie, te same, przy których pracowała babcia. Teraz państwowych zwierząt nie ma, jesteśmy my, niepaństwowe, takie raczej prywatne dzieciaki z Rybakówki. Jest Anka, moja najlepsza przyjaciółka, jest Pacia i jej siostry, jest cała szajka Trześniaka. Przemek, Bomba, Kotarscy, trzech braci Ledzińskich. Są
starsze chłopaki, ci od Szewczyka. Gromadka mniejszych dzieci od Urbiaków i Szewczyków, maluchy od Stępniaka.
Z podwórka wychodzi się małą kładką na pole. Inaczej wychodzić nie można, bo z każdej strony otaczają nas ogromne stawy. Zabawa na stawach jest surowo zabroniona, nawet nie próbujcie.
W stawach – ryby: karpie, szczupaki, liny, jazie.
Przy stawach – mężczyźni: rybacy, brygadziści, referenci.
Mój ojciec, Wojtek Wójcik, jest na przykład rybakiem i pochodzi stąd, jak ja, jak Damian, jak moja przyjaciółka Anka, jak ciocia Hela i jak moja mama, która w ojcu zakochała się ponoć na zabój. Ja to szanuję, bo zdarzyć się to może każdemu, nawet takiemu aniołowi jak moja mama. Poza tym początki kariery ojca rokowały świetnie, po nasze karpie zjeżdżali się na PGR z ludzie Piaseczna, z Zalesia, a nawet z samej Warszawy, mojego ulubionego miasta. Z babcią mieli zamieszkać tylko na chwilę, na początek, żeby od czegoś zacząć, a zaczynać młodym ludziom jest ciężko. Niefortunnie złożyło się tak, że kilka lat po ślubie mamy i ojca transformacja i Leszek Balcerowicz położyli kres finansowej prosperity mojej rodziny, a nawet całej Rybakówki. Babcia Grażyna tego pana Leszka szczerze nienawidzi, ja jeszcze nie miałam przyjemności poznać, ale swoje zdanie mam.
Oskarżam Leszka Balcerowicza o to, że zniszczył naszych ojców, wszystkich ojców Rybakówki, którzy z biedy i strachu zaczęli pić, gnić i bić.
Po tym, jak transformacja nadgryzła i wypluła wszystkich mężczyzn z naszego PGR-u, lepsza córka, Helka, wyjechała do miasta, do życia, do wielkiej metropolii, do Warszawy. Chciała zabrać mamę, ale mama nie chciała zostać zabrana, a potem byłam już na świecie ja i był też mój brat, więc na wolty było za późno. W ogóle bym się na moją mamę nie pogniewała, gdyby wtedy zostawiła ojca, mnie, brata, babcię i pobiegła za ciocią Helą, za jej blond włosami. To na nią teraz tu wszyscy czekamy, na lepszą córkę właśnie, na ciocię Helę.
Tylko siedź prosto i zachowuj się dobrze, Zosia, błagam cię… O tym chłopaku to w ogóle lepiej nie wspominać. Albo nie, wiesz co, może ty się w ogóle nie odzywaj, co córcia? Ja to załatwię z ciocią wszystko, ty tylko siedź i się nie odzywaj.
Dobrze, mamo, nic nie odpowiem, będę grzeczna, zawsze jestem, wiesz przecież. A ten chłopak to Damian, co mi go zabito i na zawsze odebrano. Z Damianem dzieliłam:
- drogę do szkoły,
- drugie śniadania przygotowywane w dni parzyste przez moją mamę, a w nieparzyste przez jego mamę,
- talent do akrobacji na trzepaku (wymyk, odmyk, parówka),
- czas,
- ławkę w szkole,
- wiele prac domowych.
Oboje uczyliśmy się dobrze, ja trochę lepiej, bo jemu nie do końca było po drodze z matematyką i czasami odpisywał ode mnie, ale jak już odpisywał, to – żebyście sobie nie pomyśleli – nie na bezczelnego, tylko z finezją i gracją, czyli tak, jak robił wszystko. I właśnie ta jego gracja kłuła w oczy, przysięgam, ta gracja go wpędziła do grobu.
Drrrrrrryn, drrryn!
Jest jedna rzecz, którą musicie o Rybakówce wiedzieć: my tu wszyscy jesteśmy z twardego chowu. Damian był wyjątkiem od tej przykrej reguły, bo był życzliwy, nie miał ochoty się rozpychać łokciami, żeby sobie zrobić miejsce. A na Rybakówce przetrwają najsilniejsi, nie ma miejsca nawet na centymetr odchylenie od naszej podwórkowej normy.
No, Aga, jak dobrze wyglądasz! A kto to taki tu! Zośka, jaka piękna pannica urosła! No, chodź tu do cioci! Jest ci smutno pewnie trochę przez tego Damiana, co?
Ciocia Hela zaczyna z wysokiego ce, albo nie zaczyna wcale i ja to lubię. Wygląda trochę jak Violetta Villas i pachnie jak kruszonka z szarlotki oraz lakier do włosów. Przyprowadziła swojego nowego męża, trzeciego już, Staszka. Ojciec go obraża i mówi o nim „pedałek”, ale przysięgam wam na wszystko, jeżeli mój ojciec was obraża, to policzcie to sobie za cztery komplementy, a za „pedałka” doliczcie sobie sowity bonus.
A pogrzeb, kiedy będzie? Klepsydrę już powiesili?
W szkole mówi się o nas, że jesteśmy „ze stawów” i to jest komunikat ciągnący za sobą całą listę znaczeń, przysięgam. Jak jesteś ze stawów, to śmierdzi od ciebie rybą, najczęściej smażoną. Jak jesteś ze stawów, to nie masz telefonu, dobrych ocen też nie masz, jesteś agresywny, jesteś gorszy, dostajesz darmowy obiad w stołówce, jesteś pasożytem, jesteś patologią, jak jakiś stan chorobowy jesteś. Nie zdziwcie się więc, że może i na podwórku się między sobą tłuczemy, ale poza Rybakówką jesteśmy razem, tworzymy ławicę, zwiększamy szanse przetrwania osobników. W szkole było nas więcej, oczywiście, ale w naszej klasie tylko ja i Damian. Razem więc pływaliśmy, jak karpie w wannie.
Ale że nawet w wiadomościach o tym mówili, na jedynce, widzieliście? Taka tragedia, tu na Rybakówce.
Dorośli mówią: tragedia. Ja mówię: zorganizowana przestępczość na terenie byłego PGR-u. Sama widziałam, jak Przemek, najmłodszy z Ledzińskich, ten, co chodzi do 2a, na podwórku rozmawiał z Damianem. Przeciągnął go pod kasztan, pochylił się nad nim, coś tłumaczył i już sam ten dialog był podejrzany, bo dotychczas ich interakcje były raczej niewerbalne. Podeszłam w okolice trzepaka, udając, że pilnie muszę poćwiczyć aktywny zwis. Przemek wyjął jakieś pazłotko oraz telefon mój wymarzony, Nokię 3300. Damian przytaknął, spuścił głowę, a Przemek już odchodząc coś tam mu mamlał, że da radę i żeby nie był taka miękka faja i że wreszcie musi pokazać skąd jest, a nie jak jakiś pedał się zachowywać. Że to biznes i że się przyzwyczai, trudno jest tylko na początku, a potem się wyszkoli i przyzwyczai.
Oskarżam Przemka z 2a za to pazłotko, za Nokię 3300, za brutalność i za wepchnięcie Damiana w rzeczywistość, do której nie należał.
Gadali, że ten chłopak to, haha, w innej drużynie grał, że tak powiem, że miał jakieś zapędy dziwne i szczerze? Taki mi się miękki jakiś wydawał właśnie.
Ojciec to osoba naprawdę szczuplutkich horyzontów, ale ma rację mówiąc, że tak gadali. Różnie go nazywali i każdą okazję wykorzystywali, żeby jakoś ponazywać. Obrażanie go stało się tak normalne, że nienormalny był ten, kto się zwracał do Damiana po imieniu. Podwójnie wykluczony, w szkole i na naszym podwórku. Mój ulubiony człowiek na tej ziemi. Pomyślicie: mogłaś mu pomóc. Ale czy mogłam? Moje dziewczyńskie pyskówki i moja dziewczyńska ochrona byłyby w oczach chłopaków śmieszna. Więc stwierdziłam, że będę jego ławicą, jeśli chce. I tak mu właśnie kiedyś powiedziałam, że kiedyś go zabiorę do cioci Heli, do pięknej Warszawy, gdzie zamieszkamy na Alei Komisji Edukacji Narodowej przy kinie Multikino Ursynów i wszystko mu będzie wolno, bo jest dobry. Tak mu powiedziałam. Raz zalałam mu przypadkiem herbatą zeszyt. Myślicie, że mnie uderzył? Że się nadarł? Damian powiedział: to nic i poszedł suszyć zeszyt. Bo był dobry.
A słuchajcie, do psychologa Zośkę zaprowadziliście?
Mama, mój anioł Gabriel, moja wspaniała mama przytakuje, ale kłamie. Miała taki zamiar, to prawda, ale ojciec, jak tylko usłyszał pomysł, wyprostował się, znacząco przyciszył Teleexpress, popatrzył groźnie w twarz Macieja Orłosia i wykrzyczał, niby do nikogo, niby w eter: oszalałaś, babo?! Ty mi z dzieciaka chcesz wariatkę zrobić? Najpierw psycholog, potem Tworki, po moim trupie!
Rodzina to rzecz święta na wieki wieków amen, ale przysięgam, życie z moim ojcem to jest gra w sapera, klikając na oślep. To jest chodzenie na palcach w strachu, że od pięty staniecie za głośno, a on akurat na głośne tupanie nie będzie miał ochoty. Kiedyś tak się zdenerwował, że zepchnął mamę ze schodów. Wylądowała na drugim piętrze, pod drzwiami Kotarskiej. Złamał jej rękę. Mamie, nie Kotarskiej, ale gdyby Kotarska nieopatrznie odważyła się wtedy cokolwiek powiedzieć, jej też, rozpędzony furią, coś by pewnie złamał, więc stara kobieta pokiwała smutno głową i zamknęła drzwi. To po tym właśnie performansie zatytułowanym ars amandi wersja Rybakówka, mama po raz pierwszy zadzwoniła do cioci Heli. Wiem, bo podsłuchałam.
Helunia, a przemyślałaś może… No, wiesz…
Mama strasznie wtedy płakała do zielonej słuchawki i zasmarkana mówiła tak: Zosia się tak dobrze uczy, same czerwone paski, proszę cię, Helena, zabierz mi ją stąd. Wygrała Kangura matematycznego. Ja o nic więcej cię nigdy nie poproszę, tylko wywieź ją stąd, niech pomieszka z wami, jest taka cicha, będzie czytać, będzie wam sprzątać i chodzić do szkoły w Warszawie. Tego chłopca zabiło to miejsce, ja to wiem, ty to wiesz. Kraj podzielili na powiaty i co powiedzieli? Że nasz najbogatszy. Niech przyjadą na Rybakówkę i zobaczą, co tu się dzieje. Dzieci, co się pasą, a nie dorastają.
Oskarżam Polskę powiatową za to, że nie umie chronić i wychowywać swoich dzieci. Aga, przecież wiesz, że nie ma problemu. Zabierzemy Zosię.
W szkole powiedziałam Damianowi o tym, że ta cała historia o początkach pracy i ich istotności doprowadziła do mizerii i powolnego rozkładu dwóch pokoleń mojej rodziny. Doradziłam, żeby w żadne układy z tym przygłupim Przemkiem nie wchodził. Pazłotko – wyrzucił. Nokię – oddał. Damian uśmiechnął się, ale nic nie powiedział. Taki właśnie był. W ciszy myślał i w ciszy cierpiał, jakby nie chciał nikomu przeszkadzać swoimi problemami, jakby się bał zająć zbyt wiele miejsca.
A dzień przed przerwą świąteczną, w piątek, mróz jak nieszczęście, czekałam na niego przy trzepaku, naszym trzepaku, bo przecież zawsze chodziliśmy razem do szkoły. Czekałam więc na mojego ulubionego człowieka na świecie, żeby razem przejść przez małą kładkę, pole, dużą kładkę, minąć Polanę Małeckiego i wejść do szkoły. Ale Damian się nie stawił. Stałam na mrozie, przy tym trzepaku, z nieba zlatywał drobniutki, biały, zimny pyłek. Zadarłam nos, popatrzyłam w szare niebo i już wtedy czułam, że coś jest nie tak, czułam, jak mi ość, moje skostniałe ścięgno, rośnie w brzuchu i podchodzi powoli, aż po samo gardło i tam się
zatrzymuje. Wchodzę po schodach, ja i ze mną ta ość. Pierwsze piętro, drugie, trzecie, dzwonek, dzień dobry, czy Damian dziś źle się dziś czuje i nie idzie do szkoły? Dym papierosa, kroki, szczękanie starej podłogi, odgłos metalowej klamki. Długi krzyk, damski głos, męski głos, cisza.
Jedyne co, to wiesz, teraz Staszek zaczyna przygotowywać projekt, potrzebuje ciszy. Początek jest zawsze najtrudniejszy, bo to trzeba kwerendę przeprowadzić poważną, a Stasiek w gabinecie pracować nie lubi…
Najbardziej mnie boli to, że nikt się nie dowie, jak on pisał, jak on pięknie mówił i ile miał do powiedzenia. I boli mnie jeszcze to, że jak ktoś ma taki początek, jak Damian, jak mama, jak my tu, na Rybakówce, to może liczyć tylko bezbolesny środek i radosne zakończenie.
…potrwa to może z kilka miesięcy, te początki przy projektach są trudne zawsze, nie Stasiu? Potem, jak już ten projekt wypchnie, Zosia będzie mogła się wprowadzić…
Wkładam dłoń do zaróżowionej wody w wannie, przyklękam. Ryby są zdezorientowane, nie mają czym oddychać, ta woda je zabija, światło je męczy. Wolno się o siebie ocierają, dryfują. Czekają.
Obraz: Paul Klee „Fish Magic”
2025-12-31 08:50:42
Piękne i smutne opowiadanie, gratuluję wyróżnienia <3