Pierwsze zdanie

Autor: Paweł Marszałkowski
Blog2105Słowa
29 gru 2025
2 komentarze

Opowiadanie wyróżnione w konkursie na „Początek jest najważniejszą częścią pracy”.

Zszedłem na dół tylko po zapałki, a wróciłem po trzech godzinach, z kieszeniami pełnymi  śmieciowych historii, które ktoś musiał wyrzucić, żeby w głowie nie brzęczały. Pozbierałem je, bo  miałem do wykonania pracę. Pisanie to praca, jak każda inna. Niektórzy sądzą, że kaprys, ale ja na  przykład wolałbym ubijać kotlety albo czyścić kible. W kuchni czy łazience wiesz, co po kolei  zrobić. Bierzesz tłuczek albo szczotkę w łapę, rach-ciach i już, gotowe. Tu niby też wiesz, ale  potem siedzisz, patrzysz przed siebie i nie potrafisz. Nie wiesz, od czego zacząć. Więc wychodzisz  po zapałki.  

Zawsze bałem się początków. Zanim zaczniesz, możesz się łudzić. Kiedyś siedziałem w metrze w  zagranicznym mieście. Przede mną dziewczyna w beżowym płaszczu. Czytała magazyn o sztuce.  Niebieskie paznokcie, czerwone usta, czarne oczy. Jedna z tych najpiękniejszych na świecie.  Przepadłem. Zdarza się, nawet dość często, że spotykamy zupełnie obcych ludzi i od pierwszego  wejrzenia zaczynamy się nimi interesować. Tak było tym razem. Dwa tygodnie wcześniej  zapisałem w notesie noworoczne postanowienia, z których najważniejsze brzmiało: patrzeć ludziom  w oczy. Uparcie szukałem więc jej spojrzenia i przez tych kilka chwil wierzyłem, że zdarzyć się może wszystko. Nie spojrzała. Wysiadła z wagonu na peron, gdzie czekał na nią chłopak.  Pocałowała go w usta, a ja zacząłem rozglądać się za kolejnym początkiem, który nigdy się nie  wydarzy.  

Dopóki nie napiszesz pierwszego zdania, może ci się zdawać, że zostaniesz drugim Markiem  Hłaską. Później orientujesz się, że twoi rówieśnicy wydają właśnie trzecią książkę, a ty wciąż czekasz na pierwsze zdanie. Ale i tak łudzisz się, że kiedyś ich przegonisz. Dopóki nie napiszesz  pierwszego zdania, możesz się łudzić.  

Na klatce pachniało gotowaną kapustą, detergentem – tym samym co zawsze, co próbuje zakryć wszystkie zapachy życia, ale mu nie wychodzi – i smutkiem. Taki zapach dzieciństwa, tylko za  małolata nikt nie wiedział, że to smutek. Pani Bożena z trzeciego piętra znów stała w progu z  poduszką pod pachą. Zapytała, czy widziałem jej syna, bo wyszedł wczoraj, a już jest dziś. A ona  nie pamięta, czy miał wrócić, czy może właśnie miał nie wracać. Nie wiedziałem, co powiedzieć,  żeby jeszcze bardziej jej nie rozstroić, więc tylko pokręciłem głową i ruszyłem dalej, udając, że  jestem czymś pochłonięty. Ludzi pochłoniętych rzadziej zaczepiają.  

Na Jolkę nie zadziałało. Stała pod blokiem oparta o ścianę, jakby ta ściana miała ją ratować przed  upadkiem. Zresztą zawsze stała krzywo, może przez niedokręcone śruby w kolanach. Papierosa  miała przyklejonego do ust jak plaster. Gdy mnie zobaczyła, to tylko zmierzyła jednym okiem.  Drugie miała opuchnięte, bardziej od łez niż od pięści. Nie wiem, dlaczego tylko jedno.  – Kot mi zwiał – powiedziała od razu, nie pytając, jak leci. Bo po co pytać, to nie Ameryka. U nas na  osiedlu każdy wie, jak leci – chujowo, ale stabilnie. I tak dalej. 

– Ten bezzębny? – zapytałem, choć innego nie miała.  

– Ten – zaciągnęła się tak, że aż się jej żebra rozszerzyły. – Chciałam mu dać pasztetu, ale się odwrócił i wyskoczył przez okno.  

Powiedziała to takim tonem, jakby kot był ostatnim, co ją przy życiu trzymało. A teraz poszedł, bo  sam miał dość tego życia w kawalerce na parterze z zagrzybioną łazienką i przeciekającą rurą, którą co miesiąc łata inny hydraulik. Ja tym bardziej nie jestem od tego, żeby cokolwiek reperować, więc  

milczałem. Ja tylko zbieram, co się z ludzi wylewa. Wyplute resztki, ogryzki.  – Miałam dziś pójść do nowej roboty – mówiła dalej Jolka. – Miałam pójść do nowej roboty, ale nie  wstałam z łóżka. Budzik zadzwonił, a ja myślałam, że to kot wrócił i w kaloryfer drapie.  Ucieszyłam się. A jak się skapnęłam, że to jednak budzik, to poszłam spać dalej. Tylko sny mnie nie  zawodzą. Niczego innego zaczynać nie chcę. Początki są dla tych, co wierzą, że będzie lepiej, co  widzą jakiś sens. Ja już tylko na koniec czekam.  

Mogłem jej powiedzieć, żeby jednak spróbowała z tą robotą albo, że kot wróci, bo przecież koty  zawsze wracają, ale skąd mam wiedzieć, czy rzeczywiście wracają. Może ten Jolki leży gdzieś wprasowany w asfalt lub wybrał wolność albo inną nędzę, nie wiem. Poszedłem dalej.  – Jak zobaczysz tego huncwota, to powiedz mu, że wybaczam i niech wraca z tą swoją mordą –  rzuciła Jolka na odchodne, odpalając od kiepa kolejnego papierosa.  

Ruszyłem do sklepu. Mimo wszystko wciąż chodziło o zapałki. Na krawężniku przed wejściem  siedział chłopak z plecakiem większym niż on sam. Zapytał, czy dam mu kilka złotych, bo jedzie  do Szczecina zacząć nowe życie. Do Szczecina albo Lublina – jeszcze nie zdecydował, ale bilet  kupić trzeba, a to już poważniejsza sprawa niż sam pomysł. Dałem mu dychę – wszystko, co  miałem, z tym że poprosiłem, by wydał dwójkę. Zapałki tanie, ale nie za darmo. Miał wydać, zuch.  Sam z siebie zaczął opowiadać, dlaczego wyjeżdża. Miał dziewczynę, chciała zostać fotografką.  Postanowiła, że będzie robić zdjęcia rzeczy porzuconych: hulajnogi w szczerym polu, pluszowego  misia na przystanku, podeptanego szalika, psa bez obroży. Pewnego dnia zrobiła zdjęcie i jemu. A  potem odeszła bez słowa.  

– Zdarza się – skwitował. – Przez rok bolało mnie serce – bo to nie jest żadne drżenie, jak z romansu.  Bolało mnie serce i brzuch. A potem uznałem, że skupię się na czymś innym. Logopedię skończyłem, ale poszedłem do zwyczajnej pracy. Znaczy, wiesz, takiej co to się przy biurkach  siedzi i myje kubek o piętnastej piętnaście. Na dzień dobry dziewczyny z biura powiedziały mi, że  nie warto się starać, bo one tam tkwią od dziesięciu lat i tak, jak usiadły, tak siedzą. Wyżej nie  podskoczysz – mówiły. Ale starałem się. Po dwóch latach zostałem kierownikiem, a one dalej  siedziały na tych samych krzesłach przy tych samych biurkach. Ale wiesz co? Ta firma zajmowała  się grafiką. Znaczy projektowaliśmy różne napisy na koszulki, jakieś obrazki i inne takie. No a  teraz, wiadomo, każdy sam może to sobie zrobić w minutę, więc z czterdziestu osób zwolnili  trzydzieści. Mnie akurat chcieli zostawić, ale uznałem, że wystarczy, że chcę zacząć raz jeszcze,  tylko w Szczecinie. Albo Lublinie. Jak myślisz, gdzie lepiej? 

– A co chciałbyś robić? – zapytałem, nawet szczerze zaciekawiony. Polubiłem tego chłopaka, miał w  sobie coś dobrego.  

– Fryzjerem zostanę, to już postanowiłem. Do strzyżenia jeszcze potrzebny jest człowiek. I  porozmawiać można. Chyba w Lublinie lepiej – odpowiedział sam sobie. A ja chciałem, żeby miał rację i żeby mu wyszło.  

Kiwnąłem głową i wszedłem do środka. Do sklepu, który nie oślepiał zielonymi neonami. Takiego,  w którym parówkę i bułkę musisz kupić osobno. Ostatniego, co się ostał na osiedlu, a może i na  świecie. Pachniało starą wodą po ogórkach i cukrem pudrem. Pani Halina ze wszystkimi była na ty,  a raczej na „kochanieńki” i „kochanieńka”. Zazwyczaj opierała się biodrem o ladę i udawała, że nie  drzemie, ale nie tym razem. Schylała się przy regale ze słodyczami.  

– Tadek dziś umarł – odpowiedziała na moje „dzień dobry”, nie przerywając grzebania w kartonie. I  dobrze, bo gdyby na mnie spojrzała, dostrzegłaby na twarzy panikę wymalowaną jak czerwoną farbą. Co się mówi w takich momentach? Że ci przykro? Że tragedia? Pytać, jak to się stało, czy nie  pytać? Nie ma dobrego wyjścia w takiej sytuacji. I kiedy tak panikowałem, unieruchomiony gdzieś pomiędzy waflami w czekoladzie a gumami do żucia, Halina znów się odezwała.  – To się stało przed szóstą – jej głos zabrzmiał jak papier ścierny potarty o spód talerza. – Wyszedł z  psem, a pies wrócił sam. Sąsiadka znalazła go przy trzepaku. Myślała, że śpi.  

Wydobyłem z siebie coś między westchnieniem a chrząknięciem. Może to normalne, że ludzie nie  potrafią na takie rzeczy odpowiedzieć?  

– No i zostałam sama – mówiła dalej Halina, zupełnie niewzruszona. – Jak Tadek mi się oświadczał,  obiecał dwie rzeczy. Że nie będzie dnia, w którym bym się nie śmiała i że sklep otworzymy. Bo ja  zawsze marzyłam, żeby mieć swój sklep, on wiedział. I otworzyliśmy ten sklep, a ja dużo się śmiałam, codziennie się śmiałam. Słowa dotrzymał. Pierwszych klientów obsługiwaliśmy tego  dnia, co był zamach na naszego papieża. Ile to lat minęło, kochanieńki? Dużo, bardzo dużo. Radio  mieliśmy, to się zebrał tłum większy niż teraz pokazują na tych filmikach, co ludzie się tłuką o  jakieś suszarki czy gacie przecenione. Do nocy siedzieli. A potem, jak już zostaliśmy sami, to ja mu  obiecałam, że ten sklep pociągniemy aż do dnia, jak umrzemy. No to wychodzi, że dziś jest ten  dzień.  

Teraz widziałem już, po co Halinie ten karton potrzebny. Pakowała do niego czekolady, batony,  ciastka, wszystko jak leci. Nie przerwała ani na moment.  

– Dobre mieliśmy życie. I wystarczy. Ale jeszcze ci sprzedam, co tam potrzebujesz. Co  potrzebujesz?  

– Tylko po zapałki przyszedłem.  

– A co będziesz palił? Znicze to za szybko, nieboszczyka jeszcze pochować nie zdążyłam, najpierw  sklep – parsknęła niemrawo i ruszyła za ladę. Sięgnęła po pudełko, kasy nie chciała. 

Jak wyszedłem, chłopaka z plecakiem już nie było. Przez głowę przeszło mi nagle, że coś tam nie  zagrało. Bo po co mu były pieniądze, kilka złotych na bilet, skoro za kierownika robił w jakiejś poważnej firmie. Ale czy to ważne? Raczej nie. Ważniejsze rzeczy grzechotały mi w głowie.  Musiałem je rozchodzić, mimo że był listopad, ten gnilny miesiąc, kiedy człowiek robi się miękki,  jakby mu ktoś wyjął kościec i zostawił samą powłokę. Z ciężką głową i wypchanymi kieszeniami  niełatwo przemierzać listopadową szarość, ale musiałem.  

– Mówisz po polsku? – usłyszałem zza pleców, kiedy mijałem przystanek. Stało tam dwóch gości –  takich od roboty, ale nie wiadomo, jakiej dokładnie. Takiej, co się busami do niej zwozi facetów o  piątej nad ranem. Przytaknąłem. – Co za szczęście! Bo tu sami Ukraińcy dookoła. Spotkać Polaka  cud prawdziwy. Poratujesz złotóweczką?  

– Nie mam – skłamałem, bo w sekundę zdążyli mi zbrzydnąć tą gadką.  

– A szluga chociaż masz? – zapytał drugi.  

– Też nie mam – tu akurat zgodnie z prawdą powiedziałem. Tylko ogień. Ale im bez szluga i tak  niepotrzebny. Kolejnych pytań słuchać nie chciałem. Ruszyłem dziarsko w kierunku bloku, póki  wciąż coś się we mnie tliło.  

Kiedy wchodziłem do klatki, Jolki już nie było. Kota też nie zauważyłem. Jedynie ślady po petach  na tynku, które wyglądały jak pieprzyki na pomarszczonych plecach trupa. I znów detergent. I  przesiąknięta smutkiem pani Bożena na trzecim piętrze. Wszedłem do mieszkania, buty  szmyrgnąłem w kąt za wieszakiem i usiadłem przy biurku. Krzesło jęknęło, jakby dość miało tych  moich powrotów bez sensu. Notes leżał otwarty obok kubka z zimną kawą. Od siedmiu lat piłem  kawę z jednego kubka. Dostałem go na urodziny w dniu, kiedy zniknęła po raz drugi. Potem znów  wróciła i zniknęła raz jeszcze, nieważne. Nawet nie wiem, dlaczego o tym piszę. Notes. Pusty. Biel  kartki okrutna. Za każdym razem przypominała o tym, kim jestem – pisarzem bez książki,  męczennikiem pierwszego zdania. Miałem czterdzieści trzy lata i jedną obsesję. Spojrzałem na  półkę pełną notesów takich jak ten na biurku. Notesów pełnych pokreślonych pierwszych zdań,  które nie doczekały się kolejnych.  

Miała osiemnaście lat i była najpiękniejszą dziewczyną na świecie.  

Wielka miłość zdarza się w życiu tylko raz.  

Lubiła białe kwiaty, lody o smaku mango i Audrey Hepburn.  

Wszystko zaczęło się od kłamstwa, w które nikt nie chciał uwierzyć.  

Najpierw kupił notes, potem umarł David Bowie, a trzy dni później zobaczył dziewczynę w żółtej  czapce. 

Obudziłem się pewnego dnia z przekonaniem, że jestem kimś innym.  

Pamiętał każdego papierosa, którego z nią wypalił.  

Miałem wtedy dziewiętnaście lat i nie wierzyłem w nic.  

Nadal o niej śnił – często, lecz nie zawsze.  

Na początku było słowo.  

Znałem te zdania na pamięć, ale już dawno zaczęły mi się mieszać. Nie pamiętałem, które były  moje, które cudze. Sięgnąłem do kurtki po zapałki. Stuknąłem w pudełko i wyjąłem jedną.  Położyłem na pustej kartce, jak wskazówkę, choć już nie potrzebowałem cudów. Za ścianą sąsiad  słuchał radia. Leciały stare piosenki – takie co je każdy zna, choć nikt się nie przyznaje. Pochowane  po kieszeniach historie podskakiwały w rytm, jakby chciały się wydostać, poszukać kogoś lepszego, kto je spisze, ale oddawać ich nie zamierzałem. Rozłożyłem je pod palcami jak kapsle,  które kiedyś zbierałem, nie wiem po co, i sięgnąłem po długopis. Jak nie wiadomo od czego zacząć,  to najlepiej od początku.  

Zszedłem na dół tylko po zapałki, a wróciłem po trzech godzinach, z kieszeniami pełnymi  śmieciowych historii, które ktoś musiał wyrzucić, żeby w głowie nie brzęczały.

2 komentarze
Alcybiades
2026-01-03 20:48:10

Absolutnie zachwycający styl, gratuluję autorowi i zazdroszczę wielkiego talentu

Anja
2026-01-03 14:24:37

Świetne, zasłużenie nagrodzone! Dawno nie przeczytałam czegoś tak dobrego.

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *