Po sezonie

Autor: Ala Budzyńska
Blog1870Słowa
12 lis 2024
Brak komentarzy

Mekka polskich turystów w początkach XXI wieku. Znów tu pielgrzymujemy, jak wtedy. Kamieniste plaże, długie wybrzeże przypominające leżącego jamnika, kuny i lipy, język dający poczucie, że jesteś prawie u siebie albo przynajmniej u dawno niewidzianej rodziny. Czyj to był pomysł, żeby dokonać rekonstrukcji historycznej wakacji sprzed dwudziestu lat? Aby dobrze przygotować się do odtwarzania wydarzeń sprzed dwóch dekad, obejrzałam przed wyjazdem nasze zdjęcia – zrobione jeszcze aparatem analogowym, z archaiczną pieczołowitością wywołane i skatalogowane w albumie z okładką w kaczki pływające w kołach ratunkowych. Każde zdjęcie podpisane było nie tylko datą wykonania, ale też godziną – co było o tyle bezsensowne, że na zdjęciach w prawym dolnym rogu umieszczona była ta informacja kanciastymi żółtymi cyframi. Oprócz tego opis zawierał bardzo dokładne miejsce wykonania fotografii, często z nazwą ulicy i numerem domu oraz temperaturę powietrza, a jeśli na zdjęciu było morze, także wody.   

Niby więc wiedziałam, na co się szykować. Ale gdy znaleźliśmy się na wielkim polu namiotowym z kilkoma kikutami drzew i ze spalonym słońcem, piaszczystym podłożem, z którego namiotowe śledzie bezkarnie wypełzały z ziemi, poczułam się, jakbym została wycięta z mojego codziennego życia i wklejona w jedno ze zdjęć z albumu. Nie byłam na wakacjach z rodzicami od co najmniej piętnastu lat.  

Zanim zaczęliśmy rozstawiać namiot długo wybieraliśmy odpowiednie miejsce. Należało wziąć pod uwagę, z której strony będzie wschodziło słońce, a z której będzie wiać od morza. Później doszły do tego kwestie związane z sąsiedztwem – stanowczo odpadała bliskość kamperów, bo ich mieszkańcy mają tendencję do słuchania głośno muzyki lub oglądania wszystkiego, co leci w małych kwadratowych telewizorach. Rodzice przeoczyli chyba, że od czasu naszego ostatniego pobytu na tego typu campingu, z przyczep i kamperów zniknęły anteny satelitarne, a z plastikowych chybotliwych stolików boomboxy na kasety i płyty CD. 

Następnie należało rozejrzeć się po okolicznej infrastrukturze. Sąsiedztwo toalety mogłoby wydawać się atrakcyjne w pierwszym odruchu, ale groziło przecież tym, że nasz namiot znalazłby się na ruchliwym szlaku komunikacyjnym. Wtedy bylibyśmy narażeni na zasypianie i budzenie się przy akompaniamencie rytmicznego klapania klapków japonek o bose stopy. 

Wreszcie po wbiciu ostatniego śledzia, tata zaproponował pójście na kolację do miasteczka. 

– Weź coś ciepłego, bo może zrobić się wieczorem zimno – to mama zaczęła lustrować mój ubiór, zanim ruszyliśmy – I zmień koniecznie te buty, żeby było ci wygodniej. Tam na pewno jest chodnik z krzywej kostki. Żebyś nie skręciła znów nogi!

Przewiązałam posłusznie bluzę przez biodra, zmieniłam sandały na adidasy. Ruszyłam za rodzicami, którzy szli powoli, trzymając się pod ręce i coś szeptali między sobą. Chyba się udało, znów miałam najwyżej dziesięć lat. 

Wybór restauracji stanowił wyzwanie nie mniejsze od wyboru miejsca na namiot. Rodzice przyglądali się stabilności krzeseł, odległości stolików od siebie. Sprawdzali, czy sztućce podane są z serwetką. 

– Czy ryby, które podajecie, mają dużo ości? – zaczął ojciec po angielsku, gdy podszedł do nas kelner z lekkim zezem, pytając, czy już wybraliśmy. Spokój na twarzy kelnera był oznaką jego doświadczenia – nie z takimi klientami miał już do czynienia. 

– Mają ości, nie podajemy filetów. 

– A mule – weszła mu w słowo mama – czy są na pewno świeże?

Kelner nie dawał się tak łatwo wyprowadzić z równowagi. Leniwie odgonił muchę sprzed twarzy i beznamiętnie zaczął opowiadać, jak świeże mają mule. Mówił tak przekonująco, że byłabym w stanie uwierzyć, że mule jeszcze nawet nie wprowadziły się do swoich muszelek, tak bardzo są świeże. Na mamie nie robiło to jednak wrażenia: 

– Wie pan, jak to jest. Wszyscy tak mówią! A potem okazuje się, że są wczorajsze, bo po sezonie i się nie sprzedały. Ja rozumiem, co mają mówić kelnerzy, to nie wasza wina. Ale warto chyba zachować uczciwość w stosunku do klientów. Przyjechaliśmy tu przecież po to, żeby jeść lokalnie i świeżo. Nie będziemy w końcu zamawiać jakiegoś wiener schnitzla

Zaśmiała się i bacznie spojrzała, czy kelner podchwycił jej żart. Zaczęłam również szukać jego wzroku. Chciałam spojrzeniem zakomunikować mu w języku esperanto „wie pan, jak to jest z rodzicami”. On jednak zaczął patrzeć na nas z coraz mniejszym zrozumieniem. Byłam częścią tego jednolitego rodzinnego tworu wyposażonego jedynie w żołądki i portfele. Kelner wyraźnie nie widział mojej odrębności od rodziców i ich kulinarnych dociekań.

Przypomniałam sobie, jak po raz pierwszy próbowałam w podobny sposób nawiązać wzrokiem porozumienie. Siedzieliśmy na plaży w tej samej miejscowości, w której byliśmy teraz, okopani w naszej wypoczynkowej fortecy. Rodzice najpierw usypywali z kamieni wały, później wbijali w nie parawan, chociaż nie wiało tak jak nad Bałtykiem. Pod wielkim parasolem ustawiali kosz z jedzeniem, przenośną lodówkę, apteczkę, krzesełka wędkarskie, stolik. Na stoliku zawsze w pogotowiu czekały krótkofalówki, pieszczotliwie nazywane przez rodziców łokitoczkami. Pozwalały na szybkie porozumienie się bez potrzeby opłacania horrendalnego roamingu w sytuacji zagrożenia. Czy chodziło o zagrożenie związane ze skończeniem się kremu z filtrem, czy powrót konfliktu bałkańskiego – nadal nie wiem. 

Próbowałam przyciągnąć spojrzenie dziewczynki na kocu obok. Zakomunikować jej, że, wbrew wszelkim pozorom, jestem taka jak ona. Też czasem nierozsądnie zdejmuję czapkę na plaży lub wchodzę do wody bez koła ratunkowego. Nie miałam jednak poczucia, żeby mi uwierzyła. A może wszystko świadczyło na moją niekorzyść.  

Przyszła w końcu kolej na moje zamówienie. Chciałam wziąć sałatkę z owocami morza. Zanim się zorientowałam, zasypałam kelnera pytaniami o to, czy to nie będzie głównie sałata z kilkoma smutnymi, małymi krewetkami, czy na pewno się tym najem, czy to może być danie główne. Te pytania, pozostawione bez odpowiedzi, nie dałyby mi spokoju do czasu otrzymania zamówienia. Nie dałyby też spokoju moim rodzicom.

Obraz: Joaquín Sorolla y Bastida „Rompeolas de San Sebastián”

Brak komentarzy

Zostaw swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *