Pogoda dla szczęściarzy: Co za sen
Szarpał się jak ptak na uwięzi. Krzyczał. Wyrwał się z potrzasku i padł twarzą na szybę. Zabolało. Otworzył oczy i niezbyt wyraźnie zobaczył nad sobą zagniewaną twarz mamy. Policzkowała go. Za każdym uderzeniem wylewało się trochę herbaty z garnuszka, który trzymała w lewej ręce. Jej policzki, aż po skronie czerwone, świadczyły o maksymalnym wzburzeniu. Na twarzy Matyjowej rzadko witał nawet blady rumieniec.
— Co się z tobą dzieje?! Wrzeszczysz przez sen! Opętał cię diabeł czy co?!
Piotrek czuł w głowie piekielny ból. Mogła to być sprawka diabła, ale nie był tego całkiem pewny, więc powiedział:
— Diabeł albo co.
Mama wpadła w furię i garnuszek z herbatą wylądował na podłodze. Piotrkowi przemknęła myśl, że ma szczęście. Równie dobrze mógł trafić w niego. Nie byłoby to zresztą po raz pierwszy. Mama już tak miała, że rzucała wszystkim, co miała pod ręką, gdy naszła ją gorączka, a nachodziła ją dość często.
— Ty mi się tu nie wymądrzaj! Już raz połamałam na tobie miotłę, mogę zrobić to jeszcze raz, chociaż jesteś już starym koniem. Spiłeś się jak świnia! A nawet gorzej! Obudziłam się w środku nocy i słyszę jakieś dziwne odgłosy z dołu. Myślałam, że to złodzieje, albo coś gorszego. Obudziłam tatę i zeszliśmy razem do piwnicy. Ja z latarką a tata z młotkiem. I co zobaczyliśmy? Ciebie! Na ziemniakach! Masz szczęście, że tata trzymał młotek a nie ja… Zawlekliśmy ciebie do twojego pokoju. Coś bełkotałeś. Zdaje się, że o szczęściu! Jaka ja jestem nieszczęśliwa! Mój jedyny syn stał się pijakiem. Widział cię ktoś? – spytała szeptem, jakby się bała, że ktoś ją usłyszy. Piotrek potarł brodę. Zawsze tak robił, gdy myślał intensywnie. Otworzył usta, ale tylko zakaszlał. Mama westchnęła. – A wiesz ty przynajmniej jaki dzisiaj dzień?
Piotrek przełknął ślinę, jakby kamień połknął i wybełkotał:
— Sobota?
— Ślub Magdy i Jacka, gałganie! A ty jesteś pijany. Dam ci wody z kiszonych ogórków. Pomoże. Złaź z tego barłogu i doprowadź się do porządku.
Mama wyszła z pokoju, a Piotrek przysłuchiwał się temu, co mama mówi. Mówiła do siebie często, a właściwie to nałogowo. Szczególnie gdy była czymś wzburzona prowadziła ze sobą zaciekłe debaty. Zdarzało jej się to wszędzie, nawet na ulicy. Wtedy można było dowiedzieć się, co Marysia myśli o rozmaitych ludziach. Kiedy głośno rozprawiała ze sobą, oznaczało to, że myśli źle, tym razem o własnym synu.
Syn uniósł głowę i spojrzał na siebie. Leżał na swoim łóżku bez butów, lecz w ubraniu. Spodnie miał zmięte, a wszystko zabrudzone ziemią. Spojrzał w okno i ostry ból głowy powalił go na poduszkę. Zacisnął zęby i stękając zwlókł się z łóżka. Otworzył szafę, w której na drzwiach przyklejone było lustro. Boże, jak ja wyglądam, jęknął, jak stary chłop. Wyjątkowo jasne, niemal białe włosy, zawsze dodawały mu lat, lecz tym razem jego niebieskie oczy, od urodzenia zbyt małe, były prawie niewidoczne nad sinymi, pękatymi balkonami. Ze zgrozą dostrzegł zmarszczki na swojej twarzy. Zszedł do kuchni, gdzie mama i tata zamilkli na jego widok. Nie chcieli mówić o nim przy nim. Udał, że nic sobie z tego nie robi. Chętnie trzymałby się z dala od nich, ale tylko w kuchni był kran z wodą wyprowadzony z instalacji sąsiedniego mieszkania. Brat mamy, który tam mieszkał ze swoją rodziną, uważał, że w ten sposób wyrównał nierówny podział spadku po rodzicach.
Mama bez słowa podała Piotrkowi metalowy garnuszek. Posłusznie wypił wodę z ogórków i z miednicą w rękach poszedł umyć się do komórki pod schodami, nazwanej przez tatę łazienką, znacznie na wyrost. Jedynym łazienkowym atrybutem tego pomieszczenia było to, że przeznaczono je do mycia się bez świadków. Nie było w nim żadnego kranu, wanny, czy też ogrzewania, co w zimie wyłączało komórkę z pierwotnego przeznaczenia i zamieniało w magazyn rzeczy zbędnych. Była za to odrapana szafka, na której można było postawić miednicę, a na ścianie ubite lustro. Namydlił się, spłukał mydliny, wytarł ręcznikiem i na więcej nie miał już sił. Jak mogłem doprowadzić się do takiego stanu, głowa mi pęka, mamrotał, pocierając skronie.
Opadł na ławkę i wytężył pamięć, by przypomnieć sobie wydarzenia z poprzedniego dnia. Pamiętał, że kupił butelkę Żytniówki, ale nie mógł sobie przypomnieć, dlaczego to zrobił, skoro w ogóle nie pije alkoholu. No tak, to z powodu Jacka i Magdy. Jak mogli mu to zrobić? Właściwie to mogli. Dlaczego by nie? On też mógł, ale mu to nie przyszło na myśl. Będą bawili się w małżeństwo, a jego wystawią na zewnątrz. Gdy to powiedział Magdzie, zapewniła go, że zawsze będzie przyjacielem rodziny. Przyjaciel rodziny! Dobre sobie. Wcale nie chciał być przyjacielem rodziny, a zwłaszcza takiej! Poszedł nad Żylicę i zrobiło mu się strasznie siebie żal. To była ich rzeka. Od dzieciństwa spędzali nad nią każdą wolną chwilę. Budowali zapory i łowili ryby gołymi rękami. Później ryby zniknęły. Mówiono, że to przez garbarnię. Właśnie nad tą górską rzeką, w pierwszy dzień wakacji po skończonej podstawówce, przysięgli sobie, że do końca życia pozostaną przyjaciółmi, choćby nie wiadomo co. Chciał, by tak było zawsze i w tajemnicy przed domownikami przychodzić do każdego z nich o każdej porze dnia i nocy. Siadł na ławie z kamieni, którą kiedyś razem zbudowali i utkwił wzrok w nurcie rzeki. Liczył, ile razy woda zmienia kolor. Doliczył się szóstego razu, a potem nie było już nic. Padł na trawę i zasnął. Śniło mu się, że poszedł do remizy rozmówić się z Jackiem. Widział go jak obiera ziemniaki zupełnie sam. Absurdalny sen! Co alkohol robi z mózgiem człowieka, powiedział, energicznie wycierając się szorstkim ręcznikiem. Tak głośno powtarzał „nigdy więcej”, że usłyszała to mama w kuchni.
— Dzięki Bogu! Jest nadzieja – powiedziała.
*
Piotrek czekał na samochód, który pan Zaremba obiecał wysłać po niego. Dlaczego się spóźnia? Przecież ma być świadkiem w Urzędzie Stanu Cywilnego i w kościele. Rodzice również byli zaproszeni na ślub, ale mieli jeszcze sporo czasu, bo jak większość gości wybierali się tylko na kościelny ślub. Nie mógł usiedzieć na miejscu, więc poszedł do Jacka. Gdzie się wszyscy podziali, spytał półgłosem, gdy dotarł do domu Zarembów. Wzdrygnął się. Uświadomił sobie, że coraz bardziej przypomina mamę z tym gadaniem do siebie. Spojrzał na zegarek. Do ślubu w Urzędzie było jeszcze ponad pół godziny. Zadzwonił do drzwi. Cisza. Zadzwonił jeszcze raz. Cisza. Widocznie wszyscy już pojechali. Później to wyjaśni, dlaczego zapomnieli o nim. Nie miał chwili do stracenia. Do Urzędu Stanu Cywilnego było prawie dwa kilometry. Otwierał już furtkę, gdy usłyszał pytanie:
— Dokąd tak pędzisz?
— Na ślub – odpowiedział automatycznie i odwrócił się. Oniemiał. – Jacek?! Jak ty wyglądasz?! – Pan młody miał na sobie poplamione, robocze ubranie, które było raczej niestosownym odzieniem na ślubną uroczystość. – Spóźnisz się na własny ślub!
— Martwi cię to? Zadziwiasz mnie! Nie ma obawy. Nie spóźnię się.
— Jak to? – Piotrek wymownie spojrzał na zegarek.
— Tak to. Czy można spóźnić się na coś czego nie będzie?
— Jak to?
— Nie masz innych pytań?! Zacięła ci się płyta?! Nie będzie ślubu. Za to może być pogrzeb.
— Pogrzeb?!
Jacek westchnął.
— Zachowujesz się, jakbyś nadal był pijany. Tak, pogrzeb mojego ojca. Dziś rano zabrała go karetka. Wyglądało to źle, nawet bardzo źle. Chyba udar. Czekam na jakąś wiadomość od mamy. Też jest w szpitalu i próbuje dowiedzieć się czegoś od lekarzy.
Przyjaciele przyglądali się sobie nawzajem. Każdy z nich miał ochotę coś powiedzieć, ale każdego coś powstrzymywało. Milczenie przerwał Piotrek:
— Może nie jest tak źle. Myślmy pozytywnie… – Potarł brodę i powiedział: – Teraz jest już wszystko jasne.
— Jasna cholera! Co jest jasne?
— Miałem straszny sen tej nocy. Nie opowiem ci go, bo gdy o nim pomyślę, dostaję gęsiej skórki. Głowiłem się nad tym, co to może znaczyć… Teraz rozumiem. To z powodu twojego taty.
— Racja – przyznał Jacek. – To wszystko z powodu mojego ojca. Wszystko przez niego.
Piotrek kiwnął głową ze zrozumieniem
— Nie wiem jak bym się zachował na twoim miejscu, ale przecież nie możesz obwiniać tatę, że zachorował.
— Właśnie, że mogę! A ty… Ty nigdy nie będziesz na moim miejscu!
Piotrek pomyślał, że z tym miejscem, to wcale nie jest takie pewne, ale nic nie powiedział. Przyjaciel musi od czasu do czasu wysłuchać tego, czego nie chce słuchać. Widział, słyszał i czuł, że Jacek przechodzi męki. Mówił więcej niż myślał. Z takim lepiej nie dyskutować. Trzeba milczeć. Odejść bez słowa byłoby jednak głupio, więc powiedział:
— Rozumiem, że ci jest żal…
— Naprawdę to rozumiesz? Jesteś w lepszej sytuacji niż ja. Od wczoraj już nic nie rozumiem. Tyle wszystkiego na nic. A najbardziej żal mi… ziemniaków.
— Czego?!
Jacek uśmiechnął się. To był wymuszony uśmiech.
— Naprawdę nic nie pamiętasz?
— Dlaczego tak dziwnie do mnie mówisz? Naprawdę nie mam nic przeciwko temu, że bierzecie ze sobą ślub! – Piotrek czuł, że się rumieni i zbierało mu się na płacz. Jako dziecko był płaczliwy. Liczył na to, że dawno z tego wyrósł. Wyraźnie się przeliczył.
Jacek wbił w niego wzrok, jakby chciał dowiercić się do umysłu przyjaciela. Nie był pewny, czy nadal powinien tak go nazywać.
— Czyżby? To dlaczego o tym mówisz? Pytałem cię o to?
— Ale tak się zachowujesz, jakbyś właśnie o to pytał! Przestań! Płakać mi się chce. Przecież jesteśmy przyjaciółmi! Na dobre i na złe. Przysięgliśmy to sobie kiedyś nad Żylicą: ty, Magda i ja. Ja to pamiętam. A ty?!
Jacek machnął ręką i wchodząc do domu, powiedział:
— Każdy pamięta to co chce. Zajrzyj do remizy. Nie wolno marnować jedzenia.
*
Piotrek przyniósł do domu siatkę wypełnioną jedzeniem. Mama zasypała syna pytaniami, równocześnie wykładając na stół kotlety, wędliny i ciasta. Była zachwycona tym co widziała, wąchała i pieszczotliwie dotykała. Jednak zupełnie nie zadowalało ją to, co słyszała od syna.
— Z powodu szpitala odłożyli ślub na później? Na kiedy?
— Jak mogę wiedzieć, skoro nawet narzeczony tego nie wie? – odpowiedział rozdrażniony Piotrek, bo w remizie uświadomił sobie, że Jacek wiedział o jego pijaństwie. Kto mu powiedział? A może go widział? Ale gdzie? Przecież nie we śnie! A jeśli to nie był sen?
— Nie wie, nie wie. Ty mi tu nie pyskuj! Czuję, że to się wszystko rozleci. Widzę tu palec Opatrzności. Zawiłowej to małżeństwo całkiem się nie podoba. Pytałam, co ma do niego? Przecież jest bogaty, grzeczny i nawet przystojny. Powiedziała, że właśnie dlatego. Mnie by to nie przeszkadzało, ale ludzie są dziwni. Może boi się tego gadania, że jej wnuczka poleciała na majątek. Ona by tego nie zniosła. A może boi się tego, że Jacek za bardzo podoba się babom? Najładniejszy chłopiec we wsi, bez dwóch zdań. Zawsze mówiłam, że mąż powinien być ładniejszy tylko od diabła i nie za bardzo.
— Pierwsze słyszę – wtrącił się do rozmowy Matyja, który wydawał się pogrążony w lekturze ostatniej strony „Trybuny Robotniczej”. Kupował ją w każdą sobotę dla kolejnego odcinka „Z teki Alfreda Hitchcocka” oraz programu telewizyjnego, chociaż mieli tylko jeden program. Codziennie siadał przed telewizorem o 19.20, bo lubił oglądać bajki na dobranoc. Twierdził jednak, że ogląda je, by wiedzieć co dzieci oglądają, chociaż w domu nie był ani jednego dziecka. Po bajce oglądał wszystko jak leciało. – To dlatego za mnie wyszłaś?
— Antek, przestań! – jęknęła zakłopotana Matyjowa, wzrokiem szukając pomocy u córki, Joli, która weszła do kuchni w chwili, gdy mama wypowiadała się na temat męskiej urody. Jola, gdyby urodziła się chłopcem, byłaby całkiem przystojnym przedstawicielem rodzaju męskiego, w dodatku niezłym piłkarzem. Pomimo braku męskich atrybutów, namiętnie grała w piłkę nożną, dzięki czemu dorobiła się przezwiska Trampek. Mimo piłkarskich upodobań, niewątpliwie była dziewczyną i podobieństwo do taty nie dodawało jej wdzięku. Wiedziała o tym i żartowała z tego, lecz innym na takie żarty nie pozwalała
— Dlatego tak wyglądam – stwierdziła, psując humor ojcu. – Ale nie martw się tatku! I tak cię kocham. – Objęła tatę za szyję i przytuliła swój policzek do jego. Zasępiona twarz ojca rozpromieniła się. Córka była jego ulubienicą i wszyscy o tym wiedzieli. Matka ostentacyjnie rzuciła kiełbasę na stół i wyszła z kuchni na podwórko. Jola tylko na to czekała i zwróciła się do brata: – Pająk, chodź ze mną. – Tak nazwano Piotrka, gdy był jeszcze w podstawówce. W upalny, letni dzień dał się namówić kolegom na kradzież wyjątkowo dorodnych czereśni w ogrodzie sąsiadującym ze szkolnym boiskiem. Gdy właściciel sadu zaczął rzucać w nich kamieniami, rzucili się do ucieczki. Najbardziej spektakularnie robił to Piotrek, przeskakując z gałęzi na gałąź. Z daleka, za sprawą zbyt długich ramion, przypominał pająka. Właśnie tak został Pająkiem.
— A gdzie chcesz iść?
— Do „Eleganta”.– Tak nazwano sklep wielobranżowy, który nie miał nic wspólnego z elegancją. – Podobno mają rzucić trochę butów zimowych.
— Przecież jest dopiero lato! Mam buty, ty zresztą też. Kupiliśmy je pod koniec ubiegłej zimy. Po co mi nowe, kiedy w tamtych jeszcze nie chodziłem?
— Głupi! Jak to po co? Na handel. Ile razy mam ci powtarzać, że lepsze deko handlu niż kilo roboty?
*
Kolejka przed „Elegantem”, chociaż był już zamknięty i tak miało pozostać do poniedziałkowego poranka, wiła się na kilkadziesiąt metrów. Na półkach nie było widać ani jednej pary butów, ale wszyscy wiedzieli, że po zamknięciu sklepu mają przywieźć towar. Ekspedientki zapewniały, że nie mają pojęcia, ile par butów tym razem przydzielą ich sklepowi, ale nikt im nie wierzył. Panowało powszechne przekonanie, że część butów, tych najlepszych, zachowają dla siebie i wymienią w innych sklepach na to, co najbardziej było im potrzebne. Wiadomo było, że kierowniczka „Eleganta” potrzebowała nowego telewizora, bo w starym spalił się kineskop
Piotrek z Jolą stanęli na końcu kolejki. Zamilkli, gdy usłyszeli rozmowę kobiet stojących tuż przed nimi:
— Tak się wynosił, a nie będzie go nawet na weselu własnego syna. Kara boska, mówię ci.
— Też tak myślę! Młyny boskie mielą powoli, ale dokumentnie. Ten jego synalek wcale nie jest od niego lepszy. Widziałaś, jak wysoko nosi głowę? A ta jego Magda od Zawiłów ma się za piękność. Mnie się wcale nie podoba. Miała dwóch absztyfikantów, ale od początku wiedziałam, którego wybierze.
Wybuchły śmiechem. Jedna z nich obejrzała się za siebie i zamarła na widok Piotrka. Złapała swoją koleżankę za rękę i szepnęła jej coś do ucha. Zamilkły. Wtedy można było usłyszeć inne głosy z różnych części meandrycznej kolejki.
— W jaki sposób Kubicowa dom swój zbudowała? Przecież nigdzie nie kupisz cegły ani cementu. A farby, rury, umywalki? Ostatnio coś takiego ostatnio widziałem w telewizorze. No jak myślicie, za co? – pytał czerwonolicy mężczyzna z wydatnym brzuchem.
— Za buty! – chórem odpowiedziały kobiety z innej części kolejki.
— Co z tego, że portmonetka nie domyka mi się, tyle w nich papierków, które nazywają pieniędzmi, jak nic za to nie mogę kupić?! – żaliła się młoda kobieta przestępując z nogi na nogę.
— Moja się domyka – wtrąciła korpulentna kobietka, zajmująca miejsce w tyle kolejki – Może się zamienimy?
Pytanie, choć nie wiadomo, czy dotyczyło portmonetki czy miejsca w kolejce, wywołało śmiech. Ludzie chciwie łapali każdą okazję, byle tylko zabić nudę oczekiwania, które mogło się zakończyć rozczarowaniem. Bywały już takie dni, że na cały sklep przywieziono tylko kilkanaście par butów, tyle co nic. Właścicielka niedomykającej się portmonetki, cała w pąsach, z trudem zachowała spokój.
— Wolałabym mieć mniej pieniędzy i móc kupić w sklepie to co mi jest akurat potrzebne, tak jak na Zachodzie.
— A była kiedy na Zachodzie? – korpulentna pani, wyczuwając poparcie kolejkowiczów, podniosła głos, by wszyscy dobrze ją słyszeli. – Kiedyś może być tak, że wszystko będzie w sklepach, ale na nic nie będzie nas stać. Mam brata w Ameryce. Kiedy mnie odwiedził, to powiedział, że Ameryka jest tutaj.
— Tak powiedział?! – oburzył się czerwonolicy mężczyzna z brzuchem jak piłka. Stał tuż przed wejściem do sklepu. – A kiedy tu był?
— A czy ja to zapisuję? Jakieś pięć lat temu.
— Czyli za Gierka. Wtedy to rzeczywiście była tutaj Ameryka. Czy się stoi czy się leży, tysiąc pięćset się należy. Tak było. A jak teraz jest? – spytał retorycznie.
Zabawa się skończyła, gdyż powstała wrzawa. Jola szturchnęła Piotrka łokciem:
— Spójrz! Wygląda jak siedem nieszczęść. – Drogą szła Magda. Widać było, że płakała i to całkiem niedawno
— Dziwisz się? Jak można wyglądać w dniu własnego wesela, którego nie było? Pogadam z nią.
— Zostań! – syknęła Jola. – Ludzie już gadają. Nie słyszałeś? Nie gaś ognia benzyną. Ja z nią pogadam. Zaraz wrócę. A ty pilnuj kolejki! – Rozkazała i pobiegła za Magdą. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, gdyż przyjaźniły się, odkąd razem tańczyły w zespole folklorystycznym „Beskidy”. Joli szybko znudziły się ludowe tańce, ale przyjaźń z Magdą przetrwała. Ostatnio handlowały sukienkami, które same szyły z farbowanych pieluch. Nie mogły nadążyć z zamówieniami, bo brakowało pieluch, zresztą jak wszystkiego.
Czerwonolicy mężczyzna z brzuchem jak piłka zaczął sporządzać listę kolejkowiczów. Lista wydłużyła się do siedmiu stron. Ogłoszono, że będzie odczytywana co dwie godziny. Jeśli ktoś się wtedy nie zgłosi, zostanie skreślony. Procedura miała trwać do ponownego otwarcia sklepu. Piotrek wpisał siebie i rozglądał się za siostrą, by zrobiła to samo. Na próżno. Dziwne. Do tej pory nie przepuściła żadnej okazji, by zdobyć coś cennego, zwykle na handel. Umiała to robić.
*
Piotrek zbierał się do wyjścia, by stawić się na odczytywanie listy, gdy weszła Jola. Mieli wspólny pokój od dzieciństwa, czyli od czasu, gdy tata dobudował go z pustaków, które jakimś sposobem udało mu się zdobyć.
— Gdzie się podziewałaś? Nie ma cię na liście, więc tylko ja będę miał buty – zauważył z satysfakcją.
— Daj mi spokój. Nie samymi butami żyje człowiek. Miałam straszny dzień. Jestem wykończona.
Piotrek odszedł bez słowa, utwierdzony w przekonaniu, że dziewczyna mimo wszystko jest innym gatunkiem człowieka. Kiedy wrócił, nastawił budzik na pół do trzeciej i położył się w ubraniu na łóżku.
— Muszę ci coś powiedzieć – odezwała się Jola.
— Myślałem, że śpisz.
– Musisz mi coś przyrzec. Nie! Musisz mi przysiąc, że nikomu, absolutnie nikomu o tym nie powiesz.
Piotrek nie miał ochoty na rozmowę. Chciał spać, więc trzeba było zniechęcić siostrę.
— Jeśli mi nie ufasz, to nie mów.
— Ale muszę to komuś powiedzieć, bo nie wytrzymam. Przysięgnij!
— Niech będzie – zgodził się z westchnieniem, co oburzyło siostrę, dlatego natychmiast dodał: – Przysięgam! Wyrzuć to z siebie. Co tak strasznego MUSISZ mi powiedzieć?
— Jacek i Magda są rodzeństwem.
— Co takiego?! – Piotrek aż usiadł na łóżku.
— Przyrodnim, ale jednak.
— No co ty!
— Magda mi powiedziała. Biedaczka. To dlatego nie ma ślubu. Proboszcz się nie zgodził. Choroba Zaremby jest tylko zasłoną dymną.
— Udaje udar?!
— Tego nie wiem. Chyba naprawdę go dostał, kiedy się wszystko wydało.
— W takim razie ślubu w ogóle nie będzie?! – gorączkował się Piotrek.
— Na pewno kościelnego. Ale zawsze mogą wziąć ślub cywilny. Przecież, oprócz kilku osób, nikt o tym nie wie, a Zarembowie nigdy nie byli zbyt religijni. To może się udać…
— Może…
— Już mi lżej. Takiej tajemnicy nie da się udźwignąć samemu. Ale pamiętaj o przysiędze.
— Zawsze o niej pamiętam. Nawet we śnie. Dobranoc.
Śmiech obudził Jolę. Zerwała się z łóżka. Nie od razu dotarło do niej, że to jej brat się śmieje. Przyjrzała mu się uważnie. Ma bardzo przyjemny sen, pomyślała. Takiego snu lepiej nie przerywać. Zapyta go rano, o czym tak wesoło śnił.
Obraz: Claude Monet „Train dans la campagne”