Szkielet wieloryba
Zwycięskie opowiadanie w konkursie „Początek jest najważniejszą częścią pracy”
Mój ojciec zawsze do nas wracał. Czasem znikał na tak długo, że zapominaliśmy, jak wygląda jego twarz. Mama, która musiała być dla nas obojgiem rodziców, miała cierpliwość anioła. Pozwalała nam rosnąć dziko niczym chwastom. Uciekaliśmy z Irkiem na całe dnie do lasu, gdzie plądrowaliśmy gniazda ptaków, a potem wspinaliśmy się na czubki drzew, by nauczyć się latać. Przybiegaliśmy do mamy zmęczeni i pokiereszowani, a ona śpiewała kołysanki, otulając nas swoimi miękkimi skrzydłami. Była łagodna, ale nie naiwna. „Mamy ciężkie czasy”, mawiała, kiedy przeliczała kartki, ale my nie znaliśmy innych, więc było nam wszystko jedno. Fruwała w tę i z powrotem jak ptak, który próbuje wykarmić pisklęta. Przynosiła do domu dziwaczne przedmioty: chińskie wazy, pstrokate dywany i porcelanowe figurki, a gdy pytałam, skąd się wzięły, odpowiadała, że z „wykopalisk”. Potem cichaczem wynosiła te rzeczy i wracała z jedzeniem czy ubraniami na zimę. Irek podburzał mnie często, by wyruszyć na poszukiwania „wykopalisk” i znaleźć więcej skarbów. Nigdy nie poszłam z bratem; widziałam przez szparę w drzwiach, jak mama chlipie, trzymając w rękach czarno-białe zdjęcie ojca. Nie chciałam, żeby tęskniła również za mną.
Kiedy przyjeżdżał, przywoził ze sobą lato. Był mocno opalony z niemal białą od słońca strzechą włosów i lśniącymi, błękitnymi oczami pełnymi głodu. Bałam się go trochę. I tych masek, które wieszał na ścianach niedobudowanego domu. Drewniane twarze wlepiały we mnie puste spojrzenie, śledziły każdy krok. Mówił, że są z Afryki, z Senegalu. Rozstawiał na półkach i parapetach mahoniowe figurki, ozdabiał wisiorkami z kości słoniowej szyję mamy. Uciekałam przed tym dzikim rytuałem do pokoju na górze. Otwierałam atlas i wodziłam palcem po zarysie słonecznego kontynentu, który nawet na rysunku parzył moją skórę. Ojciec budował tam domy, żeby móc dokończyć nasze gniazdo. Pojawiał się w Polsce na chwilę, przyćmiewał kolorowymi piórkami mamę, a potem odlatywał na jesieni do ciepłych krajów. Za nim frunęły bociany. My zbieraliśmy jabłka w sadzie i paliliśmy liście na stosach.
„Odlatuje każdy, kto może, bo u nas jest bieda”. Usłyszałam, jak mama mówiła tak do pani kucharki, kiedy wyszły razem na przerwie, żeby zapalić. Poza nami mama miała dużo cudzych dzieci pod opieką – pracowała w przedszkolu. „Czesiek robi teraz w Paryżu, wiesz? Razem ze swoimi braćmi. Mówi, że niedługo wróci, ale sama rozumiesz, jak jest. Muszę sobie radzić sama”. Wypuściła z ust kółko dymu. Wieczorem dostaliśmy od ojca kartkę z Francji. Chyba też za nami tęsknił.
Dom nadal był tylko szkieletem bez ścian. Przypominał cielsko martwego wieloryba o betonowych żebrach. Mieszkałam z bratem i mamą w jedynym wykończonym pokoju z małą kuchnią i łazienką. Ojciec zaczął budować gniazdo na fundamentach starego pałacu. Mama mówiła, że kiedyś mieszkał tu niemiecki hrabia, ale też odleciał. Uciekł przed armią, czerwoną od ognia i krwi, która zostawiła za sobą ruiny. Ojciec chciał wskrzesić to miejsce i żyć bogato: mieć herb, srebrną zastawę i tytuł. Marzenie pokryło się gęstym kurzem, podczas gdy czekaliśmy na jego powrót. W każdą niedzielę skoro świt mama kazała nam ubierać się odświętnie i prowadziła do starego kościółka z przechyloną dzwonnicą. Klękaliśmy w ławce i modliliśmy się do drewnianego Jezusa o szybki powrót ojca. Mama ściskała w rękach paciorki, które były dla niej jedyną ostoją.
Mijały pory roku. Ja wyrosłam i poszłam do szkoły, Irek przestał szukać „wykopalisk”, a mama obcięła długie, sięgające za pas, krucze warkocze, bo zaczęły jej przeszkadzać w gospodarstwie. Pewnego wieczoru, kiedy wracałam z pastwiska z naszą jedyną krową, poczułam w powietrzu zapach lata. Przed bramą stał ojciec, który upodobnił się do bociana – podgryzał z przyzwyczajenia żabią nóżkę. Zaklekotał na powitanie. Tym razem wrócił na dobre.
***
We wsi pojawił się sklep. Najpierw był u nas w piwnicy, dopóki ojciec nie wzniósł oddzielnego budyneczku po drugiej stronie drogi. Kiedy skończył budować pałac, zaczął rozmyślać nad naszą przyszłością. Irek jako pierworodny syn miał odziedziczyć większość majątku, a ja dostać sklep i zastąpić mamę, którą ojciec przeniósł z przedszkola za ladę. Chyba nie była szczęśliwa. Za to ojciec z dumą patrzył na czerwone ściany pałacu, które otaczał ceglanym płotem. Zamykał nas w murowanej klatce, chociaż kiedyś pozwalał patrzeć na swoją wolność. Zdarzało się, że chwytał nożyce ogrodowe i ciosał piórka na naszych niewyrośniętych skrzydłach. Chowałam przed nim atlas pod poduszką i planowałam ucieczkę.
Najczęściej odlatywałam w wyobraźni na północ. W domu było zawsze za ciepło. Ojciec, przyzwyczajony do gorącego słońca i wiecznego lata, palił w piecu wszystkim, czym się dało. Mama wyrywała mu z rąk krzesła i ramy obrazów, kiedy wyczerpywał się stos drewna w piwnicy. Wpadał wtedy w szał. Zatrzaskiwał drzwi do sypialni rodziców i, pod pilnym nadzorem masek, malował na ścianach słonie, papugi i żyrafy. Potrzebowałam chłodu. Marzyłam o zamieci śnieżnej, o spacerze po lodzie. Chciałam polecieć tam, gdzie mogłabym zamarznąć, a moje pióra pokryłyby się szronem.
Dopóki mieszkałam w pałacu, mój światek ograniczały patchworkowe pola i przecinająca je asfaltowa droga. Codziennie przejeżdżały nią z wielką prędkością TIR-y. Przesiadywaliśmy z Irkiem na poboczu, bo kierowcy wyrzucali przez okna gumy z kaczorem Donaldem. Były twarde, a od żucia bolały zęby, ale smakowały wiatrem, benzyną i cukrem. Chciałam zostać kierowcą ciężarówki, żeby mieć tyle Donaldów ile się mieści w kieszeniach i jechać w nieznane, wystawiając łokieć za szybę.
Wtedy droga prowadziła mnie tylko do pobliskiego miasteczka, gdzie chodziliśmy do szkoły. Lubiłam się uczyć bardziej, niż wyprowadzać krowy na łąkę, albo sprzedawać tanie piwo miejscowym pijaczynom. W szkolnych ławkach otwierały się dla mnie nowe światy. Podróżowałam w przeszłość, w głąb i wokół. Poczułam głód, jak ten, który widziałam w oczach ojca. Wrastałam po nocach w fotel, z deską położoną na podłokietnikach zamiast biurka, świeczką i książkami, w które wgryzałam się jak mol. Wchłaniałam w siebie nazwy geograficzne, daty, obce słowa, aż wosk nie zaczynał skapywać na posadzkę, a pokój pogrążał się w ciemności. Irek nie przepadał ani za szkołą, ani za pomaganiem, więc robiłam najwięcej. Nawet na studniówkę spóźniłam się, bo wracałam z pastwiska. Zdążyłam tylko zmyć z siebie smród gnoju i przeczesać włosy palcami. Musiałam odejść, to było pewne.
***
Pomyślny wiatr zaniósł mnie pod tarczę zegarową z dwoma koziołkami. Lądowanie było twarde nie tylko przez zderzenie z kostką brukową pod ratuszem. Pierwszy raz rozprostowałam zdrętwiałe skrzydła – byłam sama, w obcym mieście daleko od gniazda. Dostałam kieszonkowe od ojca, prowiant na drogę od mamy i miejsce w akademiku, gdzie skierowałam lot. Wzięłam głęboki wdech, zanim zapukałam do bardzo odrapanych drzwi w bardzo odrapanym korytarzu. Ze środka doniósł się gruchot, jakby ktoś potknął się o coś ciężkiego, po czym w wejściu stanęła bardzo odrapana postać. Od czubka głowy po podeszwy lśniących glanów była czarna jak gawron i pokryta metalowymi ćwiekami. Ciemne oczy podkreśliła mocnym makijażem, a pod sterczącymi we wszystkie strony kłakami na pewno chowała zakrzywione różki:
-Kasia – przedstawiła się niedbale, nie wyciągając rąk z kieszeni skórzanej kurtki.
-Diana – odpowiedziałam osłupiała, bo tak w dzieciństwie mama opisywała czorty.
-Czy ty kochasz pana Jezusa, Kasiu? – zagadnęłam.
-A jak tu nie kochać pana Jezusa, równy był z niego gość – zaśmiała się diablica i zapytała, czy wolę herbatę z cukrem, czy bez.
***
-Dokąd chcesz polecieć, jak skończysz studia? – zagaiła Kasia, rozbijając stanowczo skorupkę jajka łyżeczką, – ja na przykład pojadę do Paryża. Autostopem oczywiście. Podaj sól, proszę.
-Mój ojciec pracował we Francji na budowie. Nałapał się tam dziwnych zwyczajów, wiesz? Jadł żaby, kiedy wrócił – wtrąciłam, nie podnosząc wzroku znad „Zarysu teorii literatury polskiej”.
–Mon Dieu! Dziwną masz rodzinkę – skwitowała z pełnymi chleba czarnymi ustami. – Ale nie odpowiedziałaś na pytanie.
-Bardzo bym chciała zobaczyć Bajkał.
***
–Diewuszka, wodki? – jeden z mężczyzn wyciągnął w moją stronę piersiówkę.
– Niet, spasibo – odmówiłam i wlepiłam wzrok w jednolity, szary krajobraz za oknem. Tylko czasem przejeżdżaliśmy obok wiosek z małymi drewnianymi chatkami i cerkwiami o złotych kopułach. Mężczyzna wzruszył ramionami i pociągnął z flaszki. Kobieta nade mną chrapała jak niedźwiedzica. Przesypiała drogę, żeby zabić czas.
Ruszyłam na Sybir pociągiem z przesiadką w Moskwie. Dworzec w stolicy przytłoczył mnie przepychem. Przypomniał mi o gnieździe. Gdyby ojciec zobaczył niebieskie ściany z białymi i złotymi zdobieniami, spróbowałby odtworzyć ten podobny do nieba wystrój w naszej jadalni albo łazience. Wsiadłam do wagonu przepełnionego po brzegi obcokrajowcami. Tak o nich myślałam, chociaż to ja byłam nie na swoim miejscu, jak biały kruk w czarnej skrzydlatej chmarze. Pasażerowie krakali przez uchylone okna do stada na peronie, wypuszczając z ust obłoki pary. Rozumiałam strzępki zdań, które wyłapywałam mimochodem, póki nie rozpłynęły się w łoskocie ruszającego pociągu. Żywe słowa brzmiały dla mnie inaczej niż obowiązkowe czytanki w szkole. Były jak brzęk kieliszków, trzask pękającego lodu i rytmiczne dudnienie kół o szyny.
W przedziale zajęłam dolną koję. Naprzeciwko rozsiedli się dwaj mężczyźni, którzy rozłożyli na białej pościeli karty i zaczęli grać. Ostatnia weszła kobieta w średnim wieku. Zanim zdjęła z siebie wszystkie warstwy futer i chust, była niemal idealnie okrągła. Z tymi ludźmi spędziłam następne dni. Kiedy oswoiliśmy się ze swoją obecnością, piliśmy razem czaj w szklankach z metalowymi podstawkami, a okrągła kobieta częstowała nas cukrem. Mężczyzna, który zaproponował mi wódkę, uczył mnie grać w „idiotę”, podczas gdy drugi zagadywał przystojną prowadnicę. Ktoś w sąsiednim przedziale grał na gitarze i zawodził smętnie piosenkę o koniu. Na postojach ludzie wychodzili z pociągu, żeby rozprostować nogi, zapalić albo kupić porcję wędzonej ryby u peronowej handlarki. W nocy wycinałam nożyczkami do paznokci delikatne śnieżynki z papierowych serwetek. Porównywałam je do tych, które przykleiły się do szyby i za każdym razem przegrywałam z matuszką naturą. Im dalej jechaliśmy, tym bardziej biało było za oknem. W pewnym momencie blade od chmur niebo zlało się z zaśnieżoną ziemią. Widok był zachwycający i zimny jak śmierć.
Pierwsza wysiadła w Omsku okrągła kobieta. Karciarze pożegnali się ze mną krótkim daswidania i wyszli z pociągu w Krasnojarsku. Bez nich w przedziale zrobiło się chłodniej. Ostatnie godziny spędziłam na przeglądaniu słowniczka polsko-rosyjskiego. Dostałam go przed wyjazdem od Kasi. Na pierwszej stronie napisała szpiczastymi literami dedykację: „Na pamiątkę skromnych studenckich śniadań i marzeń o przyszłości. Niech żyją jajka na miękko! Oby w każdej części świata smakowały tak samo”. Na dworzec odprowadziła mnie też mama. Specjalnie przyjechała do Poznania, żeby się ze mną zobaczyć, zanim zniknę na długo jak ojciec:
-Wiedziałam, że tak to się skończy. Najpierw uciekał Czesiek, potem Irek odleciał do Niemiec na budowę. Teraz ty… Nie mogłaś wybrać miejsca trochę bliżej?
-Wrócę, mamo – obiecałam – każdy wraca.
***
Długo stałam na brzegu, zanim ośmieliłam się wejść na lód. Był niemal przejrzysty z białymi bąbelkami powietrza uwięzionymi pod taflą i przecinającymi się żyłkami pęknięć. Jezioro nie miało końca. Niesiony przez wiatr sypki śnieg śmigał po jego wygładzonej powierzchni. Małe lodowe igiełki kłuły mnie w policzki i nos. Czułam, że moje rzęsy pokrywają się szronem. Tkwiłam tam, dopóki nie stałam się częścią Bajkału. Wyglądałam jak dziwaczna zaspa albo ośnieżone drzewo. Kiedy powieki zaczęły mi opadać ze zmęczenia, zrozumiałam, że powinnam już iść. Zdrzemnęłam się w autobusie, w drodze do nowego domu.
W Irkucku wprowadziłam się do mieszkanka z dywanami powieszonymi na ścianach i błyszczącym samowarem na stole. Miałam trochę oszczędności, ale potrzebowałam pracy. Ludzie na Syberii byli dla mnie życzliwi – w ich żyłach płynęła zmrożona polska krew. Pomagali mi i doradzali, łamiąc zesztywniałe języki na przyprószonych śnieżnym kurzem słowach. Ich historia zaczęła się od zesłańców, którzy nigdy nie wrócili do domów. Przymarzli do ziemi i zapuścili korzenie. Powoli zapominali, kim są. Mieszali polskie tradycje z rosyjskimi, aż stworzyli coś nowego, odmiennego i niepasującego do reszty. Poprosili mnie, żebym uporządkowała ten rosnący chaos.
Uczyłam dzieci mówić i pisać po polsku. Opowiadałam im legendy o smokach, syrenach i bazyliszkach. Robiłam teatrzyk cieni, układając palce w kształty postaci z opowieści. Na święta nauczyłam ich śpiewać „Wśród nocnej ciszy” i „Lulajże Jezuniu”. Na wiosnę poszliśmy topić Marzannę. Dzieci patrzyły na mnie zdziwione, kiedy powiedziałam, że jeśli zniszczymy kukłę z gałganów, przyjdzie wiosna. Wzięliśmy lalkę i przeszliśmy przez miasto w dziwacznym korowodzie. Dopiero nad Angarą zrozumiałam, że przegrałam z mrozem. Rzeka była zamarznięta i twarda jak beton. Tutaj zima nie ustępowała.
Zatęskniłam za domem. Za kwitnącymi jabłoniami w sadzie, czerwonymi dachówkami pałacu i zapachem lata. Jak ojciec odleciałam na kraniec świata, jak matka wychowywałam cudze dzieci. Byłam na zawsze połączona z gniazdem, gdzie zapoczątkował się mój świat. Dom świecił jak latarnia morska i nie dawał o sobie zapomnieć, ale dotarłam za daleko, żeby rezygnować z moich uczniów. Byłam im potrzebna.
***
-Pani Diano, telefon do pani – w drzwiach stała dyrektorka szkoły. Zostawiłam z nią dzieci. Przeszłam na drugi koniec korytarza i weszłam do jej gabinetu, gdzie był jedyny telefon w budynku:
-Halo? Mamo to ty?
Mama była roztrzęsiona. Próbowałam ją uspokoić, żeby powiedziała, co się stało. Kiedy usłyszałam, co miała mi do przekazania, słuchawka wypadła mi z ręki. Stałam pośrodku pokoju z drżącymi ustami i łzami w oczach. Pomyślałam, że to musi być sen. Jeden z tych, w których wydaje się, że spadasz, ale nie możesz nic na to poradzić. Moje wnętrzności skręciły się w węzeł. Kasia nie żyła. Nie mogłam w to uwierzyć. Zginęła w wypadku samochodowym po drodze do Francji. Jechała autostopem, tak jak planowała. Niestety nie dotarła do celu. Śmierć była nagła jak pierwszy śnieg. Zasypała Kasię i jej marzenie o podróży, otuliła puchową zaspą. Połączył nas bunt, ale lot rozdzielił na zawsze. Jeden z ptaków wypadł z gniazda. Chciałam z nią porozmawiać, być przez chwilę trochę bliżej.
Tego samego dnia spakowałam się i poszłam na stację kolejową. Kupiłam bilet na najbliższy pociąg do Moskwy. Nie pożegnałam się z moimi dziećmi, tak jak Kasia nie pożegnała się ze mną. Jakbym nic dla niej nie znaczyła. Byłam na nią zła. Spóźniłam się na pogrzeb.
Cmentarz był pusty, ale tak było lepiej. Mogłam spokojnie porozmawiać z przyjaciółką. Usiadłam przed nią na ławeczce:
-Jajko czy kura, Kasiu? – zapytałam. Uśmiechnęła się do mnie blado ze zdjęcia, ale nie odpowiedziała. Świat toczył się dalej. Jak koło.
***
Dom wyglądał inaczej, niż go zapamiętałam. Ściany pokrywały malunki roślin i zwierząt, wzdłuż okien pływały żółte gipsowe rybki. Nad głównym wejściem wisiało metalowe słońce, a na drewnianych drzwiach wyrzeźbiony został jeleń z imponującym porożem. Mech wspinał się na ganek. Pałac sprawiał wrażenie, jakby wyrastał z ziemi. Ojciec nigdy nie przestał dopracowywać swojego dzieła. Dodawał raz za razem nowe zdobienia, a dom rósł warstwami jak drzewo. Zastałam go siedzącego na dachu. Poprawiał wielkie bocianie gniazdo, żeby nie zsunęło się z dachówek. Pomachał do mnie na powitanie. Mama czekała na progu z wyciągniętymi skrzydłami. Byli mali, zagubieni w gąszczu kolumn, rynien i balkonów, które przypominały rozrastający się las. To, co na początku było szkieletem wieloryba, po wielu latach zmienili we własny Eden.
Nie zabawiłam w gnieździe długo. Afrykańskie maski nadal mnie przerażały. Ucałowałam rodziców i obiecałam, że wrócę. Dali mi na drogę cząstkę lata. Odleciałam w dalszą podróż, w poszukiwaniu własnego raju.
Obraz: Harald Slott-Møller – Danish Landscape
2026-01-18 17:36:50
Mam 72 lata i nie będę udawał, że się znam na literaturze. Dla mnie „Szkielet wieloryba” jest super bo czyta się to z przyjemnością i cały czas wiadomo o co chodzi autorce, czego nie da się powiedzieć na przykład o blogu „O teraźniejszości”. I... jej blog skłania do refleksji a nawet wspomnień. Ja klepałem biedę do trzydziestego roku życia. Potem zrobiłem doktorat. Poszedłem do pracy i wtedy okazało się, że najtańsza kawalerka w Warszawie kosztuje równowartość moich 126 letnich zarobków. W latach siedemdziesiątych pracowałem na Politechnice w Lozannie a potem w The Royal Institution of GB w Londynie. Tam chcieli by został i zarabiał każdego dnia tyle co w Polsce w ciągu dwóch miesięcy. Ja jednak wróciłem i nie zgadniecie dlaczego. Jestem chemikiem i moją naturą jest obserwowanie rzeczywistości. Zauważyłem, że pracując i mieszkając w Londynie nigdzie nie jestem u siebie. W Londynie mówiłem: „U nas w Polsce, to...”, a w Polsce mówiłem: „U nas w Londynie to...”. Potem wielokrotnie żałowałem swojej decyzji, ale cóż... takie jest życie że zawsze się czegoś żałuje.
2026-01-03 20:52:46
Przeczytałem oba nagrodzone w konkursie opowiadania i oba mnie zachwyciły. Serdecznie gratuluję talentu autorce powyższego i liczę, że jeszcze natknę się na Pani twórczość.
2025-12-27 18:31:12
Gratuluję
2025-12-22 11:29:45
Pięknie napisane. Podziwiam język i nawet wzruszyła mnie ta historia. Czy jednak my, Polacy, naprawdę byliśmy tylko biedni: „Odlatuje każdy, kto może, bo u nas jest bieda”. Jednym było gorzej, innym wcale nie. I nie mam tu na myśli ludzi jakoś specjalnie ustawionych albo trzymających z byłą władzą. Mam wrażenie, że hołubimy tę smutną przeszłość, tworząc z niej jakiś szczególny pokarm. Po co? Dla przyszłych pokoleń? Wyprawka? A może chcemy być w ten sposób postrzegani przez inne nacje? Każdy ma prawo napisać podobny tekst. Jego święte prawo, jego racja. Ale może warto popularyzować co innego? Pozdrawiam serdecznie
2025-12-21 23:33:59
Piękny język! Nie wiem, czy organizator dokonał korekty przed publikacją, ale jeśli nie było takiej potrzeby, to chylę czoła i serdecznie gratuluję autorce, mimo iż przegrałem i będę się obawiał, czy nie jestem grafomanem... Panu doktorowi dziękuję, że zostawił nadzieję- a nie tylko Marcel Proust (o czym nie wiedziałem) ale i J.K.Rowling była w trzech wydawnictwach, zanim wydała z Bloombergiem Harry'ego Pottera, co prawda najsłabszą ,,technicznie" książke, jaką w życiu czytałem, ale i jednocześnie najbardziej lukratywną... Lecz jakkolwiek wspaniały jest ,,Szkielet wieloryba" i tak nic mnie nigdy nie przekona do myśli Platona... Właściwie, jeśli o niego chodzi, to zastanawiam się tylko czasami, czy oddał wtedy tego koguta jak obiecał. Na koniec chciałbym jeszcze tylko powiedzieć jedno: NIECH ŻYJE STEFAN ŻEROMSKI!!! Pozdrawiam