Metodyczne uderzenia drewnem o drewno niosły się echem po wiosce. Słońce dopiero zaczęło wstawać, ale rytm wybijany przez młotek stolarski zdążył obudzić już wszystkie koguty, które piały dziko, wyrywając ze snu mieszkańców Czarnego Dołu. Faceci w luźnych kalesonach i kobiety w bialutkich koszulach nocnych wyglądali przez okna, obserwując jak ich sołtys, Artur Keller, wbija w wilgotną ziemię ostatni słupek ogrodzeniowy przy nowym wybiegu dla krów.